
Dysproporcje w dochodach osiąganych przez najbogatszych i resztę ciągle rosną. Czy ktoś znajdzie nierewolucyjne rozwiązanie tego problemu?
Wypracowaną koncepcję nazwałbym programem operacyjnym, bo opiera się ona na założeniach, niekoniecznie odpowiadających rzeczywistości. W przeszłości obowiązywały: bulionizm i merkantylizm (często uważa się bulionizm za wczesny etap merkantylizmu). Fizjokraci stawiali na rolnictwo, twierdząc że jedynie rolnicy to klasa produkcyjna. Postulowali też wolność jednostki i rynku (państwo jako stróż nocny), głosząc idee leseferyzmu (laissez faire).
Merkantylizm dominował w Europie od XVI do XVIII wieku. Zgodnie z tym programem, należało eksportować jak najwięcej, a importować jak najmniej - jeśli już, to surowce. Trzeba było utrzymywać nadwyżkę w handlu zagranicznym, bo handel ten był grą o sumie zerowej - jak jeden zyskiwał, to drugi musiał tracić. Nie wolno było eksportować złota i srebra, nie należało eksportować surowców i produktów częściowo przetworzonych.
Adam Smith skrytykował merkantylizm, tworząc podstawy klasycznej ekonomii. Za to John Maynard Keynes do merkantylizmu się (częściowo) odwołał. Pytanie: jeśli merkantylizm błędnie opisywał rzeczywistość, to dlaczego Wielka Brytania, Francja i inne kraje, stosując się do jego zasad, stały się światowymi potęgami w swoim czasie?
Obecnie obowiązuje program zwany neoliberalizmem. Podlega surowej krytyce, bo bogactwo bogatych nie skapuje biednym. Anty -neoliberalizm zakłada przykręcenie śruby bogatym, w celu wyciśnięcia części bogactwa, by jednak skapywało. Nie jestem przekonany o skuteczności tego sposobu wyrównywania, na pewno zbyt głębokich, dysproporcji. Sądzę, że trzeba próbować zaangażować biednych w proces wytwarzania dóbr i za to im płacić, a nie po prostu rozdawać pieniądze.
Rozwinąłbym temat, ale pojęcia nie mam jaki ekonomiczny program operacyjny będzie obowiązywał w Polsce. Bo historyczny spór o nieobecność na maltańskim szczycie Unii chyba nie wynika z merkantylizmu, neoliberalizmu czy marksizmu - leninizmu? Tymczasem pytanie: kto ma nie jechać na szczyt stanowi teraz węzłowy problem polskiej polityki zagranicznej. Za to pani Beata Szydło odniosła pierwszy sukces dyplomatyczny - ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce zaprosił ją na pokaz najnowszego filmu o agencie 007. (Prawdę pisząc, przeczytałem tytuł: "Beata Szydło po premierze Bonda…" i począłem szukać stosownego zdjęcia przyszłej premier z księżną Kate oraz Danielem Craigiem). Czyżby szykowała się gruntowna zmiana paradygmatu polityki polskiej czy to tylko, oby przejściowe, skecze męczące część publiczności?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz