czwartek, 31 grudnia 2015

Życzenia noworoczne

Życzę Państwu Wszystkiego Najlepszego w 2016 roku. Co komu najlepsze, każda i każdy wie sam. Bułat Okudżawa potrafił to, w swoim czasie, uściślić.
Modlitwa Bułata Okudżawy

sobota, 26 grudnia 2015

Świat jest zły i tyle

Drażnią mnie okołoświąteczne marudzenia o stanie dzisiejszego świata "bezwzględnego, nieczułego, niemiłosiernego , w którym pogłębia się przepaść między ludźmi sytymi i przymierającymi głodem"*, ze społeczeństwami "często upojonymi konsumpcjonizmem i przyjemnościami, obfitością i luksusem, pozorami i narcyzmem"**, świata pełnego wrogości, nienawiści, wojen i w ogóle. Bo czy kiedykolwiek świat był lepszy? Owszem, dla ludzi starych przeszłość zwykle bywa lepsza od teraźniejszości . Zwłaszcza gdy teraz zdrowie nie dopisuje i trudno nadążyć za wszelkimi zmianami. Ale świat zawsze był bezwzględny, nieczuły i niemiłosierny.

Czy Oświecenie w Polsce kogokolwiek oświeciło?
"Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich" - może opat Arnaud tego nie powiedział, ale raportował papieżowi Innocentemu III o wydaniu mieczowi dwudziestu tysięcy mieszkańców, niezależnie od posady, wieku czy płci . Parę setek lat wcześniej z dwa miliony Mongołów, zebrawszy do kupy inne ludy koczownicze, pod wodzą Czyngis Chana zabrało się za podbój stu dwudziesto milionowych Chin. Mongołowie podbili Chiny, mordując bezpośrednio i pośrednio połowę ludności. Czyngis Chan, prawdopodobnie jako pierwszy władca, stworzył stosowną ideologię. Ludy żyjące na stepie miały być zdrowsze moralnie od zdegenerowanych ludów osiadłych.

Wojen i wojenek na świecie, prowadzonych z całą bezwzględnością i, często, świadomym okrucieństwem, nikt pewnie nie zliczył. Mordowano, by przestraszyć innych, terroryzowano ludność niewalczącą, w nadziei że ta zmusi do kapitulacji "swoich" walczących. Niemieckie naloty na miasta brytyjskie czy alianckie naloty na miasta niemieckie ,w trakcie II wojny światowej, to przykłady takich działań. Częściowo odtajnione amerykańskie plany strategicznych uderzeń jądrowych na szereg miast potencjalnego wroga - w tym na Warszawę oraz uderzeń operacyjnych na inne polskie miasta, miały widoczny cel: osłabienie potencjału wroga przez zniszczenie jego ludności i infrastruktury. Obecnie jesteśmy potencjalnym wrogiem Rosji -jako członek NATO i , najprawdopodobniej, plany rosyjskie są całkiem podobne. Nawiasem: ogłoszenie przez nas neutralności byłoby i tak nieskuteczne.

Przepaść między sytymi i przymierającymi głodem też bywała o wiele większa w przeszłości niż teraz. Gdy bogata szlachta jadła i piła ile wlezie, biedni chłopi zbierali lebiodę, by jeść cokolwiek. Do wielkiego głodu w Irlandii (1845 - 1849) i śmierci ponad miliona ludzi doszło nie tylko z powodu zarazy ziemniaka. Wielki głód w ZSRR, głównie na Ukrainie, w latach 1932 - 1933 spowodowali bolszewicy, wdrażając kolektywizację opartą na księżycowej ideologii.

Jeżeli ktoś sądzi, że w naszych czasach myślenie przywódców, polityków rządzących (autokratycznych lub demokratycznych), dowódców, prezesów i innych takich się zmieniło, a masy stały się niepodatne na wpływy prymitywnych ideologii , szczególnie sugerujących wyjątkowość tychże mas - myli się głęboko. Milion ludzi umrze czy dwa? Ma, ewentualnie, znaczenie jeśli to nasi ludzie albo ich śmierć źle wpłynie na notowania polityków w demokracji. Jest kilka milionów bezrobotnych? Kogo to realnie obchodzi, prócz bezrobotnych? Politycy pochylą się nad nimi troskliwie w słowach, przed wyborami. Licząc na głosy wyborców.

Dlaczego tak się dzieje i, moim zdaniem, długo jeszcze dziać będzie? Ponieważ politycy i inni realizują interesy swoje i określonych grup społecznych. Interesy, nie żadne zasady moralne, których zresztą nie ma. (Niekiedy politycy -np. bolszewicy realizują program wynikający z fałszywej teorii - wtedy bywa jeszcze gorzej). Ktoś z Państwa zaprotestuje - jak to nie ma zasad moralnych? Przecież jest Dekalog! Niestety, Dekalog zawiera zasady moralne dla pojedynczego człowieka. Nie mówi nic o zbiorowości i nie zawiera wskazówek dla przywódców. Nie znajdziemy w nim odpowiedzi na pytanie: co jest moralne: zamykanie nierentownych kopalń, przez co wielu górników straci pracę i popadnie w biedę czy dotowanie kopalń , odbywające się kosztem wszystkich podatników?

Dla przywódców przydatniejszy byłby utylitaryzm, głoszący że celem działania winno być szczęście jak największej liczby ludzi. Jednak na pytania: co zrobić z nieszczęśliwymi, jak usuwać przeszkadzających w osiągnięciu tego celu i inne nie ma dobrych odpowiedzi. Zresztą w podsumowaniu i tak jestem zmuszony unieważnić moje poszukiwanie uniwersalnych zasad moralnych. Ponieważ żadne struktury złożone z ludzi (niezłożone też) nie posługują się, jako całość, jakimikolwiek zasadami moralnymi. Państwo ma trwać i się rozwijać, przedsiębiorstwo przynosić zyski, adwokaci wygrywać sprawy klientów, sądy orzekać według prawa itd.

Biskupi Kościoła katolickiego i innych Kościołów, ateiści, osobliwie lewicowi i inni, usiłują zastosować skalpel (to chyba prawie coś z Lema) zasad moralnych do badania pancerza, budowy i przeznaczenia czołgu. Wielu ludzi chce, by było moralnie oraz by politycy pochylali się nad nimi z troską , to i jest moralnie oraz politycy się pochylają. Po czym okazuje się, że precyzyjne bomby zabijają winnych razem z niewinnymi, kolejne wojny o pokój, demokrację oraz wolność powodują setki tysięcy i miliony ofiar, wcale nie przynosząc pokoju, demokracji oraz wolności, a pochylanie się nad biednymi raczej obszary biedy powiększa.

Jedną z przyczyn hipokryzji przywódców jest bardzo uproszczone widzenie świata przez masy. Starannie pielęgnowane przez wszelakich moralistów. Może zresztą lepiej, że my, lud, nie znamy i nie chcemy znać prawdy, nawet w zarysie. Stwierdzenie: świat jest zły całkiem wystarcza, po co się męczyć szukaniem odpowiedzi: dlaczego tak jest? Fizjolodzy oraz filozofowie też tego nie wiedzą.

*Kard. Stanisław Dziwisz
**Papież Franciszek

piątek, 18 grudnia 2015

Świat prezesa PiS i mój praktycznie się skończył

Nie wiem co sądzić o koncepcji i planie PiS, bo ich nie znam. Niektóre, ujawnione już elementy odbieram pozytywnie. Na przykład: likwidację dętych konkursów na różne stanowiska (w dziedzinach zarządzanych przez PSL zawsze wygrywał człowiek PSL). Właściwy minister lub premier winni decydować o obsadzie stanowisk i za to odpowiadać. W Polsce, w ogóle odpowiedzialność jest rozmyta, zamiast konkretnych osób, decydują sowiety lub komitety (komisje).

Wielu ludzi twierdzi, że prezes PiS ma gotowy plan. Ponieważ p. Kaczyńskiego gospodarka najwyraźniej mało obchodzi, plan taki, o czym już pisałem, może dotyczyć głównie sfer ideologii i polityki. Teokracji (hierokracji) prezes raczej nie wprowadzi - nie po to zdobył władzę, by ją oddać. Zresztą wydaje się, że J. Kaczyński traktuje Kościół katolicki instrumentalnie - jako instytucję przydatną do szerzenia moralności narodu oraz stania na straży tej moralności. Ostrzeżenie o podnoszeniu ręki na Kościół wygłosił u o. Rydzyka, nie np. w siedzibie Episkopatu Polski, co może świadczyć o chęci wpływania na ideologię tego Kościoła. Choć nie musi - o. Rydzyka wkurzyły prawdopodobnie groteskowo czołobitne podziękowania i akty strzeliste uwielbienia. Bo okazały się jedyną zapłatą, którą chce się wykpić PiS, za poparcie w wyborach.

Wśród wielu posiadanych rzeczy, a nawet zjawisk mamy też koniec świata.

Prezes osobiście i część "ideologicznych polityków" PiS ma, zdaje się, szczery zamiar nauczyć naród polski patriotyzmu, a nawet prawdziwego patriotyzmu. Podobno już szykują nowe podstawy programowe, w których między innymi, zwiększą ilość zajęć z historii. Otóż moim zdaniem, będzie to czas stracony. Młodzi ludzie,,zamiast opanowywać wiedzę i umiejętności niezbędne, by oni i Polska odnosili sukcesy we współczesnym świecie, zostaną poinformowani o wydarzeniach sprzed wieków i lat. Po czym większość od razu to wszystko zapomni, a mniejszość zada sobie pytania, skutecznie podważające patriotyczny przekaz. Ponieważ, by być patriotą, szczególnie prawdziwym, niekoniecznie trzeba znać historię. Zaryzykuję twierdzenie: o wiele lepiej jest nie znać naszej historii.

Przekonanie, że naród czy społeczeństwo można natchnąć patriotyzmem albo inną ideologią ,ustawiając ją najwyżej w hierarchii wartości , opiera się na oglądzie świata, którego już nie ma. Został zniszczony przez niebywały rozwój sił wytwórczych oraz przez internet (inne czynniki też). Dawniej człowiek w łachmanach był, najprawdopodobniej, biedakiem. Dzisiaj człowiek w podartym ubraniu, jeżdżący przyniszczonym samochodem, zwykle należy do określonej subkultury. To jeden z rezultatów obfitości dóbr i usług, która likwiduje dawną spoistość wizerunku. Przestała istnieć hierarchia szeroko pojętej kultury. Dla wielu ludzi (chyba już większości), nie istnieje ani hierarchia kanałów informacji, ani treści tej informacji.

W świecie p. Kaczyńskiego i moim ilość ideologii, idei, grup społecznych do których można było należeć, była bardzo ograniczona. Obecnie jest tego wszystkiego bez liku. Można być porządnym albo fanatycznym ekologiem, obrońcą zwierząt, wyznawcą różnych religii, ateistą, fanatycznym kibicem drużyny piłkarskiej, hipsterem, osobą wierzącą lub nie w globalne ocieplenie spowodowane działalnością człowieka, squattersem (z wyboru), nacjonalistą, prawicowcem, fanatycznym wielbicielem prezesa PiS, patriotą, prawdziwym patriotą, kosmopolitą itd. Przy czym, już dla ludzi z pokolenia moich dzieci, te idee, ideologie i grupy bywają równorzędne. Czyli, próba uczynienia patriotyzmu, zresztą swoiście rozumianego, nadrzędną ideologią, skończy się uzupełnieniem różnych niszowych ideologii pojedynczymi frazesami. I to w najlepszym wypadku, bo w gorszym, znaczna część młodego pokolenia może odrzucić głoszony (dość siermiężny, jak na razie) patriotyzm razem, z miejscami cokolwiek dziwacznym, moralizatorstwem hierarchii kościelnej, przyjmując (relatywny) nihilizm (rozumiany jako negowanie uznawanych wartości bez proponowania innych) jako swoją filozofię życiową.

Obecnie patriotyzm można, moim zdaniem, budować jedynie na dumie z teraźniejszych osiągnięć Polek, Polaków i Polski, przekonaniu ludności że państwo tworzy dla niej warunki do dobrego życia i wynikającej stąd chęci przynależności do takiego narodu i państwa oraz gotowości uczestnictwa w kosztach utrzymania państwa, łącznie z ryzykowaniem zdrowia i życia w warunkach zagrożenia jego egzystencji.

Patriotyzm jest dużo trudniejszy niż prawdziwy patriotyzm polegający głównie, zdaje się, na uczestnictwie w cyklicznych spędach w Warszawie, wznoszeniu okrzyków oraz wielbieniu Prezesa.

wtorek, 15 grudnia 2015

Czy PiS potrafi i chce pracować dla Polski?

Polscy internauci wyrażają niepokój o przyszłość Francji, Niemiec, Wielkiej Brytanii okupowanych przez muzułmańskich imigrantów. Szanowni Państwo, proszę się tak nie martwić. Ludność wspomnianych państw tworzy o wiele lepsze społeczeństwa niż my. Więcej tam zaufania, więzów społecznych, osobliwie słabych, umiejętności współpracy i współdziałania, uargumentowanej dyskusji, liczenia się z potrzebami innych. Mają o wiele lepsze niż my kadry - naukowe, inżynierskie, menadżerskie, urzędnicze oraz fachowców, zarówno własnego chowu jak importowanych np. z Polski. Dysponują najnowocześniejszymi technologiami, międzynarodowymi firmami, świetną infrastrukturą, wielkimi kapitałami. Poradzą sobie z garstką islamistów - terrorystów oraz nawiedzonymi zwolennikami szariatu. Choć, na wszelki wypadek, przypomnę doskonałą na taką okoliczność koncepcję radziecką: zamykania w psychiatrykach ludzi kręcących nosem na najdoskonalszy z ustrojów. Tak czy inaczej oni sobie poradzą.

Rafineria w Płocku, zbudowana w latach 1960 -1965. Wtedy o zdolności przerobowej 6 mln ton ropy rocznie. Obecnie podstawa największego polskiego przedsiębiorstwa -PKN Orlen. Przerabia ponad 15 mln ton ropy rocznie.

Pytanie czy my sobie poradzimy i to bez lub z garstką muzułmańskich uchodźców? Ekonomiści z uporem powtarzają swoją mantrę: musimy oszczędzać, by tworzyć polski kapitał oraz musimy znacznie więcej inwestować (w znaczeniu: tworzyć nowe lub odtwarzać moce produkcyjne). Problem w tym, że oszczędzanie i inwestowanie odbywa się kosztem konsumpcji. Przewaga inwestowania nad konsumpcją w PRL, czyli głównie budowa i rozbudowa przemysłu, niezbędne przecież dla rozwoju (bez stali i cementu trudno budować mieszkania i mosty, bez produktów ropopochodnych nie da rady rozwijać motoryzacji, nawozy sztuczne są konieczne w rolnictwie itd. ) dwukrotnie spowodowała bunt społeczny i zamieszki - w czerwcu 1956 roku w Poznaniu i w grudniu 1970 roku na wybrzeżu.

Ludzie Solidarności, którzy przejęli władzę w 1989 roku uznali (choć nie wiem: uznali czy wyszło im tak przypadkiem?), że trzeba stworzyć warunki, by ludność Polski mogła jeść, pić oraz popuszczać pasa na koszt obcego kapitału. Co prawda, jak to w kapitalizmie, daleko nie cała ludność załapała się na popuszczanie pasa, ale za to obcy kapitał okazał się złośliwie interesowny i jął pobierać opłaty za możliwość zarobienia w jego bankach, sieciach handlowych, przedsiębiorstwach przemysłowych i usługowych paru groszy.

Obecny wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki problem dostrzega, rozwiązania opisuje. Informując przy tym że zwiększenie udziału polskiej gospodarki w polskiej gospodarce potrwa długo. Jakąś rolę odegra przy tym kapitał posiadany przez państwo, ale drogę do zwiększenia zamożności Polek i Polaków oraz wzmocnienia państwa stanowi posiadanie kapitału przynajmniej przez klasę średnią (kapitału, nie majątku). Jednak, na razie, klasa średnia in spe oraz pozostała ludność biorą pokaźne kredyty, głównie na cele konsumpcyjne i wątpię, by w ciągu najbliższych dwudziestu lat to się zmieniło. Możemy jedynie liczyć na cud, jako że często przywoływany sukces Korei Południowej polegał na oszczędzaniu i inwestowaniu nie do końca dobrowolnym, bo czynionym w warunkach dyktatury.

Poza tym p. M. Morawiecki potrzebuje wsparcia innych resortów, np. MNiSW czy MEN, a wątpię czy MEN znajdzie czas oraz środki na zmianę programów, jeśli zajmie się likwidacją gimnazjów. Całkiem niejasne są też dla mnie cele i motywy działania prezesa PiS. Nie wiem czy on ma jakiś plan i go realizuje, czy po prostu inaczej nie potrafi. Tak czy inaczej mogę sądzić, że p. Kaczyński gospodarką się nie interesuje, a jego plan (jeśli istnieje) zamyka się w przestrzeni ideologiczno - społecznej. W związku z tym może, choćby nieintencjonalnie, utrudniać pracę rządowi.

PiS, zdobywając władzę absolutną, ma wszelkie możliwości, by przyspieszyć rozwój Polski, stworzyć warunki do poprawy jakości życia jej obywatelek i obywateli, poprawić pozycję naszego kraju w Europie i na świecie. Czy potrafi i chce to uczynić? Jeśli pożyję, to zobaczę. Na razie wielkim optymistą nie jestem.

niedziela, 6 grudnia 2015

Tymczasem w Polsce

Parę setek lat temu ludzie w Anglii (na początek szlachta angielska) uznali za konieczne powołanie sędziów niezależnych od króla, zapoczątkowali stanowienie prawa przez parlament - nie przez króla. Wartość względnie stałego prawa dla poszczególnych ludzi i społeczności dostrzegli nie tylko Rzymianie bardzo starożytni. Nawet plemiona całkiem pierwotne nie wymyślają z wtorku na środę zasad obowiązujących członków, a odwołują się do tradycji. Tymczasem w Polsce, jak to w Polsce, doktor, pracownik naukowy i polityk Kornel Morawiecki potrafi oznajmić : "...nad prawem jest dobro Narodu!" , otrzymując owację na stojąco części posłów na Sejm - odpowiedzialnych za stanowienie prawa.

Magna Charta Libertatum - Wielka Karta Swobód – akt wydany w Anglii w 1215 roku. Upłynęło osiemset lat i oto w Polsce...

Jaka wiedza ogólna obowiązuje w naszej Ojczyźnie, jeśli wybrańcy Narodu potrafią pieprzyć bez sensu, spotykając się z aplauzem innych wybrańców? Bez względnie trwałych i jasnych reguł nie istniałyby nawet sportowe gry zespołowe. Potrafimy sobie wyobrazić mecz piłki nożnej, prowadzony przez sędziego, ustalającego reguły w trakcie gry? Bo nad przepisami jest dobro kibiców (jednej z drużyn, zapewne)? Ktoś wzruszy ramionami: lekceważenie przepisów jest u nas powszechne, jeden głos więcej jeden mniej nie czyni różnicy. Jednak, moim zdaniem, lekceważenie prawa i związane z tym niechlujstwo w jego tworzeniu to jedna z istotnych przyczyn naszych niepowodzeń.

Prawdę pisząc - my lekceważymy wszystko, co tworzy warunki dobrego życia jednostki, rodziny i społeczeństwa. Współpraca, odpowiedzialność - w tym odpowiedzialność za słowo, zaufanie, życzliwość, uprzejmość, brak zawiści - szczególnie tej najgłupszej, czyli bezinteresownej - te i inne cechy są w zaniku. Przynajmniej można odnieść takie wrażenie na podstawie "debaty" w przestrzeni publicznej. Zwycięstwo PiS spotęgowało styl i treść narracji narzucone przez specyficzny gatunek : malkontentów skrzyżowanych z ludźmi jednej księgi. Nie wiem, jak dalej sprawy się potoczą, na razie osoby z optymizmem oceniający siebie, bliźnich i otoczenie są w głębokiej defensywie. Na dodatek z PiS-em pewnie po drodze jest wszystkim cieszącym się z niepowodzeń i nieszczęść bliźnich. Dodajmy do tego prawdziwych patriotów, narodowców i różnych takich - niekoniecznie wezwanych przez polityków Prawa i Sprawiedliwości (mogą być zwolennikami PiS z braku innych opcji) i otrzymujemy drużynę bierną, za to niezbyt wierną.

To po prostu, w większości, nie są ludzie zdolni do tworzenia. Zaś PiS, jak każda partia rządząca, musi realizować interesy ludzi aktywnych. Nikt nie prowadzi przecież np. polityki zagranicznej w interesie bezdomnych. Nawet, jeśli kanclerz Merkel chroni miejsca pracy w Niemczech, czyli działa w interesie klasy robotniczej, to musi w tym celu zapewnić zyski pracodawcom - kapitalistom.

Swoją drogą, polscy politycy którzy doszli do władzy na początku transformacji bardzo skutecznie zmarnowali społeczny potencjał mogący znacznie przyspieszyć nasz rozwój gospodarczy. Masowy ruch drobnych kapitalistów , działających na podstawie ustawy Wilczka wygaszono jak NEP w bolszewickiej Rosji. Przemysł też wygaszono i tak się kolebiemy, licząc a to na łupki, a to na pojedynczą technologię w rodzaju wytwarzania grafenu lub, zwyczajnie, na cud.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość wykona zbyt wyraźny zwrot ku przedsiębiorcom, naukowcom zdolnym zaoferować przemysłowi konkretne rozwiązania, to może podpaść części żelaznego elektoratu, czego się p. Kaczyński chyba obawia. Problemem dla niego i dla partii może też być "zamach smoleński". Nie można go porzucić, bo oddziały szturmowe i wyznawcy tezy o zamachu poczują się oszukani, ryzykowne byłoby też udowodnienie że zamach był, jeśli go nie było. Wymagałoby to bowiem stworzenia legendy na dużą skalę (ktoś wniósł ładunek, ktoś go skonstruował itd. ), która spowodowałaby trudne do przewidzenia skutki. Można albo prowadzić w miarę obiektywne śledztwo, znajdując winnych ze szczególnym uwzględnieniem tych z wrażej PO, albo przeciągać je, dopóki nie wymrze większość zwolenników tezy o zamachu.

Nie wiem, na ile prawdziwe są oskarżenia prezesa PiS o chęć bycia kimś w rodzaju naczelnika państwa. Sądzę, że coś jest na rzeczy, bo trudno mi sobie wyobrazić p. Kaczyńskiego walczącego tyle lat o władzę i rezygnującego teraz z jej sprawowania. Jednak sprawować władzy w pełnym zakresie prezes nie jest w stanie, bo nie ma stosownego zaplecza (sztabu). Co prawda, przez pewien czas można się spodziewać, że ministrowie i inni będą biegali do niego z każdym głupstwem, obawiając się kary (dymisji), ale na dłuższą metę prezes tego nie wytrzyma. Powstanie (a najpewniej już istnieje) nieformalna struktura , w której zaufani ludzie prezesa będą podejmować część mniej istotnych (według niego) decyzji.

Jak sytuacja rozwinie się dalej, nie wiem. Wiem, że jeśli PiS chce porządzić dłużej, musi zadbać o gospodarkę i materialny poziom życia ludności. W tym celu może sobie wprawdzie być partią konserwatywną światopoglądowo, nawet klerykalną, ale centrową lub centrolewicową w sprawach społeczno-gospodarczych. Czy taki stan zaakceptują melancholicy, malkontenci, zapoznani rewolucjoniści, najprawdziwsi z prawdziwych patrioci? Raz uruchomiona narracja ( nie tylko i nie głównie przez PiS - to nie Prawo i Sprawiedliwość stworzyło uchodźców), bazująca na nienawiści, wrogości, rasizmie może przyczynić się do utworzenia faszyzującej partii, lokującej się na prawo od PiS.

Liberałowie są u nas niemodni , niezbyt potrafią też dotrzeć, z niby oczywistymi prawdami, do szerokich kręgów ludności. Na wszelki wypadek przypomnę: patronem spraw beznadziejnych jest święty Juda Tadeusz.

wtorek, 17 listopada 2015

Namaszczeni do bycia elitami uciekają w swój światek, pozwalając by masami władali cynicy i nawiedzeni.

Grupka pretendentów do kandydowania na etat prezydenta USA, marudzi o stworzeniu strefy zakazu lotów nad Syrią, buńczucznie zapowiadając strzelanie do samolotów rosyjskich, usiłujących naruszyć tę strefę. Może oni tak ze względu na dość podeszły wiek marudzą, może chcą popełnić samobójstwo rozszerzone na ludzkość całej planety, nie wiem. Ale jeśli tak gadają, to pewnie liczą na akceptację wielu słuchaczy - przyszłych wyborców. Skąd ci słuchacze się wzięli? Prawdopodobnie z prawie siedemdziesięciu lat bez wojny światowej, zresztą obydwie wojny Stanów Zjednoczonych szczególnie nie dotknęły. Głupoty opowiadane przez polityków w USA zagrażają światu z powodu potęgi tego mocarstwa. Głupoty, opowiadane przez polityków w Polsce, zagrażają ewentualnie jedynie Polsce. Minister Szymański może nie widzieć "politycznych możliwości wykonania decyzji o relokacji imigrantów", ale czemu informuje o tym publicznie tuż po zamachach w Paryżu?

Petroniusz potrafił docenić piękno. Jak to arbiter elegantiarum. Obecnie nie tylko Bóg pyta: quo vadis Europo? Ale nawet to pytanie, o odpowiedziach nie wspominając, to tylko (prostacka) ideologia.

Politycy europejscy, szczególnie francuscy, brytyjscy, włoscy i niemieccy, bardzo teraz potrzebują chłopca do bicia i Polska, jak zwykle zresztą, sama się o taką rolę prosi. Martinowi Schulzowi niewątpliwie należała się ostra odpowiedź, lecz niekoniecznie przywołująca morderstwa ludności i zniszczenie Warszawy przez Niemców. Na kanwie takich wypowiedzi media oraz politycy zachodni mogą utkać wizerunek Polski pasujący im - czyli usprawiedliwiający ich ewentualne działania, niekorzystne dla nas. Media w Niemczech już idą w tym kierunku - Hubert Wetzel w "Süddeutsche Zeitung" napisał "Bełkot z Warszawy", sugerując, między innymi, że koncepcja min. Waszczykowskiego - o stworzeniu legionów z syryjskich uchodźców to bzdura (gwoli ścisłości: wielu niemieckich komentatorów popiera ten pomysł naszego ministra). Czy jednak rozwalanie obcych państw w imię "wartości", dzięki czemu tworzy się IS oraz fale uchodźców, jest działaniem mądrym oraz racjonalnym?

Na dzisiaj tworzenie legionów z syryjskich uchodźców byłoby trudne, ale dla mnie pomysł polskiego MSZ to próba odpowiedzi na pytanie: czy osoba, rodzina, społeczeństwo są odpowiedzialne za własny los, czy też potrzebują pasterza- dyktatora - jedno- lub wieloosobowego? Moim zdaniem, miłośników wojny ze Stanów Zjednoczonych, część uchodźców z Syrii i innych państw, liberałów - indywidualistów francuskich, polskich i, w ogóle, europejskich łączy niechęć do posiadania własnego zdania i podejmowania decyzji w ważnych kwestiach politycznych, społecznych, gospodarczych. Choć to oni są namaszczeni do bycia elitami, choćby z racji (względnej) zamożności, wysokiego miejsca w hierarchii społecznej, wykonywania ważnych społecznie i popłatnych profesji itd. Tymczasem masowo i od dawna uciekają od głównego zadania elit - czyli przewodzenia masom oraz od jakichkolwiek problemów nękających ogół społeczeństwa ( z Syrii do Europy uciekają ludzie względnie zamożni, biednych zwyczajnie na to nie stać).

Istotę filozofii liberałów - indywidualistów oddaje tekst Joanna Sfara, rysownika Charlie Hebdo: "...Naszą wiarą jest muzyka! Pocałunki! Życie! Szampan i radość! #Parisisaboutlife (Paryż to Życie!)" * Tekst niewątpliwie głęboko humanistyczny i ja bardzo chciałbym żyć w społeczności tego rodzaju. Tylko co zaoferować ludziom szukającym celu i sensu życia? Naganianym zresztą do tego poszukiwania przez wielu mądrych mędrców, powieściopisarzy i poetów, których utwory są wciąż podstawą nauczania i wychowania w szkołach, najpewniej francuskich też?

Wielu ludzi, szczególnie młodych, chce uczestniczyć w czymś ważnym, większość , moim zdaniem, wręcz nie potrafi żyć bez poczucia przynależności do istotnej, ich zdaniem, grupy społecznej. Komu mają zadać pytanie: Как жить? Jeśli elity uchylają się od odpowiedzi? Zawsze się znajdzie ktoś, kto odpowie, zaproponuje udział w czymś ważnym oraz przynależność do społeczności wykonującej misję dziejową, zleconą przez Najwyższego. Jedni dołączają do IS, a w przyszłości, być może, także do innych tego typu, morderczych, wrogich rodzajowi ludzkiemu grup, niekoniecznie powołujących się na islam, inni dumnie ogłaszają się narodowcami, w ostateczności fanatycznymi kibicami. Sprzyja temu również brak odpowiedzi elit na proste pytanie: " Ojciec, prać? Kogo?"

Zamiast równie prostej i konkretnej odpowiedzi, pytająca ludność otrzymuje teksty równie długie co niekonkretne, często z naciąganymi pod wyznawaną ideologię argumentami. A ludność, w większości posługująca się w ocenie rzeczywistości jedynie heurystykami sądzenia, potrzebuje prawd prostych i jednoznacznych. Swoją drogą, kiedyś taka postawa przysługiwała jedynie klasie robotniczej i chłopstwu pracującemu, inteligent musiał myśleć (albo choć udawać myślenie). Dzisiaj klasy robotniczej prawie już nie ma, inteligencji namnożyło się mnóstwo dużo, a obowiązek myślenia chyba zanika.

Elity, będące niegdyś siłą przewodnią albo przynajmniej arbiter elegantiarum społeczeństw, też zanikają. Na opuszczone przez nie pole wchodzą eleganckie też elity.

*Cytat z blogu Marlowa The Doga

poniedziałek, 9 listopada 2015

Paradygmat polskiej polityki

Ekonomia nie jest nauką ścisłą. Ekonomiści usiłują sobie radzić z natłokiem szkół, kierunków i nurtów dzieląc ową naukę na ekonomię pozytywną - opisującą jak jest oraz normatywną - sugerującą jak być powinno.( Głębsze wejście w ten podział grozi wpadnięciem do Szuflandii ). Państwa i struktury ponadpaństwowe - jak UE, opierają swoją politykę finansową, gospodarczą, społeczną, a także, w znacznej mierze, politykę zagraniczną na jakiejś przyjętej koncepcji ekonomicznej, zwanej czasem teorią. Wypracowaniem tej koncepcji zajmuje się sztuka ekonomii. Stosowni naukowcy, wiedząc od polityków jakie cele należy osiągnąć usiłują , na podstawie dostępnej im wiedzy o funkcjonowaniu gospodarki, określić jak te cele osiągnąć.

Dysproporcje w dochodach osiąganych przez najbogatszych i resztę ciągle rosną. Czy ktoś znajdzie nierewolucyjne rozwiązanie tego problemu?
Wypracowaną koncepcję nazwałbym programem operacyjnym, bo opiera się ona na założeniach, niekoniecznie odpowiadających rzeczywistości. W przeszłości obowiązywały: bulionizm i merkantylizm (często uważa się bulionizm za wczesny etap merkantylizmu). Fizjokraci stawiali na rolnictwo, twierdząc że jedynie rolnicy to klasa produkcyjna. Postulowali też wolność jednostki i rynku (państwo jako stróż nocny), głosząc idee leseferyzmu (laissez faire).

Merkantylizm dominował w Europie od XVI do XVIII wieku. Zgodnie z tym programem, należało eksportować jak najwięcej, a importować jak najmniej - jeśli już, to surowce. Trzeba było utrzymywać nadwyżkę w handlu zagranicznym, bo handel ten był grą o sumie zerowej - jak jeden zyskiwał, to drugi musiał tracić. Nie wolno było eksportować złota i srebra, nie należało eksportować surowców i produktów częściowo przetworzonych.

Adam Smith skrytykował merkantylizm, tworząc podstawy klasycznej ekonomii. Za to John Maynard Keynes do merkantylizmu się (częściowo) odwołał. Pytanie: jeśli merkantylizm błędnie opisywał rzeczywistość, to dlaczego Wielka Brytania, Francja i inne kraje, stosując się do jego zasad, stały się światowymi potęgami w swoim czasie?

Obecnie obowiązuje program zwany neoliberalizmem. Podlega surowej krytyce, bo bogactwo bogatych nie skapuje biednym. Anty -neoliberalizm zakłada przykręcenie śruby bogatym, w celu wyciśnięcia części bogactwa, by jednak skapywało. Nie jestem przekonany o skuteczności tego sposobu wyrównywania, na pewno zbyt głębokich, dysproporcji. Sądzę, że trzeba próbować zaangażować biednych w proces wytwarzania dóbr i za to im płacić, a nie po prostu rozdawać pieniądze.

Rozwinąłbym temat, ale pojęcia nie mam jaki ekonomiczny program operacyjny będzie obowiązywał w Polsce. Bo historyczny spór o nieobecność na maltańskim szczycie Unii chyba nie wynika z merkantylizmu, neoliberalizmu czy marksizmu - leninizmu? Tymczasem pytanie: kto ma nie jechać na szczyt stanowi teraz węzłowy problem polskiej polityki zagranicznej. Za to pani Beata Szydło odniosła pierwszy sukces dyplomatyczny - ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce zaprosił ją na pokaz najnowszego filmu o agencie 007. (Prawdę pisząc, przeczytałem tytuł: "Beata Szydło po premierze Bonda…" i począłem szukać stosownego zdjęcia przyszłej premier z księżną Kate oraz Danielem Craigiem). Czyżby szykowała się gruntowna zmiana paradygmatu polityki polskiej czy to tylko, oby przejściowe, skecze męczące część publiczności?

wtorek, 3 listopada 2015

Odwoływać się nie ma do kogo. Za nami Polska

Podczas II wojny, gdy Niemcy, w 1941 roku, podchodzili pod Moskwę, broniących jej czerwonoarmistów obowiązywało hasło: Cofać się nie ma gdzie. Za nami Moskwa. Trochę podobne hasło obowiązuje po ostatnich wyborach ich zwycięzcę, czyli Prawo i Sprawiedliwość: Odwoływać się nie ma już do kogo. Za nami Polska. Bo Prawo i Sprawiedliwość wykorzystało w czasie kampanii wszelkie odwołania (głosząc hasła prawicowe, lewicowe i centrowe) i uzyskało poparcie chyba wszystkich, dających się jakoś wyodrębnić grup społecznych.

Przez sto lat z okładem, nie istniała praktycznie w Europie formacja zdolna stawić czoła husarii. Husarię tworzyła zamożna szlachta. Gdy tej szlachty, z powodu upadku gospodarczego Rzeczpospolitej Obojga Narodów zabrakło, skończyła się również husaria.

Na prawo od PiS są ewentualnie jeszcze narodowcy, ale oni nie mają wzięcia u polskich wyborców. PiS musiałoby sprowadzić do nas ze sto tysięcy imigrantów spoza Europy, żeby narodowcy mogli odnieść sukces w wyborach. Centrum PiS zajmuje, a przynajmniej może zająć, bo ma liczących się polityków centrowych. Na lewicy, po równie śmiałych, co samobójczych manewrach przywódców tejże, ostała się partia Razem. Może wejdzie do przyszłego Sejmu, o ile dziewczyny i chłopaki popracują i to będzie na tyle. Chyba, że kryzys gospodarczy lub, przynajmniej, finansowy spowoduje u nas grecką tragedię i pomoc MFW. Wtedy Razem może zdobyć władzę, na podobieństwo Syrizy.

W sumie, moim zdaniem, jeśli Prawo i Sprawiedliwość potrafi rządzić poprawnie, to porządzi kilka kadencji. Na zasadzie: czyja władza, tego religia, akceptację społeczną uzyskają przy tym wartości (umiarkowanie) konserwatywne i religijne. Przy czym poprawne rządzenie oznacza przede wszystkim zapewnienie rozwoju gospodarczego niezbędnego dla wzrostu materialnego poziomu życia ludności oraz bezpieczeństwa i znaczenia Polski. Wątpię bowiem, by w Polsce dało się zastąpić chleb igrzyskami. Owszem , wśród wyborców PiS na pewno są ludzie, którym do szczęścia wystarczy nieszczęście sąsiada, ale o ocenie stanu rzeczy decydują ludzie młodzi (mają internet), z których większość jest racjonalna i zainteresowana swoim sukcesem. Poza tym, nie mamy warunków na igrzyska. Prezydent Rosji może (zresztą pewnie na krótką metę) zadowolić ludność demonstracją potęgi Rosji, nawet bratanki mają tu przewagę nad nami: współtworzyli potęgę (Austro- Węgry) jeszcze sto lat temu.

Wprawdzie PiS, w ramach igrzysk, może polować na jelenie, czyli Platformę Obywatelską, ale lud szybko się polowaniem znudzi, podobnie jak lud Francji znudził się gilotynowaniem tamtejszej arystokracji. Prawo i Sprawiedliwość nie ma też żadnych wymówek. Nie zwali niepowodzeń na koalicjanta ani nie ponarzeka na, utrudniającego mu działanie, prezydenta.

Jeśli Prawo i Sprawiedliwość nie poradzi sobie z rządzeniem już w pierwszej kadencji, to rezultatem może być upadek morale Polek i Polaków, o wiele głębszy niż pożądany przez opozycję oraz bezpowrotne odesłanie do lamusa istotnych wartości , nie tylko tych hołubionych przez PiS. Zdobycie przez jedną partię, po raz pierwszy w historii III RP, pełni władzy , nakłada na tę partię wielką odpowiedzialność. Mam nadzieję, że kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości zdaje sobie z tego sprawę, bo już jej fani, w tym różni niepokorni publicyści, chyba nie bardzo.

W kontekście odpowiedzialności zgrzyta mi pomysł utworzenia nowych województw, jako przesłanki do przeprowadzenia przedterminowych wyborów samorządowych. Prócz zdobycia władzy w samorządach, otwierającego lokalnym działaczom partii, ich rodzinom i znajomym dostęp do stanowisk, etatów i zleceń, nie widzę innego celu tych wyborów.

czwartek, 29 października 2015

Sytuacja wokół nas się komplikuje

Niedawno amerykański niszczyciel rakietowy USS Lassen celowo (potwierdził to sekretarz obrony USA), przepłynął w pobliżu dwóch wysp archipelagu Wysp Spratly na Morzu Południowochińskim. Chińska Republika Ludowa uznaje Wyspy Spratly za część swojego terytorium. Nie zgadzają się na to inne państwa regionu i USA. W odpowiedzi na działania Amerykanów, MSZ ChRL wezwało ambasadora USA, wręczając mu stosowny protest. Niezależnie, Chińczycy budują sztuczne wyspy, rozbudowują infrastrukturę na wyspach archipelagu, w tym infrastrukturę militarną.

Wyspy Spratly.Zielona linia: granica wód terytorialnych ChRL (choć tu Chińczycy nie są konsekwentni - raz mówią o wodach terytorialnych,innym razem o strefie ekonomicznej. Źródło:BBC

Morze Południowochińskie i Wschodniochińskie są kluczowe dla chińskiego handlu. Spośród 15 największych portów świata w 2011 roku, dziesięć znajdowało się w Chinach. Ewentualny przeciwnik - czyli USA(inni się nie liczą), mógłby łatwo zablokować większość chińskich portów. Marynarki wojennej, zdolnej stawić czoło US Navy, Chiny szybko nie zbudują. Koncentrują się więc na konstruowaniu rakiet przeciwokrętowych dalekiego zasięgu oraz budowie infrastruktury na Morzu Południowochińskim. Świetnym dla nich rozwiązaniem byłoby przyłączenie Tajwanu. Sąsiedzi Chińskiej Republiki Ludowej obawiają się oczywiście wzrostu jej potęgi, bo oznacza on groźbę dominacji politycznej Państwa Środka w regionie. Liczą na Stany Zjednoczone.

USA wyzwanie podjęły, ale na dłuższą metę, rejsy dowolnych okrętów US Navy nie powstrzymają Chińczyków przed rozbudową infrastruktury militarnej na Wyspach Spratly. Pewnie w końcu Amerykanie przystąpią do budowy baz np. w Wietnamie albo zastosują inne rozwiązania. Tak czy inaczej, ich zaangażowanie w Europie zmaleje, zresztą już obecnie na naszym kontynencie bazuje około 30 tysięcy amerykańskich żołnierzy - dziesięć razy mniej niż w szczycie zimnej wojny. Nie wiadomo też, jak zmieni się polityka USA po wyborach prezydenckich w 2016 roku. Ubiegający się o nominację z ramienia Republikanów Donald Trump,na przykład, dopuszczenie do zbliżenia Chin z Rosją uważa za duży błąd, proponuje dogadać się z Moskwą, neguje znaczenie Ukrainy dla USA. Stan Unii Europejskiej każdy widzi.

W sumie: sytuacja wokół nas jest dosyć skomplikowana , a może się skomplikować bardziej. Jaką politykę zagraniczną powinna teraz prowadzić Polska? Nie wiem. Oczekuję jedynie, że będzie to polityka propolska, oparta na wiedzy o tym co, kto, jak i dlaczego, a nie na mniemanologii, w miarę racjonalna, a nie bazująca na ideologii, fobiach czy teoriach spiskowych.

wtorek, 20 października 2015

Należy rozwijać co się ma, a nie marzyć o cudownych odkryciach i technologiach w nieistniejących u na dziedzinach

Niedawno prof. Kołodko, który wydaje mi się ekonomistą "czującym" gospodarkę powiedział: "Polska gospodarka nie może opierać się na służbach mundurowych, wieprzowinie i węglu zamiast na wiedzy… Trzeba zwiększać nakłady, ale na naukę, oświatę i służbę zdrowia ". Nakłady na wymienione dziedziny dobrze byłoby zwiększyć, byle nie mechanicznym dosypywaniem pieniędzy z budżetu. Pieniądze, zwłaszcza na naukę, powinna dołożyć gospodarka, płacąc za nowe technologie, projekty, innowacje. Przeciwstawianie wojska, węgla i wieprzowiny wiedzy sugeruje, że Caracale i inne kupuje się bezwiednie, węgiel kopią górnicy kilofami i łopatami itd.

Prototyp Aermacchi M-346 Wikimedia Commons zdj. SCDBob. Ten samolot zakupiliśmy jako następcę PZL TS 11 Iskra.

Gospodarka oparta na wiedzy polega generalnie na nakłanianiu naukowców do prowadzenia badań zapewniających tworzenie nowych technologii, know how, optymalizacji organizacji produkcji i usług oraz na tworzeniu sieci gromadzących, przetwarzających i zapewniających dystrybucję wiedzy i informacji (danych). Kiedyś naukowcy badali obszary rzeczywistości wedle własnych zainteresowań, dzisiaj (przynajmniej teoretycznie) winni znajdować nowe rozwiązania dla gospodarki i społeczeństwa.

Wojsko, a właściwie przemysł zbrojeniowy, tworzy doskonałą przestrzeń dla rozwoju nowych technologii i szeroko pojętej innowacyjności. Ponieważ państwo, tak czy inaczej, wydaje duże pieniądze na uzbrojenie, wyposażenie i utrzymanie sił zbrojnych. Znaczną część tego uzbrojenia i wyposażenia należy po prostu zamawiać i kupować w kraju. Że u nas, jak to u nas, musi być burdel na każdym kroku, to inna sprawa. Przykładem armatohaubica Krab. Program rozpoczęto w 1991 roku, potem były problemy finansowe, następnie producent nie potrafił sobie poradzić z pękaniem podwozia, spalinami w środku, przeciekającym silnikiem i w końcu zakupiono podwozie w Korei. Nie, na razie nie w Północnej, w Południowej.

Teoretycznie, jeśli w kraju istnieje wielki sektor gospodarki - jak u nas górnictwo węgla kamiennego, powinna też istnieć odpowiednia gałąź przemysłu, zaopatrująca ów sektor we wszystko co niezbędne. Oraz porządne zaplecze naukowe i badawczo -rozwojowe pilnie poszukujące nowych technologii wydobycia i przetwórstwa węgla, oferujące nowe rozwiązania w zakresie organizacji pracy, bezpieczeństwa pracujących itd. Przemysł górniczy, mając duży rynek krajowy, na którym zdobywa wiedzę i doświadczenie, winien też eksportować znaczne ilości sprzętu . Nasz przemysł jakoś nie błyszczy. Sprzedają maszyny i urządzenia do Chin, Rosji, Argentyny i gdzie indziej, ale wartość eksportu to zaledwie kilkadziesiąt milionów dolarów. Jeszcze mniej błyszczy zaplecze naukowe i badawczo - rozwojowe górnictwa. Czy w kopalniach, zwłaszcza tych szczególnie zagrożonych wybuchem metanu, nie powinny pracować roboty i automaty wydobywcze? Podobno w KWK Pniówek pracuje od 2012 roku automatyczna ściana węglowa... Przez lata dla górnictwa nie opracowano nowych technologii, nie uzyskano też żadnego postępu w obniżce kosztów wydobycia.

Produkcja wieprzowiny i produkcja żywności w ogóle nie może być zastąpiona sieciami zbierającymi i przekazującymi wiedzę. Bo nawet programiści, podobno, czasem muszą coś zjeść. Wieprzowinę można wytwarzać, niszcząc środowisko odpadami, szczególnie gnojowicą. Można też wykorzystywać wszelkie produkty z korzyścią dla środowiska i ludzi też. Bardzo celowe byłoby wyeliminowanie świń z łańcucha produkcyjnego wieprzowiny.

W sumie: w pierwszej kolejności trzeba pogłębiać wiedzę, dokonywać odkryć, tworzyć nowe technologie, rozwijać innowacyjność w sektorach gospodarki już istniejących u nas, a nie marzycielsko liczyć na cud, w postaci pojedynczego odkrycia czy pojedynczej technologii. Bo liczy się końcowy produkt, który może być użytkowany. Na przykład karabin Kałasznikowa,( a nie tylko suwadło z tłokiem gazowym), głowica jądrowa, telefon komórkowy, motocykl Harley-Davidson.
Tu trzeba zauważyć: posiadanie niezbyt dużych zasobów w postaci kadry, aparatury badawczej i przemysłu plus idiotyczne polskie piekiełko, nie gwarantuje sukcesu. Przykładem próba wyprodukowania następcy samolotu PZL TS 11 Iskra. * Nawiasem: zakupione we Włoszech, za 280 mln dolarów, samoloty Aermacchi M-346 są oparte na konstrukcji Jaka -130.

Polskie zasoby są naprawdę szczupłe** i sukces w tym czy w tamtym możemy odnieść jedynie koncentrując wysiłek na wybranych dziedzinach. Oraz działając konsekwentnie, systematycznie, poskramiając wybujałe ambicje i oczekiwania szefów struktur państwowych, (np. SZ RP). To musieliby czynić politycy. Niestety, wątpię czy oni chcą i potrafią.
* Krótka historia Irydy
** Na przykład, w latach siedemdziesiątych otrzymaliśmy z Wietnamu samolot F-5E. Przymierzano się do skopiowania silnika tego samolotu, ale okazał się zbyt technologicznie zaawansowany...

sobota, 17 października 2015

Prawicowy gołodupiec, to kiedyś oksymoron, a dzisiaj?

Podobno Polacy stają się coraz bardziej prawicowi. Powinno mnie to cieszyć - bo Amerykanie, którzy zbudowali potęgę USA, na pewno nie byli lewicowcami. Biali protestanci, nie oglądający się na pomoc państwa czy kogokolwiek, odpowiedzialni za siebie i swoje rodziny, pracowicie budowali swój dobrobyt i moc swojego państwa. (Oczywiście, o amerykańskim sukcesie zdecydowało szereg czynników, w tym obfitość łatwo dostępnych surowców, położenie geograficzne i inne.) Nasza prawica, zresztą współczesna prawica i lewica w ogóle, znacznie się różnią od tych historycznych. Prawdziwy polski prawicowiec, moim zdaniem, winien posiadać majątek o wartości przekraczającej 3 mln zł (bo niebogatym krajem jesteśmy) oraz mieć miesięczny dochód powyżej 10 tysięcy zł. W ostateczności może nie mieć majątku, ale mieć odpowiedni dochód.

Demonstruje tzw. prawica polska. Zwana też skrajną prawicą

Tymczasem u nas za prawicę uważają się ludzie o poglądach konserwatywnych, niekochający kochających inaczej, wierzący w zamach smoleński, często nacjonaliści (narodowcy), niekiedy zwyczajni rasiści i prości antysemici oraz przeciwnicy imigrantów. To w sumie (za wyjątkiem rasizmu i antysemityzmu) światopoglądowe duperele. Ci prawicowcy tyle mają wspólnego z historyczną amerykańską prawicą, co kantowanie z Kantem. Historyczna lewica z kolei , generalnie usiłowała przymusić kapitalistów do podzielenia się częścią dochodów z pracownikami. Dzisiaj lewica, także europejska głosi miłość do kochających inaczej, wprowadza poprawność polityczną i zajmuje się innymi światopoglądowymi duperelami.

Prawica polska (za wyjątkiem paru procent zwolenników JKM) oraz polska lewica krytycznie oceniają tych chciwych, samolubnych i okropnych kapitalistów i tylko szukają sposobów by im przywalić. Albo przynajmniej skierować na drogę cnoty, polegającą z grubsza na zawierzeniu Kierowniczej Sile państwa i społeczeństwa. Kierownicza Siła wie, co jest dobre dla Polski i niewątpliwie zapewni wszystkim, a przynajmniej Prawdziwym Polkom i Polakom zbawienie na ziemi (zanim dostąpią wiecznego).

Przy czym lewica usiłuje zapomnieć o marksizmie, (który ewidentnie nie sprawdził się w praktyce) i nie ma nawet zarysu teorii przynajmniej opisującej współczesne społeczeństwo. Liczy głównie na państwo. Prawica też nie ma teorii, ale ona z lubością tłumaczy stan rzeczy teoriami spiskowymi . Układy, agenci, zamach, kondominium, przekręty, powszechna korupcja, spiskowanie innych państw przeciwko Polsce - część z tych zjawisk na pewno istnieje i szkodzi Polsce, ale to nie one decydują o naszej słabości. Owe złe zjawiska ma zlikwidować państwo.

Jakby nie patrzeć, nasza prawica i nasza lewica, to zaledwie namiastki, bardzo istotnych kiedyś, ruchów społecznych. Namiastki z marnym zapleczem intelektualnym, wręcz idiotycznie przeceniające możliwości państwa. Tak jakby nie było Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - państwa, które usiłowało być omnipotencjalne. Że co, że powtórki PRL nie będzie, bo np. III (IV) RP nie ustala ani ilości, ani cen towarów i usług? Przyjdzie na to czas, zresztą ceny grup towarów już są korygowane za pomocą VAT i akcyzy. Poza tym, zamiast cen można korygować siłę nabywczą ludności w odniesieniu do grup towarów i usług oraz grup ludności (np. dopłatami bezpośrednimi dla rolników).

