poniedziałek, 23 października 2017

Naiwne koncepcje obrony przed militarną agresją

Usiłuję sobie uzmysłowić rozumowanie zwolenników powszechnego uzbrojenia ludności która, dzięki temu, miałaby z łatwością pokonać wojska agresora. Wychodzi mi, że owi zwolennicy wyobrażają sobie agresję jako najazd na Polskę potężnej falangi piechoty, uzbrojonej jedynie w broń strzelecką. Falangi rozciągniętej od morza do gór, równie głębokiej co ponurej. Usiłującej zdobywać domy, zagrody i mieszkania Polek i Polaków.

Zajmując mieszkania w bloku, wraży żołnierze najpierw weszliby na klatki schodowe i na sygnał, jednocześnie, kolbami w drzwi załomotali. Obrońcy mieszkań zrobiliby pif paf poprzez drzwi (uszkadzając je, ale czego się nie robi dla Ojczyzny) i po bitwie...
Nie zamierzam opisywać jak, gdzie i z użyciem jakiego uzbrojenia toczą się działania wojenne - prawie wszyscy to wiedzą. Tych, którzy nie wiedzą informuję, że toczą się one poza zasięgiem obrońców domów, zagród i mieszkań i celem działań nie jest bynajmniej zajmowanie owych domów, zagród czy mieszkań. Ewentualny okupant zająłby raczej obiekty użyteczności publicznej, w tym ważne obiekty infrastrukturalne. Niegrzecznie poprosiłby ludność o zdanie broni, opornym miejscowościom czy dzielnicom dużych miast odciąłby dostawy żywności, wody, energii elektrycznej, gazu, pozbawiłby opieki medycznej itp. (tak dzieje się, na przykład, w Syrii i gdzie indziej).

Fascynacja niektórych zwolenników powszechnego zbrojenia ludności sukcesami słabszych w konfliktach asymetrycznych, oparta jest na bardzo uproszczonym widzeniu rzeczywistości. Ponieważ żaden z tych konfliktów nie miał i nie ma na celu pokonania (zniszczenia) słabszych przez silniejszych. Wojna w Wietnamie miała chronić, sprzyjające Amerykanom, władze Wietnamu Południowego, celem najazdów na Afganistan było ustanowienie tam, sprzyjającej najeźdźcom, władzy oraz narzucenie "właściwego" ustroju politycznego i społeczno-gospodarczego. Zaś na Bliskim Wschodzie nie toczy się wcale wojna możnych przeciw "oberwańcom' z ISIS, lecz walka o wpływy i interesy lokalnych i światowych potęg.
To powoduje niemożność walenia na odlew, jak w regularnej wojnie. Politycy silniejszych muszą się też liczyć z własną opinią publiczną - jednym z komponentów amerykańskiej porażki w Wietnamie był opór społeczeństwa amerykańskiego. Nie życzącego sobie tej wojny.

Te i inne ograniczenia odpadają lub są mało istotne w wojnie wydanej jednemu państwu przez drugie, czy wojnie między grupami państw. Strzelają do nas z tamtej miejscowości? Przyłożymy im rakietami, artylerią, wezwanym lotnictwem itp. Że przy okazji zabijemy niewalczących cywili i zniszczymy miejscowość? To dopuszczalne straty w wyniku działań. Stosowne konwencje międzynarodowe rozróżniają kombatantów (walczących) i osoby cywilne. Te ostatnie winny być chronione, chyba że aktywnie włączą się w działania wojenne.
Części zwolenników uzbrojenia ludności marzy się walka partyzancka po klęsce wojennej lub na terytoriach okupowanych. Jednak efektywność działań partyzanckich jest niewielka i, najprawdopodobniej, potencjalny agresor wcale nie weźmie pod uwagę takiej ewentualności.

Celem nadrzędnym budowy Sił Zbrojnych RP oraz możliwości obronnych państwa jest niedopuszczenie do agresji przez uczynienie jej nieopłacalną. Chyba wszyscy się zgadzają? Jeśli tak, to nie może być mowy o planowaniu działań partyzanckich czy uzbrajaniu wszystkich obywateli, w naiwno - poetyckim przeświadczeniu że to przestraszy potencjalnego agresora.
WOT mogą być istotną częścią Sił Zbrojnych, jeśli będą działać na drugorzędnych kierunkach, w systemie dowodzenia czasu realnego, dysponując odpowiednim wsparciem.
Można to sobie tak wyobrazić: Idzie grupka żołnierzy, najlepiej niewidoczna dla wroga i widzi stanowisko ogniowe (SO) jego artylerii. Niezwłocznie wskazuje to SO jako cel dla własnej artylerii, lotnictwa lub rakiet, chowa się przezornie w zagłębieniu terenu i czeka na rezultat. Po ataku, z dwa BWP podjeżdżają by dokończyć dzieła, po czym grupka rusza dalej… Nawiasem: w przyszłości taka grupka może być zastąpiona autonomicznymi robotami i tak skończy się nasza cywilizacja. Ale to później.

Na razie nasze SZ muszą być zdolne do stawienia twardego oporu, dysponując przy tym uzbrojeniem zdolnym do niszczenia celów nie tylko na linii styczności, lecz także na całej głębokości ugrupowania przeciwnika. Nie mogą bowiem być bezpieczne jego stanowiska dowodzenia, lotniska, wyrzutnie rakiet, stanowiska artylerii, węzły komunikacyjne i inne. Przy czym, najlepsze uzbrojenie niewiele da, jeśli nie będzie czym i jak wykryć obiektów - celów uderzeń. Bez doskonałego rozpoznania nie obejdzie się też obrona.
Wyobraźmy sobie nalot pięćdziesięciu samolotów, z tego tylko czterech pilotowanych i uzbrojonych. Reszta to maszyny bezpilotowe, nieuzbrojone, przerobione ze starych, wycofanych samolotów. Na wskaźnikach obrony widać pięćdziesiąt celów - nie wiadomo, który jest który…

Mam nadzieję że, przynajmniej w Europie, żadna poważna wojna nie wybuchnie. Jednak prognozowanie i planowanie przyszłych działań nie może się opierać na nadziejach, koncepcjach opartych na przeświadczeniach czy luźnych dywagacjach. Za to wojsko powinno, w znacznej mierze, liczyć na krajowy przemysł zbrojeniowy i jego zaplecze badawczo -rozwojowe. Nie wiem , w tym kontekście, co jest lepsze: kupowanie uzbrojenia od najpotężniejszego sojusznika, bez pozyskania istotnych technologii czy kupowanie tegoż uzbrojenia u innych sojuszników. Oferujących pełną dokumentację i przekazanie niektórych technologii.

Dla mnie stan i koncepcja rozwoju SZ RP są probierzem zdolności rządzących do, w miarę całościowego, ogarnięcia całości funkcji i zadań państwa. PiS, podobnie jak jego poprzednicy, średnio sobie z tym radzi. W innych państwach jest chyba podobnie, tyle że tam nikt nie rozwala struktur i nie robi czystek z powodów ideologicznych.

W wojsku , zwłaszcza w wyższych sztabach i instytucjach powinien panować pewien twórczy ferment. Bowiem technologie, struktury, otoczenie zmieniają się bardzo szybko, zaś w tak hierarchicznej organizacji najłatwiej przygotować się do wojny, która już była. Dobrze byłoby, by ów ferment wyrastał ponad poziom naiwnych rozważań o wyższości partyzantki nad lotnictwem podwodnym.

środa, 18 października 2017

Marna opozycja zagraża demokracji

Nie ma w Polsce, inaczej niż w Niemczech, warunków do długotrwałych  rządów dowolnej partii  czy koalicji.  Znaczna część  rodzin i osób w Niemczech  z łatwością dopina domowy budżet, nie musi kupować używanych samochodów, dysponuje oszczędnościami.  Niespodziewany wydatek rzędu kilkuset euro nie stanowi dla nich problemu. Tymczasem znaczna część rodzin i osób w Polsce z trudnością równoważy dochody i wydatki, jeśli kupuje samochód to raczej używany, nie ma oszczędności, niespodziewany  wydatek rzędu tysiąca zł bywa dla nich sporym wyzwaniem.

Niemieccy wyborcy stawiają na tych samych rządzących, jeśli tylko nie ma groźby pogorszenia poziomu życia, a rządzący mocno nie podpadli elektoratowi.  Zaś polscy wyborcy oczekują od rządzących wyraźnej poprawy warunków życia, szczególnie warunków materialnych. A tego żadna partia dokonać nie potrafi w ciągu jednej czy dwóch kadencji.

Kluczowym wskaźnikiem jest PKB per capita.  Bardzo optymistyczne prognozy sugerują osiągnięcie w roku 2040 przez nasz kraj 85 procent  niemieckiego PKB per capita, liczonego według parytetu siły nabywczej. Inne - przy założeniu dwukrotnie szybszego od niemieckiego tempa rozwoju, wskazują rok 2060, jako termin dogonienia Niemców.
Odpowiednia wartość PKB na głowę, warunkuje nie tylko poziom dochodów rodzin i osób, lecz również jakość  i dostępność  opieki zdrowotnej, poziom bezpieczeństwa socjalnego, sprawność wymiaru sprawiedliwości, zdolność Sił Zbrojnych RP do odparcia ewentualnej agresji  i skuteczne wypełnianie innych zadań przez struktury państwowe oraz samorządowe.

Na początku III RP jedna kadencja wystarczała by, zwykle totalnie, rozczarować wyborców. Koalicja PO i PSL przetrwała dwie kadencje, niekoniecznie ze względu na gospodarcze sukcesy.  Pewnie ważna, jeśli nie decydująca  była obawa elektoratu przed oddaniem władzy temu nieobliczalnemu PiS-owi.
Obecnie, pod rządami PiS,  polska  gospodarka rozwija się w dobrym tempie, maleje bezrobocie, rośnie dochód rozporządzalny gospodarstw domowych. Niestety, dzieje się to wewnątrz ograniczającego pudełka, którego ścian szybko rozwalić się nie da.
Brakuje chociaż jednej firmy  europejskiej  czy globalnej, mającej główną siedzibę w Polsce.  Niewiele polskich firm wytwarza produkty  finalne, wysoko przetworzone, uznane za markowe. Robią   takie produkty  firmy zagraniczne działające u nas, ale ich instytucje badawczo -rozwojowe, biura projektowe, centra marketingu, wytwarzające znaczną część wartości dodanej są poza Polską i tam płyną uzyskane środki.
Ekonomiści  straszą  demografią - niebawem ma zabraknąć rąk do pracy, zaś o gastarbeiterów ze Wschodu konkurować będziemy z bogatszymi sąsiadami. Teoretycznie wprawdzie istnieje poważna rezerwa rąk do pracy na terenach rolniczych, ale czy ktoś potrafi ją zmobilizować?
Łatwo też mówić i pisać o inwestycjach oraz innowacyjności - tylko na czym ma polegać inwestowanie i innowacyjność w niewielkiej firmach, bez zaplecza badawczego i projektowego?

Wyborców rozczarują rezultaty reform sądownictwa i służby zdrowia. Wymiana kadr w sądownictwie i gdzie indziej nie spowoduje istotnego  skrócenia czasu postępowania ani jego jakości. Poza tym sądy zawsze będą niesprawiedliwe w opinii stron przegrywających.

Poziom publicznej  opieki zdrowotnej,  w  krajach znacznie bogatszych od nas, nie satysfakcjonuje tamtejszych pacjentów.  Z kolei prywatna służba zdrowia  w USA jest bardzo kosztowna i ogranicza dostęp  niebogatych świadczeniobiorców do  niektórych procedur.  Wątpię, by nasi (dowolni) politycy, w warunkach chronicznego braku środków, znaleźli i i zastosowali rozwiązania w miarę satysfakcjonujące pacjentów i personel medyczny.
PiS będzie miał też problem z katastrofą smoleńską. Lud smoleński stworzono, pytanie jak go spacyfikować?  Ciągnięcie śledztw w nieskończoność  może, nawet u fanów  partii , generować różne podejrzenia i obawy.