Przekonanie, że państwo ma rozwiązywać problemy ludzi, grup społecznych i społeczeństwa opiera się na, być może domyślnym, założeniu: tworzymy raczej chaotyczny tłum bezwolnych jednostek niż zbiorowość odpowiedzialnych za siebie, usiłujących osiągnąć zaplanowane cele osób, budujących określone struktury społeczne. Może część ludności sądzi, że przynależy do chaotycznego tłumu bezwolnych jednostek i pilnie oczekuje bata oraz marchewki. Niestety, nie jest to żadna recepta na poprawę jakości życia Polek i Polaków oraz budowanie silnej Polski.

środa, 14 października 2015

Czy jesteśmy paranoidalnymi schizofrenikami?

Istnieje sąd (nie pamiętam czyj), o większym niż gdzie indziej udziale w naszej populacji osób chorych na schizofrenię, osobliwie paranoidalną. Może jest to jakieś wytłumaczenie naszych, niewytłumaczalnych zachowań społecznych? Wrogość wzajemną partii politycznych da się uzasadnić racjonalnie. Jedni bardzo chcą mieć dalej konfitury, inni starają się do nich dorwać za wszelką cenę. To dla stron jedyna możliwość uzyskiwania dużych dochodów, przecież poza politykowaniem nasi politycy niczego, w zasadzie, robić nie potrafią. Dlaczego jednak owa międzypartyjna wrogość przenosi się z taką łatwością na znaczną część ludności?

Władysław Skoczylas Śpiący rycerze. Czy zostaną niebawem zmobilizowani?
Rozumiałbym to, gdyby partie istotnie się różniły. Na przykład Partia Komunistyczna głosiłaby konieczność nacjonalizacji wszystkiego co się da i upaństwowienia pozostałości, zaś Partia Liberalna proponowałaby prywatyzację wszystkiego co się da oraz sprzedaż pozostałości. Albo różne partie reprezentowałyby wyraźnie interesy różnych klas, warstw i grup społecznych (zawodowych). Jedna: klasy robotniczej lub pracowników czy mieszkańców miast. Druga hołubiłaby przedsiębiorców i ludzi przedsiębiorczych, traktując resztę jako nawóz historii. Trzecia głosiłaby przodującą rolę społeczną mieszkańców małych miejscowości, jako nosicieli prawdziwych wartości tudzież ludzi aktywnych, decydujących o rozwoju kraju.

Żeby choć w ocenie roli i znaczenia wielkich i dużych grup społecznych realnie istniejące partie się różniły. Któraś, przykładowo, wysoko oceniałaby poziom polskiej oświaty, bijąc głębokie pokłony nauczycielstwu polskiemu. Inna, krytykowałaby poziom oświaty, głosząc konieczność znacznego podwyższenia jakości nauczania i poziomu nauczycieli. Następna żądałaby likwidacji nierentownego górnictwa węgla kamiennego ( w domyśle - również górników), wskazując przy tym grupę społeczną (zawodową), która na owej likwidacji zyskałaby najbardziej (Ględzenie o zyskujących podatnikach mnie irytuje - nikt, nawet z grubsza, nie policzył ile i przez ile lat podatnicy musieliby dopłacać do likwidowanej branży. Swoją drogą, nieudolność kolejnych rządów odnośnie górnictwa jest nieprawdopodobna).

Tymczasem, istniejące u nas partie polityczne nie różnią się niczym, co może mieć realny wpływ na poziom i jakość życia ogółu wyborców. Owszem, zwycięstwo PiS będzie miało znaczenie dla, mnie więcej, trzystu tysięcy ludzi, którzy zastąpią, na zazwyczaj dobrze płatnych stanowiskach, obecnych nominantów PO i PSL (publicyści i dziennikarze tzw. prawicowi pewnie czekają niecierpliwie na miejsca w TVP oraz innych, wciąż wcale licznych , instytucjach państwowych). Zaś utrzymanie się PO przy władzy, uchroni część obecnych prezesów, dyrektorów i pracowników przed utratą dochodów oraz prestiżu.

Ale czego oczekują od zwycięzcy wyborów przeciętni wyborcy? Nie wiem, ilu z nas wciąż cieszą obietnice polityków. "Rozdających" podatnikom, po uważaniu, pieniądze, zabrane im wcześniej. Ilu chce wygranej PiS/PO wyłącznie jako kibice (oby nasi wygrali!). Ilu będzie głosować na PIS przeciw PO i odwrotnie? Jak mocno ważą na podejmowanych przez nas decyzjach wyborczych (durnowate) kwestie światopoglądowe? Moim zdaniem, jako zbiorowość, społeczeństwo, jesteśmy wyjątkowo podatni na baśnie i fikcyjne "filozoficzne" problemy (gender, in vitro, aborcja, polityka historyczna), przynajmniej wśród społeczeństw państw w miarę rozwiniętych. Wątpię, by Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi i inni dali się, tak jak my, zagdakać różnymi światopoglądowymi pierdołami, baśniami , podziałami typu: młodzi i wykształceni z miast, kontra starzy i niewykształcani ze wsi , przemysłem pogardy i innymi głupotami, zwłaszcza gdy rzeczywistość tu i ówdzie skrzeczy.

Propaganda polityczna opiera się na symbolach. Niektórzy uczeni w piśmie twierdzą, że w kampanii przed wyborami parlamentarnymi 2015 roku ścierają się różne Polski. Nie różne wizje Polski, a właśnie różne Polski. Jak to możliwe, skoro w realnym świecie istnieje tylko jedna Polska? (To takie państwo w Europie Środkowej, zamieszkałe przez 38,5 mln ludzi, obejmujące terytorium 321 679 km kwadratowych między Bałtykiem i Sudetami oraz Karpatami). Jeśli istnieje, tu i teraz, Polska realna, to ta druga Polska musi być mityczna. Znaczna część naszej, tzw. prawicy wierzy (albo udaje, na jedno wychodzi ) w istnienie Polski mitycznej. Będąc przy tym przekonana, że to Polska prawdziwa , a jeśli nawet nie, to prawdziwa być powinna. Nie znają rzeczywistego potencjału naszego państwa lub go ignorują. Gotowi są więc prowadzić politykę "mocarstwową", która zgubiła już II Rzeczpospolitą. Widzą tę swoją Polskę "okupowaną", szykują się do jej "wyzwolenia", chcą walczyć z korupcją, która podobno przeżera nasz kraj ( według rankingu Transparency International, Polska zajmowała w 2014 roku 35 miejsce na 175 państw - im korupcja mniejsza, tym miejsce wyższe) itp. Jeżeli wierzą w to co mówią, będą zmuszeni prowadzić w Polsce wojnę narodowo - wyzwoleńczą.

To nie jest całkiem nieprawdopodobne, zważywszy że czołowy prawicowy ideolog - poeta uznał, zdaje się, Tadeusza Rejtana za jedynego prawdziwego Polaka w swoim czasie. Od reszty niby - Polek i Polaków należało wtedy nasz umęczony głupotą i paranoją kraj, wyzwolić? Pisząc poważniej: prawica źle rozpoznaje przyczyny trwonienia przez nas czasu i innych zasobów. Istotniejsze niż korupcja (którą zwalczać trzeba) są niskie kompetencje polityków i wysokich urzędników, złe prawo, wadliwe struktury państwa i inne. Jeśli PiS, po zdobyciu władzy, zacznie walkę z cieniami oraz PO, straci bezpowrotnie czas - nie swój, a Polski i uzyska tyle co p. Ziobro wojujący z piratami drogowymi. Za piratów robili głównie pijani rowerzyści, łapani przez policjantów na wiejskich dróżkach.

Modernizacja Polski i jej szybszy rozwój wymagają wiedzy, umiejętności, pracowitości, determinacji. Nie paranoicznego szukania i zwalczania ZŁA oraz zastępowania go DOBREM. Takie rzeczy, to tylko w baśniach ludowych się czynią.

czwartek, 8 października 2015

Jako zbiorowość nie rozumiemy realnego świata i nie potrafimy w nim żyć

W końcu lat sześćdziesiątych, miałem paru kolegów szkolnych oraz kilku dalszych członków rodziny planujących wyjazd do RFN lub gdzieś na Zachód. - W Polsce zawsze będzie źle, nie ma powodu by marnować życie, siedząc tutaj - twierdzili. (Nie wiem skąd wzięli tę pewność, ale to tutaj nieistotne). No i powyjeżdżali, teraz drugie, a nawet trzecie pokolenia uczestniczą w życiu towarzyskim na polskojęzycznym Facebooku. Czasem przyjeżdżają też do kraju. Czyli są i zamierzają być Polakami, choć nie chcą żyć w Polsce. Ja przez lata, świadomie lub nie, czyhałem na sposobność wykazania sobie i im, że w Polsce też może być lepiej.

Kolor magii/ cykl Świat Dysku, Terry Pratchett, rys. Paul Kidby

Zabici i ranni na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, mocno ograniczyli mój optymizm. Potem, w początkowym okresie rządów Edwarda Gierka, wyglądało że idzie ku lepszemu. Niestety, w kolejnych latach było coraz gorzej. W końcu zaprotestowali robotnicy, znowu na Wybrzeżu, tym razem pokojowo i skutecznie. Powstała Solidarność, jej rosnąca siła i znaczenie spowodowały wprowadzenie stanu wojennego w latach 1981 - 1983. W czasie stanu wojennego i po nim Polska była w stanie hibernacji - gospodarczej, społecznej. To lata bezpowrotnie stracone. Mocną zmianę spowodowała dopiero ustawa Wilczka , obowiązująca od 1988 do 2000 roku. Bez niej prawdopodobnie Polska, zwijającą po 1989 roku gospodarkę państwową, utonęłaby w marazmie podobnie jak Ukraina. ( W Polsce PKB na głowę: w 1990 roku 1698 dolarów USA, w 2014 roku 14 422,8 USD; Na Ukrainie w 1990 roku: 1569,7 USD, w 2014 roku 3082,5 USD*).

Po przejęciu władzy przez Solidarność w 1989 roku, powiało optymizmem. Niestety, rychło się okazało że nowi władcy umieli czytać i pisać bezdebitowe książki czy broszury, ale o rządzeniu, szczególnie zaś o gospodarce pojęcie mieli mętne. Przy czym działacze PZPR wcale nie byli lepsi. Mieli władzę w III RP jako SLD i racjonalną polityką przemysłową oraz prywatyzacją nie błysnęli. Parę lat temu jechałem pociągiem trasą z moich szkolnych czasów: Tarnowskie Góry - Bytom - Katowice. Ponury widok zrujnowanych hal fabrycznych, zdewastowanych dworców, rozsypujących się konstrukcji prowokował pytanie: po co pokolenia moich dziadków i rodziców pracowały ciężko, biedując? Dlaczego produkcja tych porzuconych zakładów przestała być potrzebna wręcz z miesiąca na miesiąc? Opowiadania typu: wiecie, rozumiecie w socjalistycznych zakładach 1000 pracowników wytwarzało tyle samo co 300 pracowników na Zachodzie, mogą sobie ekonomiczni myśliciele wsadzić w dupę. Ponieważ koszt pracy owego tysiąca pracowników i tak był niższy niż tych 300 zachodnich (jeszcze w 2014 roku średnia płaca brutto w Polsce to 3900 zł, w Niemczech około 14 000 zł). Konkurencja z zewnątrz wykończyła polski przemysł? Tylko dlatego, że pozwolono owej konkurencji hasać w Polsce, likwidując za friko większość ograniczeń. Byle chłopek - roztropek zdawał sobie sprawę: by mieć pieniądze na zakup czegoś, trzeba coś produkować i sprzedawać. Ale dla oświeconej inteligencji rządzącej Polską, rzecz jest wciąż niejasna i niezrozumiała.

Ostatecznie zrujnowała mój optymizm katastrofa w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Właściwie nie sama katastrofa, choć obnażyła marność państwa i zaściankową wrogość wzajemną czołowych polskich polityków, ale rozwój wydarzeń po katastrofie. Oskarżanie władz państwa o zamach, przeprowadzony we współpracy z władzami państwa ościennego pasowało, moim zdaniem, do jakiegoś państewka w Afryce Środkowej. Podobnie jak oskarżanie prezydenta o popełnienie samobójstwa rozszerzonego. Przy czym owych oskarżeń nie miotali pacjenci psychiatrycznych oddziałów zamkniętych, lecz politycy najważniejszych partii i różni publicyści. Żeby było bardziej ponuro i śmiesznie: miotanie oskarżeń tego kalibru nie powodowało żadnych konsekwencji.

Dokładając do tego nagminne ogłaszanie fatalnych klęsk zwycięstwami, upierdliwe dzielenie Polek i Polaków na plemiona, marudzenie o kondominium itd. oceniam, że my po prostu nie potrafimy, jako zbiorowość, żyć w realnym świecie. Nie rozumiemy go i odrzucamy albowiem wiemy jak ma być i właśnie tak być powinno. Dopóki tego podejścia nie zmienimy, w Polsce zdecydowanie lepiej nie będzie. Bo być nie może, skoro Polska istnieje jedynie w naszych umysłach, księgach oraz poezji, szczególnie śpiewanej. Takiej Polski nie można rozwijać czy poprawiać. Ona istnieje po prostu, choć w wielu wariantach i wojna się toczy o to, czyj wariant jest słuszny oraz prawdziwie polski.

*Źródło: Bank Światowy

czwartek, 1 października 2015

Wielka trójka przy stole w ONZ. Przesłanie?

Usadowienie prezydenta RP przy jednym stole z prezydentami USA i Federacji Rosyjskiej to niewątpliwie sukces. Choć oceniający rzecz nasi eksperci i publicyści nie zauważyli chyba pewnego drobiazgu. Dlaczego pan Putin, ignorowany podobno przez Zachód, usiadł do stołu razem z panem Obamą? Czyżby prezydent USA, onieśmielony perspektywą siedzenia przy stole razem z prezydentem Polski, nie zauważył kto jeszcze będzie mu towarzyszył? Skrajnie nieprawdopodobne.

Fot. Amanda Voisard,European Pressphoto Agency. Źródło PAP/EPA

Obama usiadł z Putinem, bo chciał (zgodził się) usiąść z prezydentem Rosji. Dając jakiś sygnał reszcie świata. Na razie niezbyt wiem jaki i komu. Tak czy inaczej, sugerując światu zamiar jakiejś współpracy z Rosją.

Obecność przy tym stole prezydenta Polski niekoniecznie była jedynie rezultatem zręczności naszej dyplomacji. To element przesłania USA ( a bardzo prawdopodobne że i Rosji) skierowanego do polityków i państw - członków NATO, obawiających się Rosji. Przesłanie brzmi: Nie obawiajcie się dziewczyny i chłopaki, my was nie skrzywdzimy. Lub tylko: my, USA, nie pozwolimy was skrzywdzić. Mamy zamiar współpracować z Rosją, nie zapominając jednak o Was.

Przy czym, trochę wątpię, by Stanom Zjednoczonym rzeczywiście mocno zależało na współpracy z Rosją przy wojowaniu z Państwem Islamskim. W ogóle wątpię, by komukolwiek zaangażowanemu na Bliskim Wschodzie zależało szczególnie na likwidacji tego państwa. Może zależy UE - z powodu masy uchodźców oraz części opinii publicznej, która jednak zmienną jest i ma krótką pamięć.

Nie wiem też, co właściwie Rosja chce osiągnąć, angażując się tam. Armia Assada jest zbyt słaba, by samodzielnie pokonać islamistów. Bombardowania niewiele zmienią , choć przy dobrym współdziałaniu lotnictwa z wojskami lądowymi mogą pomóc dyktatorowi odzyskać ważne gospodarczo tereny i obiekty. Rosja niewątpliwie zyskała (na chwilę) wizerunkowo, ale długotrwałe, kosztowne uczestnictwo w nie jej wojnie, może Rosji ( i Putinowi) raczej zaszkodzić niż pomóc. Chyba, że Rosja już przejęła lub próbuje przejąć od USA rolę siły przewodniej na Bliskim Wschodzie i nie tylko. Nie jako siła militarna czy gospodarcza, a jako siła dyplomatyczna. Oni mogą próbować, zresztą już to czynią od wielu miesięcy ( wizyty w Moskwie przedstawicieli opozycji syryjskiej, Iranu i innych, wypowiedzi Erdogana itp. ), doprowadzić do uzgodnienia interesów ważniejszych walczących stron i narzucenia ich pozostałym . Zaprowadzając w ten sposób względny pokój i informując świat cały: bez Rosji obejść się nie można.

Nie można też wykluczyć, że to co widzimy, jak zwykle nie jest tym na co wygląda. Ja mam wrażenie, że politycy państw najsilniejszych mają dość nieskutecznego oraz nieskończonego uzgadniania wszystkiego ze wszystkimi i poszukują możliwości zarządzania światem ponad głowami słabszych. Prezydent Rosji podkreśla np. rolę ONZ. Organizacji, która została zaprojektowana jako koncert mocarstw (Rada Bezpieczeństwa i prawa jej członków stałych). Istotne jest przy tym pytanie: jakie kraje (regionalne mocarstwa) dopuścić do udziału w rządzeniu i na jakich zasadach?

Co my tu możemy? Niewiele, jako kraj po prostu słaby. Nasze znaczenie mogłoby wzrosnąć, gdybyśmy potrafili być dyplomatyczną siłą przewodnią - politycy USA, na przykład, pewnie woleliby rozmawiać z politykami polskimi, a nie użerać się z przedstawicielami każdego z państw i państewek Europy Środkowej i Wschodniej oddzielnie. Wyraźnie zasugerował to prezydent Obama podczas wizyty w Polsce w 2014 roku (spotkanie prezydentów Polski i USA z przywódcami Europy Środkowej i Wschodniej). Niestety, na razie nasi politycy chyba nie dorośli do tego.

wtorek, 29 września 2015

Sytuacja w Europie i na świecie się komplikuje. Czy mamy fachowców - polityków i ekspertów na trudne czasy?

Jednak w Polsce można liczyć na cud. Oto przedstawiciele nieprzyjaznych sobie obozów: panowie A. Kwaśniewski i W. Waszczykowski dostrzegli zagrożenie, wynikające z ostrej reakcji na stwierdzenia ambasadora Rosji w Polsce, p. Siergieja Andriejewa.* Były prezydent orzekł, że Rosja liczy na mocną reakcję Polski (typu: wydalenie ambasadora), by zrobić z nas politycznych obsesjonatów. Dyplomata z PiS ostrzegł: ewentualne wyrzucenie ambasadora, Rosja wykorzysta do uczynienia nas, w oczach Zachodu, państwem nieodpowiedzialnym.


Trudno znaleźć polityka skutecznego i pozbawionego wad.

Ktoś zauważy może w tym miejscu: - A czemuż to oni są tacy przewrażliwieni? Dlaczego Zachód miałby uwierzyć propagandzie rosyjskiej? Otóż, nie tylko moim zdaniem, Zachód, a konkretnie najsilniejsze państwa zachodnie, uwierzyłby, bo mógłby wtedy zignorować Polskę. Prawdopodobnie bowiem szykuje się coś w rodzaju nowej Jałty. Porozumienie państw najsilniejszych ponad głowami państw słabszych. Porozumienie, nie uwzględniające interesów państw średnich i małych. Co wcale nie oznacza rzucenia tych państw - przynajmniej członków NATO i UE, przykładowo, na pastwę Rosji . Przy czym, do nowego podziału stref wpływów nie dojdzie z wtorku na środę. To raczej będzie proces, niekiedy chaotyczny i pełen zawirowań.

Polska nie musi , mimo swojej słabości, być jedynie pionkiem w tej grze. Nie zawsze przecież, zwłaszcza w dyplomacji, liczy się jedynie siła państwa. Mierzona wielkością gospodarki, PKB na głowę, jakością państwa, jego potencjałem militarnym. Ważna bywa zdolność do tworzenia sojuszy, choćby taktycznych, skuteczne, możliwe do przyjęcia przez innych, pomysły rozwiązywania problemów NATO czy UE, a także tworzenie dla europejskiej , a nawet światowej opinii publicznej, wizerunku Polski pragmatycznej i miłej . Takiej, której należy się wsparcie, szacunek oraz przyjemnie mieć ją za sojusznika i przyjaciela.

Niestety, polska dyplomacja z uporem tworzy wizerunek Polski, będący skrzyżowaniem strachliwego zajączka spod miedzy z krnąbrnym dzieciakiem, który niezbyt wie czego chce, za to wiecznie marudzi. Ostatnio, 22 września 2014 roku, ministrowie spraw wewnętrznych państw UE przegłosowali podział 120 tysięcy uchodźców. Polska głosowała za, mimo wcześniejszych uzgodnień w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Moim zdaniem, bardzo dobrze się stało, że Polska głosowała za - poza wszystkim nasza "pryncypialność" w przeszłości , bywała dla nas skrajnie niekorzystna. Natomiast o pomstę do nieba woła taktyka polskiego rządu odnosząca się do wypracowania rozwiązania problemu. Najpierw bojowe okrzyki: nie zgadzamy się na obligatoryjne kwoty, nie zgadzamy się na to i na tamto, po czym potulne głosowanie za.

Dlaczego nie próbowano ustalić na co się możemy nie zgodzić, by następnie ogłosić sukces, bo większość państw UE przyjęła nasz punkt widzenia? Można było protestować np. przeciw koncepcji osiedlania uchodźców na stałe, ogłaszając następnie, że zostaną u nas tylko czasowo. Propagandziści związani z rządem mogli przy tym wskazywać publice: uchodźcy i tak u nas nie zostaną, wyjadą do Niemiec, więc o co tu wojować? Również moralizatorstwo dla ubogich (należało je chyba zostawić publicystom), zamiast racjonalnych argumentów, w tym konieczności budowania pozycji Polski w UE itp. było nieskuteczne i brzmiało fałszywie. PO prawdopodobnie pogorszyła wizerunek Polski w Europie ze strachu przed PiS oraz wskutek wyraźnego braku fachowców od PR, zdolnych do analizy rzeczywistości i prognozowania rozwoju wydarzeń, choćby na parę miesięcy naprzód.

Sytuacja w Europie i na świecie będzie się komplikować. Nie wiem czy mamy fachowców - polityków i ekspertów, zdolnych określić, jak nie optymalne, to chociaż racjonalne sposoby wykorzystywania sytuacji korzystnych i reagowania na zagrożenia. Dwie jaskółki, wspomniane na początku wpisu, nie czynią wiosny.

*Ambasador powiedział w wywiadzie dla TVN 24: „Polityka Polski doprowadziła do tej katastrofy we wrześniu 1939 roku, bo w ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoja politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim. Częściowo Polska była więc odpowiedzialna za tę katastrofę, do której doszło we wrześniu.”

sobota, 26 września 2015

Demokracja parlamentarna nie jest wartością samą w sobie

Demokracja potrzebuje demokratów? Wręcz odwrotnie: demokraci potrzebują demokracji. Tego ustroju potrzebują wolni ludzie, potrafiący dokonywać w miarę wolnych, jakoś zracjonalizowanych, wyborów. Ważną charakterystyką demokracji jest powściągliwość większości, nie próbującej narzucać mniejszości swoich poglądów, religii, ideologii. Jeśli demokracja ma być w miarę sprawna i skuteczna w procesie uzgadniania interesów oraz racji ludzi, klas warstw, grup społecznych, to musi być cechą społeczeństwa.

Rezultaty walki o demokrację w Syrii. Pozostałość po Dajr az-Zaur (Deir al-Zor). Autor Khalil Ashawi (Reuters). Czerwiec 2013 rok

Społeczeństwa, czyli dużej zbiorowości społecznej, złożonej z ludzi posiadających wspólną kulturę, tożsamość, mających poczucie istnienia więzi między nimi. Słabszych niż np. rodzinne, ale akceptowanych, w miarę cenionych i dostrzeganych przez ogół. Istotne są też widoczne elementy wspólnej kultury - np. język , historia - tworzące naród (choć na przykładzie Szwajcarii, brak wspólnego języka nie jest przeszkodą istotną). Istnienie narodu (poczucie przynależności do narodu) jest pewnie ważne dla skutecznego działania demokracji parlamentarnej.

Demokracja nie radzi sobie w sytuacji gdy większość lub agresywna mniejszość potrafią narzucić swoje rozwiązania reszcie. Albo w sytuacji, gdy wprawdzie istnieje państwo, ale nie istnieje ani społeczeństwo, ani naród (nie ma poczucia odpowiedniej wspólnoty). Oraz kiedy ludność państwa nie składa się z ludzi wolnych, lecz stad, w których obowiązuje hierarchia (kolejność dziobania).

Na Bliskim Wschodzie, w znacznej części Afryki i innych regionach naszej planety nie istnieją ani narody , ani społeczeństwa. Trudno je znaleźć nawet w państwach o długiej tradycji państwowości - np. w Afganistanie. Tamtejszy rząd może sobie mianować, przykładowo, gubernatorów, ale rzeczywistą władzę w terenie sprawują i tak lokalni przywódcy. Pouczająca jest biografia Abdula Rashida Dostuma. Otrzymał stopień generała (w czasie radzieckiej interwencji) od Mohammada Nadżibullaha, zdradził go, po czym jeszcze parokrotnie zmieniał front. Obecnie Dostum to wiceprezydent Afganistanu. Prezydent Afganistanu Aszraf Ghani został wybrany dzięki wsparciu Dostuma i innych przywódców grup etnicznych, plemion, klanów. Niektórych, jak Dostuma obciążają liczne zbrodnie wojenne i inne przestępstwa. Przy czym w Afganistanie grupy etniczne, religijne, plemiona potrafiły się w przeszłości dogadać dzięki tradycji zwoływania Loja Dżirga - Wielkiego Zgromadzenia. Gdzie indziej taka tradycja nie istnieje i, jak tylko nadarzy się okazja, wszyscy zaczynają walczyć ze wszystkimi.