Teoretycznie, z opisanych i nieopisanych wyżej uwarunkowań i ograniczeń powinna zdawać sobie sprawę opozycja. Ale   teksty pisane/wygłaszane przez jej  przedstawicieli  oraz działania jakoś na to nie wskazują. Marna opozycja może wręcz zagrozić polskiej demokracji. Na bieżąco, zamiast merytorycznej krytyki poczynań rządzących, prób wyjaśnienia wyborcom czemu  poczynania rządzących mogą szkodzić ludności i Polsce, słyszymy hasła i  zaklęcia, a widzimy dość nieudolne próby poszukiwania wsparcia zagranicą.
Zaś gdy PiS rozczaruje totalnie wyborców i tak nadal będzie rządził wobec braku konkurencji. Lub, co gorsza, władza wpadnie w ręce  nieobliczalnych partii skrajnej prawicy.

Moim zdaniem, w Polsce  otwiera się istotna przestrzeń dla nowych partii i przywódców. Niestety, wypłynięcie na szersze polityczne wody, wymagać będzie odrobiny charyzmy, trafnego rozpoznania potrzeb i poglądów potencjalnych wyborców, co najmniej, kilkuletniej, wytężonej pracy organizacyjnej.  Czy komuś się zechce?

środa, 27 września 2017

Czy przeciwnicy PiS-u mają swoich reprezentantów - polityków?

Pytanie wydaje się śmieszne. Przecież są partie opozycyjne.Są, ale zdaniem moim, starają się zniknąć z pola widzenia wyborców. Kierownictwa PO i PSL chyba zdają sobie sprawę, że wyhodowały na własnych błędach, pazerności, zaniedbaniach i lenistwie konkurencję,trzymającą obecnie władzę?
Zdjęcie Weroniki

Nie zaczęły jednak od publicznej spowiedzi, wyznania i odcięcia się od błędów oraz wypaczeń. Za to PO ogłosiła się totalną opozycją,umniejszając w ten sposób, dla mnie, wiarygodność krytyki poczynań PiS. Bo z góry zapowiedzieli krytykę wszystkiego. Później, między innymi:
1. Blokowali mównicę Sejmu, walcząc o sprawę, dla ogółu, błahą. Nie zauważyli braku rezultatów?;
2. Walczyli o ocalenie demokracji od jej wroga, czyli PiS-u. Co prawda, KOD nie był dzieckiem PO, a mnie wydał się początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Niestety, na jego czele stanął, nieszczęście ty moje, Mateusz Kijowski, jak się okazało, łatwy do grillowania. Oskarżenie o zamach na demokrację niezbyt rozpala większość ludzi i łatwo je ośmieszyć, zwłaszcza jeśli zagrożenie jest hipotetyczne;
3.Zarzucali też PiS-owi zamach na trójpodział władzy, będący podobno ostoją demokracji. Czy oni wiedzą do kogo chcą adresować swoje przesłania? Pewnie z tezą o ważności trójpodziału władzy zgodzili się historycy idei, niektórzy prawnicy , politolodzy oraz publicyści. Reszcie ona zwisa pęczkiem pietruszki;
4. Obecnie, PiS kolejny raz podłożył się opozycji kampanią (aferą) billboardową. Teksty kampanii przypominają te rzucane spod budki z piwem - reforma sądownictwa jest konieczna, bo sędzia ukradł kiełbasę, nie wiem czy użycie środków Polskiej Fundacji Narodowej jest zgodne ze statutem PFN, smakowitym kąskiem może być wykonawca - Solvere Sp. z o.o. itd. Tymczasem PO wymyśliła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS jako capo di tutti capi? To nawet jego rozśmieszy;
5. Filozofują na temat programu 500+, wzbudzając strach jego beneficjentów przed powrotem PO do władzy; 6.Reakcja na żądanie odszkodowania od Niemiec. Przecież to rządzący mogą coś robić lub nie robić w tym kierunku, opozycja może jedynie "życzliwie" czekać na rezultaty;
7. Szukanie wsparcia poza granicami Polski. Zagranica ma generalnie głęboko gdzieś sytuację w Polsce. Jeśli zadziała, to w swoich interesach.