W sumie, naszą zachodnią wrażliwość na krzywdy czynione przez tych złych tym dobrym trzeba, choć częściowo, zastąpić wiedzą. Wyraźny podział na złych i dobrych istnieje przecież wyłącznie w baśniach ludowych i filmach z Hollywood, a i to nie zawsze. Nasze wartości to nasze wartości , niekoniecznie podzielane przez wszystkich. Oczywiście, są wśród nich uniwersalne (podstawowe prawa człowieka), które należy promować. Lecz demokracja parlamentarna, moim zdaniem, akurat wartością uniwersalną nie jest. Na dodatek, narzucanie innym owych wartości bywa wybiórcze (przywódcom Chin można wypomnieć to i owo, ale nieśmiało, bo to wielkie państwo, Saudom nie wypada, bo są cennymi sojusznikami USA oraz dostarczają wielkie ilości ropy naftowej), co tworzy podejrzenia o hipokryzję i niedbałe maskowanie własnych interesów wzniosłymi hasłami. Świat albo tylko nasza cywilizacja nie przetrwają zbyt długo, jeśli naszymi sprawami kierować będą politycy o małych rozumkach, wspierani przez publiczność "czytającą" jedynie obrazki .

niedziela, 20 września 2015

Muzułmanie z Bliskiego Wschodu nie porzucą swojej kultury. Spróbują narzucić ją nam.


Panie z Kazachstanu w strojach ludowych.W Kazachstanie żyją zgodnie muzułmanie (prawie 64% ludności), prawosławni (poniżej 25%), inni chrześcijanie (2,3%), ateiści (prawie 3%). Obowiązuje rozdział Kościołów od państwa

Biblia, święta księga chrześcijan, jest podręcznikiem historii zbawienia ( określenie ks. Macieja Basiuka). Głównym autorem Biblii jest Bóg, który nie dyktował autorom - ludziom tekstu, a jedynie obdarzał ich natchnieniem. Biblia, dla większości chrześcijan, nie stanowi źródła prawa, nie jest nawet zbiorem przepisów dotyczącym praktyk religijnych.

Autorem Koranu, świętej księgi islamu, jest Allach, Mahometowi treść Koranu podyktował archanioł Gabriel ( Dżibril). Główne nurty islamu nie dostrzegają różnicy ani nie uznają rozdziału życia świeckiego od religijnego. Koran jest najważniejszym źródłem prawa w islamie, drugie źródło to sunna. Koran, w jednej wersji dla wszystkich muzułmanów i sunna, której różne wersje obowiązują w różnych nurtach islamu, są źródłami prawa oraz zbiorem przepisów i instrukcji, regulujących praktycznie całe życie jednostek i zbiorowości. Zakres i szczegółowość regulacji zależy oczywiście od interpretatorów świętej księgi i sunny, choć np. praktyki religijne są w Koranie opisane szczegółowo.

Próby określania islamu , na podstawie tekstu Koranu, jako religii pokoju czy wojny są bezsensowne. Treść sur można różnie interpretować - np. jedni twierdzą, że wzywająca muzułmanów do walki z niewiernymi sura 9.At-Tauba, dotyczy tylko Bizantyjczyków, inni uznają że nakazuje walczyć z niewiernymi zawsze i wszędzie. Oczywiście, lepiej by tej sury w ogóle nie było, wojujący islamiści musieliby nieco się pomęczyć , by znaleźć uzasadnienie dla swoich poczynań.

Ale muzułmanie z Bliskiego Wschodu mogą mieć trudności z integracją ze społeczeństwami krajów europejskich, nie tylko w związku z religią. Znaczna część ich kultury jest zasadniczo różna od naszej. Uznają inną niż my hierarchię wartości, mają zdecydowanie inne zwyczaje i obyczaje, struktury społeczne, prawdopodobnie wręcz nie rozumieją naszego indywidualizmu, braku albo lekceważenia autorytetów, braku zasad, norm społecznych, luzu itd. Dla nich niewierny to obcy. W naszych państwach będą chyba się czuć jak ateiści w teokracji albo chrześcijanie w państwie wojującego ateizmu, tylko o wiele gorzej.

Przy czym muzułmanie, muzułmanom nierówni. Turcy np., żyjąc od połowy lat dwudziestych XX wieku w świeckim państwie, zbudowanym przez Kemala Atatürka, pewnie mają o wiele mniejsze kłopoty z adaptacją do warunków europejskich niż muzułmanie z Bliskiego Wschodu.

W sumie, moim zdaniem , obawy związane ze stałą obecnością w Europie znacznej liczby imigrantów - muzułmanów z Bliskiego Wschodu są, przynajmniej częściowo, uzasadnione. Mogą oni, przez pokolenia , czuć się w Europie obco, nie akceptować naszej kultury i systematycznie próbować narzucać swoją kulturę (nie tylko religię) na zamieszkałym przez siebie obszarze. Taki stan rzeczy uprawdopodabnia bezwzględna wojna, jaką toczą między sobą reprezentanci różnych nurtów islamu - sunnici i szyici.

Jeśli politycy europejscy uważają się za w miarę rozsądnych i odpowiedzialnych, to niechże wyjaśnią Europejczykom czemu należy osiedlić u nas na stałe uchodźców. Bez idiotycznego moralizatorstwa dla ubogich duchem. Bo pomagać uchodźcom należy, ale osiedlanie ich na stałe w Europie nie jest ani jedyną , ani najlepszą opcją.

środa, 16 września 2015

Uchodźcy, czyli imigranci. Jaki cel ma propaganda?

Uchodźcom niewątpliwie pomóc trzeba. Dlaczego jednak pomoc ma polegać na osiedleniu ich na stałe w wybranych przez nich państwach lub przymusowym osiedleniu ich na stałe w państwach przydzielonych im przez Komisję Europejską?

Ofiara głodu w Niemczech zimą 1948 r. Bundesarchiv, Bild 183-R94419 / CC-BY-SA

W czasie drugiej wojny i po niej do Niemiec przybyło około 14 mln ludzi - uchodźców - uciekinierów i przesiedlonych, między innymi z terenów przydzielonych Polsce przez wielką trójkę. Przesiedlonych mocą decyzji mocarstw. To byli Niemcy. W Niemczech wtedy żyło sie ciężko. Jeszcze w 1948 roku ludzie umierali tam z głodu.
Polska , w nowych granicach, przyjęła prawie dwa miliony uciekinierów i przesiedleńców (repatriantów) zza Buga. To byli głównie Polacy. Później przyjęliśmy uchodźców z Grecji, którzy po zmianie sytuacji do swojego kraju, w większości, wrócili.
Co do ucieczek z PRL: Nie sprawdzałem, wydaje mi się jedynie że w ciągu ponad czterdziestu lat istnienia PRL osób które nielegalnie opuściły Polskę i, co za tym idzie, nielegalnie dotarły na terytorium innych państw było może z tysiąc? Albo mniej. Polacy docierali do państw zachodnich legalnie, z paszportami i wizami - czyli za zgodą tych państw.
Niemcy z NRD uciekali do RFN, głównie w poszukiwaniu lepszego życia. Swoją drogą, mimo bliskości kulturowej i tak do dzisiaj podział Niemców na Ossich i Wessich jest aktualny.
Obecnie np. Polacy żyją w Wielkiej Brytanii chociażby, bo przenieśli się tam na podstawie stosownych traktatów podpisanych przez państwa tworzące UE.

Porównywanie opisanych wędrówek z obecnym napływem imigrantów spoza Europy jest, co najmniej, mocno naciągane. Jeszcze bardziej naciągane jest mianowanie ich wszystkich uchodźcami. Nieprawdopodobnie niekonsekwentna polityka UE - głównie Niemiec i Austrii (najpierw życzyli sobie przestrzegania umowy Dublin II*, potem radośnie oświadczyli, że przyjmą wszystkich, by w końcu przymknąć granice) ściągnęła do Europy setki tysięcy ludzi, a za nimi pewnie przyjdą inni.**
Będziemy mieli w sumie w Europie rozczarowanych imigrantów - skłonnych przez to okazywania nam wrogości oraz aktywne ruchy faszyzujące lub wręcz faszystowskie. Zyskujące na popularności dzięki niechęci do imigrantów -muzułmanów, a próbujące rozciągnąć tę niechęć na wszystkich obcych.

Porównanie do USA jest, moim zdaniem, niecelne. Społeczeństwo USA jest bowiem naprawdę wielokulturowe z jednej strony (spójrzmy choćby na ilość Kościołów tamże), co czyni je odpornym na próby narzucenia wszystkim jednej ideologii, obyczajów, religii. Z drugiej, władze USA potrafią bezwzględnie zniszczyć grupy odrzucające porządek prawny USA. Używając do tego nawet broni maszynowej i transporterów opancerzonych.

Jaki cel ma propaganda utożsamiająca wszystkich imigrantów z uchodźcami, stosująca szantaż moralny, a nawet groźby wobec poszczególnych krajów? Jedyne co mi się kojarzy, to próba "przykrycia" błędów popełnionych przez USA i niektóre państwa europejskie na Bliskim Wschodzie oraz nieprawdopodobnej naiwności mediów i "autorytetów" piejących z zachwytu nad arabską wiosną.

My, czyli wyborcy, powinniśmy w końcu przyswoić sobie wiedzę: politycy generalnie byli, są i pewnie będą marni. Potrafią bezmyślnie doprowadzić do kryzysu, rozpętać wojnę, spowodować utratę stabilności, a nawet niepodległości kraju którym rządzą. Po czym gładko wytłumaczyć ludności, że są niewinni. Mechanizm doprowadzenia do zalewu Europy przez uchodźców (nielegalnych imigrantów ) z zewnątrz dostrzegamy, bo stało się to w ciągu zaledwie 12 lat. Trudniej rozpoznać zupełnie podobne mechanizmy, uruchamiające rozmaite kryzysy oraz wojny ( w tym obie wojny światowe) w przeszłości. Ponieważ trwały dłużej i bywały bardziej złożone.

Przy czym sam dopływ dużej liczby imigrantów nie jest aż tak wielkim nieszczęściem dla UE. Dopiero dąsy, naciski, oskarżenia wzajemne, narastająca nieufność co do intencji kierownictw poszczególnych państw plus przejście części wyborców na ciemną stronę mocy, mogą spowodować bardzo poważny kryzys Unii Europejskiej. Na czym my, Polki i Polacy możemy jedynie stracić. Jeśli ktoś sądzi inaczej, to niech spróbuje opisać za pomocą jakich zasobów Polska poradzi sobie w bezwzględnej, nijak nie ograniczanej konkurencji między europejskimi państwami.

*Według umowy (konwencji) m.in. uchodźca składa podanie o azyl w pierwszym kraju UE, w którym się znalazł. Jeśli dotrze, poprzez ten kraj, gdzie indziej winien być odesłany z powrotem do pierwszego kraju.
**Marlow napisał tekst informujący p. kanclerz, czego chcą uchodźcy, pytając przy tym czy p. Merkel wie co robi: Frau Kanzlerin, was werden Sie tun?



niedziela, 13 września 2015

Kampania wyborcza. Obiecanki czy rewolucje dla ubogich duchem?

Podobno PO ma zamiar zlikwidować składki na NFZ i ZUS, zaś PiS chce zlikwidować NFZ. Podobno ludność już się cieszy, bo te składki, wiecie rozumiecie, to straszliwe obciążenie jest. Ciekawi kogoś skąd politycy wezmą pieniądze na służbę zdrowia oraz na wypłaty emerytur, rent i takich tam? Otóż, od ludności je wezmą, tak czy inaczej.

Szaman Walentin Hagdajew na brzegu Bajkału. Wikipedia, zdjęcie: Аркадий Зарубин. Szaman nie prowadzi kampanii wyborczej, choć kampanijnie wygląda.

Część składki na NFZ (7,75%), wynoszącej 9% od podstawy (liczonej od wynagrodzenia brutto, pomniejszonego o składki na ubezpieczenie społeczne) stanowi ulgę w podatku dochodowym. Czyli pracownik otrzymujący wynagrodzenie minimalne w 2015 roku - 1750 zł, zyskiwałby na tym całe 18,88 zł miesięcznie. Resztę zapłaciłby w ramach podatku dochodowego.

Opłacanie służby zdrowia z budżetu oznacza wydanie tej służby, czyli ochrony zdrowia w Polsce, na pastwę nieodpowiedzialnych polskich polityków, potrafiących dbać jedynie o swoje interesy i interesy własnej partii. Obecnie około 70 miliardów zł budżetu NFZ jest poza ich zasięgiem. Przy finansowaniu z budżetu, zafundujemy sobie coroczny kabaret podczas jego uchwalania - medycy i opozycja będą żądać zwiększenia wydatków, a rządzący tłumaczyć, że to niemożliwe. Likwidacja NFZ, to zagrywka pod publiczkę i to prymitywną publiczkę. Bo struktury NFZ, tak czy inaczej nazwane, muszą pozostać, jeśli chcemy płacić za rzeczywiście wykonane usługi, zapewniając pacjentom jakość tych usług i skuteczne leki. Przyczyny niedoróbek w tym zakresie trzeba ustalać i je usuwać, nie rozpieprzając wszystkiego i budując (udając budowanie) od nowa. Chyba, że ludność chce, by służbę zdrowia budżetować na zasadzie: macie tu pieniądze i je wydawajcie albo płacić jej na podstawie prostego kryterium. Na przykład: od pacjenta. W pierwszym przypadku pacjenci byliby służbie zdrowia zbędni, bo tylko koszty powodują, w drugim szpitale byłyby zapełnione pacjentami , niekoniecznie leczonymi.

Likwidacja składek ZUS to, moim zdaniem, jeszcze gorszy pomysł. Plan finansowy FUS na 2015 rok zakłada przychody w wysokości ponad 195 mld zł z tego 42 mld zł stanowi dotację z budżetu państwa. Przy czym, pod koniec roku stan funduszu ma być ujemny: - 45 mld zł. To kwota zobowiązań z tytułu pożyczek z budżetu państwa (nie mylić z dotacjami). Po likwidacji składek trzeba skądś wziąć brakujące 153 mld zł, a licząc owe pożyczki: 198 mld zł. Poza tym, jeśli forsa na emerytury ma pochodzić od anonimowych podatników, to zbędne stają się konta indywidualne. Pewnie to ułatwi wprowadzenie tzw. emerytur obywatelskich, należących się wszystkim i przez to bardzo niskich. Obecny system, bazujący na składkach stanowiących procent od dochodów, zapewnia wzrost przyszłych emerytur, jeśli rosną owe dochody. Emerytury obywatelskie zależeć będą od widzimisię polityków, którzy mogą uznać okresowo, że trzeba je podwyższyć, bo emeryci są ważną grupą wyborców albo obniżyć, bo i tak nie ma co liczyć na ich głosy. Na dzisiaj, tylko niewielka grupa ludności - może z milion osób osiągających wyższe dochody ( na prawie 25 mln podatników) potrafi i może oszczędzać na przyszłą emeryturę. Reszta liczy i długo będzie liczyć na państwo, tym bardziej że politycy, wspierani przez różnych entuzjastów, bardzo usilnie pracują nad likwidacją i tak wątłego poczucia odpowiedzialności ludzi za swój los.

Idiotyczne rewolucje, polegające na odbijaniu się od ściany do ściany, to chyba nasza specjalność. Zabawa w likwidację składek NFZ i ZUS czy likwidację NFZ żadnych oszczędności ani pozytywnych skutków nie przyniesie. Spotęguje najwyżej bałagan, zwiększy koszty, w tym koszty biurokracji (obecnie ZUS ma rozbudowane struktury, w tym obszerne siedziby, niezbędne do pobierania składek, prowadzenia rozliczeń z płatnikami itd. Ktoś wierzy, że po likwidacji składek zatrudnienie w ZUS zmaleje? ) Rządzący musieliby, z jednej strony, znaleźć pieniądze zastępujące składki. Oczywiście, tak czy inaczej, znaleźliby je w kieszeniach podatników . Z drugiej strony, formalnie zwiększony budżet państwa ( w tym roku planuje się uzyskanie ponad 297 mld zł, a wydanie ponad 343 mld. Po likwidacji składek w budżecie powinno się znaleźć dodatkowo minimum 153 mld zł dla ZUS i 70 mld dla NFZ, razem 223 miliardy zł. Budżet miałby wielkość rzędu 520 miliardów zł) pozwoliłby politykom na jeszcze głupsze dysponowanie pieniędzmi podatników niż obecnie. Ponieważ im większymi kwotami cudzych pieniędzy się dysponuje tym łatwiej je wydawać. Przy ponad pięćset miliardowym budżecie, miliard w lewo czy prawo , stanowiący "zaledwie" 0,2 procent tego budżetu, nie zrobi na większości posłów żadnego wrażenia.

Moim zdaniem, jeśli NFZ i ZUS mogą działać bez ingerencji polityków (wyjąwszy, określony przepisami, nadzór tych ostatnich ), to należy poprawiać funkcjonowanie tych instytucji, a nie oddawać kolejnych pieniędzy podatników we władanie polityków. Bo oni się na tym ani nie znają, ani nie są zainteresowani racjonalną gospodarką tymi środkami. Przy czym obciążenie daninami na rzecz państwa, dostępność usług medycznych, działalność ZUS są u nas dalekie od ideału i wymagają ciągłego doskonalenia. Doskonalenia, a nie ciągłego wywracania w ramach rewolucji dla ubogich duchem.
Ustawa budżetowa na 2015 rok

piątek, 11 września 2015

Czy w Polsce są jacyś mądrzy ludzie, cokolwiek to pojęcie znaczy?

Polityków, nie tylko polskich, ktoś nauczył korzystać wyłącznie z zasobów, niekoniecznie obfitych , ich własnych umysłów (mózgów). Pewnie dlatego są bardziej przewidywalni w swoich reakcjach niż dzieciaki z przedszkola nr 6. Przy pojawieniu się problemu, np. wielkiej liczby nielegalnych imigrantów, politycy europejscy najpierw wzięli na przeczekanie - a nuż problem sam się rozwiąże, potem przeprowadzili konferencje i narady, by w końcu podjąć kroki o znaczeniu jedynie doraźnym.

Handel zagraniczny Libii w 2009 roku
Nikogo nie obchodzi ani długoterminowy rezultat owych kroków, ani rzeczywista, skuteczna pomoc ludziom, którym zagraża śmierć lub, przynajmniej, życie w skrajnym niedostatku. Spowodowane wojnami i bezhołowiem, zainicjowanymi przez USA i niektóre państwa europejskie. Stany Zjednoczone błyskawicznie zniszczyły państwo Saddama Husajna po czym, nie potrafiąc zbudować innego państwa, zrejterowały z Iraku. Koalicja państw zachodnich rozwaliła Libię Mu’ammara al-Kaddafiego, przy okazji bombardowania uszkodziły największy na świecie system nawadniania -Great Man- Made River zbudowany za 33 mld dolarów. Wojna w Syrii również jest dziełem Zachodu - dzieci z przedszkola nr 6 nie wierzą, że jacyś tam techniczni oficerowie podnieśli bunt przeciw Baszszarowi Hafiz al-Asadowi w imię wolności, równości i szczęścia ludu.

Niektórzy, powołując się na generała Wesleya Clarka, twierdzą że decyzja o zniszczeniu Iraku, Syrii, Libanu, Libii, Somalii, Sudanu i Iranu zapadła już w 2001 roku. Podkreślają przy tym , że banki centralne wymienionych państw nie są członkami Banku Rozrachunków Międzynarodowych (Bank for International Settlements - BIS).

Dołóżmy do powyższego stworzenie de facto państwa, które nie ma za co żyć, czyli Kosowa - stamtąd ludzie też uciekają na Zachód i mamy to, co mamy. Państwa, w których niegdyś budowały różne obiekty polskie firmy, a ich pracownicy zarabiali niezłe pieniądze, stały się terenem walk wszystkich ze wszystkimi. Czy równie kosztowne co nieefektywne wywiady nie potrafiły ocenić sytuacji i poinformować polityków: są terytoria gdzie muszą rządzić, w miarę krwawi i bezwzględni dyktatorzy. Trzymając za mordę liczne, wrogie sobie, grupy religijne, plemiona, klany. Bo po usunięciu dyktatorów owe grupy plemiona, klany wezmą się nieuchronnie za łby. Będzie bardziej krwawo, a znaczna część ludności zostanie zmuszona do ucieczki. Choć pewnie życie i warunki życia ludności nikogo nie obchodziły i nie obchodzą. Liczą się prymitywne interesy i interesiki , wciskane politykom przez różne lobby jako interesy państwa. Akceptację i poklask , opinii publicznej dla dowolnych działań, można łatwo uzyskać propagandą.

Czemu zapytałem w tytule o mądrych ludzi w Polsce? Bo gdyby nasi politycy przeczytali np. artykuł Marlowa oraz nie bali się tak panicznie wyborców, nie wystawialiby, być może, Polski jako chłopca do bicia (jak zwykle, zresztą). Zamiast marudzić i niezdarnie się bronić przed przyjęciem imigrantów, mogliby oświadczyć: przyjmiemy imigrantów w imię tego oraz tamtego! Ilu? Dziesięć tysięcy, a jeśli bez kozery, to dwadzieścia tysięcy! Zakładając, że i tak większość przyjętych , przy pierwszej lepszej okazji ucieknie do Raju. Czyli do Niemiec.

Gdyby w Polsce istnieli ludzie mądrzy, to właśnie z Polski mogłaby wyjść koncepcja rozwiązania problemu, oparta na stosownych analizach, zawierająca niezbędne dane i wyliczenia. Tymczasem dopiera teraz w przestrzeni publicznej, w zgiełku propagandy prawicowej lub lewicowej, pojawiają się rzeczowe analizy*. Pan Tusk, zwykle pełniący role jedynie sekretarki , również miał niezwykłą okazję, przedstawić krajom członkowskim UE plan zażegnania kryzysu imigracyjnego. Chyba z niej nie skorzystał. Mamy my w końcu w Polsce jakieś zasoby? Jeśli nie ropy czy gazu, to tęgich głów? Swoją drogą, co się stanie, jeśli przed Europa pojawią się większe zagrożenia niż uchodźcy?
*Wojna hybrydowa juz trwa?
Zostali biedni, uciekli zamożniejsi

czwartek, 3 września 2015

Czemu my wszystko potrafimy spieprzyć, tworząc przy tym stado mądrali dowodzących, że to sukces?


Dane GUS, dotyczące wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce są niepokojące. Zresztą gospodarka światowa też chyba zwalnia, a czy zwalnia oraz z jakiego powodu dowiemy się, jak zwykle po fakcie, od setek ekonomicznych ekspertów. Chińczycy mają problem ze wzrostem gospodarczym, prawdopodobnie z powodu spadku (?), spadku tempa wzrostu (?) eksportu, czego nie może zrównoważyć wzrost konsumpcji na ich rynku wewnętrznym. Eksport, jak wiadomo, spada nie z powodu lenistwa Chińczyków, a z powodu zmniejszania się popytu na rynkach zewnętrznych. Dlaczego maleje popyt na towary produkowane w Chinach? Diabli może wiedzą. Sankcje na Rosję i rosyjskie kontrsankcje , nie mogą mieć wpływu fundamentalnego. Dotyczą przecież niewielkiej części gospodarki, zresztą rynek i gospodarka Rosji nie są aż tak wielkie. Natomiast mógł wystąpić efekt psychologiczny i / lub efekt domina. Zaostrzenie sytuacji politycznej, przy natrętnej propagandzie wojennej, być może ograniczyło apetyty inwestycyjne i konsumpcyjne.

Dziwnie wyglądają ruchy cen ropy naftowej i innych surowców. Niektórzy widzą w tym rezultat spisku USA i Arabii Saudyjskiej, inni tylko USA lub Arabii Saudyjskiej. Choć to ostatnie jest mało prawdopodobne, bo Saudowie nie mają wielkiego wpływu na rynek kontraktów terminowych. Jak wiemy, zmiany cen (wirtualnej) ropy następują głównie na tym rynku. Rzeczywista ropa i gaz płyną sobie rurociągami lub tankowcami w ilościach i po cenach ustalonych przez dostawców i odbiorców w kontraktach długoterminowych. (transakcje rzeczywiste na rynku spot są chyba rzadkie) Owe kontrakty mogą, choć nie muszą, umożliwiać zmiany ceny surowca według pewnego algorytmu (cena rosyjskiego gazu jest jakoś przywiązana do ceny ropy). Nawiasem; jeśli ktoś widzi wolny rynek w rynku ropy naftowej, winien pilnie udać się do okulisty. Spadek cen ropy i innych surowców, dotyka nie tylko Rosję. Kłopoty ma Norwegia, gospodarka Kanady już jest w stanie technicznej recesji.

U nas pani Szydło oświadczyła ostatnio:" My dokończymy budowę terminalu gazowego". Nie wiem tylko, czy warto. Jeśli w umowie z Katarczykami ustalono sztywną cenę gazu, to będzie on niebawem, co najmniej, dwa razy droższy niż rosyjski. Na razie dopłacamy im pewnie do kwot uzyskanych ze sprzedaży gazu przeznaczonego dla nas. A co, nie stać nas?

Czemu my wszystko, bez przymusu, potrafimy spieprzyć? Wywołując, w niewłaściwym czasie i miejscu, powstania. Zawierając niekorzystne sojusze, w których pełnimy rolę pionka do bicia. Likwidując przemysł, bo tak się należy. Prowadząc politykę, której zadania ogłasza się publicznie, ale o porażce lub klęsce mówi się prywatnie. Kupując, poprzez państwowe przedsiębiorstwa, firmy bez perspektyw (Możejki) lub zawierając, możliwie niekorzystne, kontrakty. Dokonując zakupów zagranicznych, o trudnych do udowodnienia celowości i racjonalności.
Popełniamy oczywiste błędy, ale zawsze znajdzie się grupa (nie licząc bezpośrednio zainteresowanych "twórców" błędów), dowodząca, że oto odnieśliśmy kolejny sukces. Durniów podobno nie sieją, ale czy wśród nas nie jest ich zbyt dużo? Może dlatego udaje nam się tyle spieprzyć?