Na przeciwskuteczność działań opozycji wskazują wyniki sondaży - PiS-owi rośnie, choć nie ma spektakularnych sukcesów (być może weta prezydenta naruszyły negatywny wizerunek partii rządzącej jako teatrzyku marionetek jednego aktora). Czyli, coraz więcej potencjalnych wyborców decyduje się poprzeć PiS, prawdopodobnie po prostu z braku lepszej alternatywy. To może być początkiem nieodwracalnego, w krótkim terminie, trendu - PiS stanie się czymś w rodzaju meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, sprawującej władzę przez 71 lat. Wygrywającej 14 kolejnych wyborów, ponieważ wyborcy prawdopodobnie uznawali, że opozycja rządzić nie potrafi.

Czy tęsknię do rządów PO i PSL? Niezbyt, jeśli miałaby to być powtórka z przeszłości. Dlatego wciąż oczekuję jakiejkolwiek deklaracji programowej od PO i dostrzegania rzeczywistych zagrożeń dla społeczeństwa i dla Polski, tworzonych polityką PiS. Bo, wynikające chyba z lenistwa umysłowego, "górnolotne" frazesy trafiają najwyżej do części inteligencji i tak wrogiej rządzącej partii.
Na razie, PiS zrobiło parę rzeczy dobrych, a wicepremier Morawiecki i wielu ministrów w rządzie B. Szydłostarają się o rozwój gospodarczy, dostrzegają istnienie ludzi niebogatych, trudności życia na prowincji itp. Niestety, nad nimi i Polską wisi ideologiczny garb Prawa i Sprawiedliwości , wielka władza oraz, nie do końca znane, różne idée fixe prezesa partii.
Irytują mnie i niepokoją:
A. Natrętny prowincjonalizm, rozumiany nie jako przeciwieństwo światowości, lecz twierdzenie: u nas obowiązują takie oto zwyczaje oraz poglądy. One są uniwersalne i jedynie słuszne. Nieakceptujący ich są ludźmi drugiego sortu;;
B. Oparcie się po części na specyficznych ludziach - mściwych, małostkowych, zawistnych;
C. Arogancja - nawet nie udają chęci do przedyskutowania jakichkolwiek rozwiązań z kimkolwiek;
D. Polityka zagraniczna w formie propagandy dla twardego elektoratu;
E. Upierdliwe dzielenie społeczeństwa na plemiona: Lepszych i Gorszych;
F. Używanie durnowatych epitetów do określania nawet nie przeciwników politycznych, a przeciwników konkretnego projektu;
G. Otwieranie przestrzeni dla brunatnych, raczej nieintencjonalne, ale co z tego?;
H. Podejmowanie decyzji ekonomicznych jako decyzji woli Prezesa. Czy istnieją analizy przewidujące sukces Centralnego Portu Lotniczego, oparte na realnych, niechby bardzo naciąganych założeniach?

Środowisk i ludzi nieakceptujących działań PiS jest dużo. Protestują, argumentują, opisują błędy, odkrywają niewygodne fakty itd. Moc ich politycznej reprezentacji z wolna jednak słabnie, wręcz zanika.
Media w rękach rządzących indoktrynują, fakt że niekiedy zabawnie niezdarnie. System oświaty, tu i ówdzie też staje się narzędziem indoktrynacji. Potężną siłę ma autoindoktrynacja - dzięki internetowi, młodzi i starsi ludzie widzą, że ich ksenofobiczne, rasistowskie, faszyzujące poglądy podziela wielu. A wszyscy inni, to lewacy. Także, na przykład, amerykański senator McCain.
Obok walki o władzę, toczyć się powinna wojna z brunatnieniem Polski i Europy. Niestety, na razie brakuje skutecznych, w miarę charyzmatycznych przywódców tej walki , a zwłaszcza tej wojny. Szczególnie politycy opozycji wydają się drzemać w błogim przeświadczeniu, że wkrótce znowu będą rządzić.
Otóż, szanowni: nie będziecie rządzić już nigdy. Sami to załatwiacie.Prawdopodobnie dopiero mowy przywódca, tworzący nową formację polityczną zdoła zmienić sytuację.

sobota, 2 września 2017

Czas zastosować spiskową teorię dziejów w praktyce

Stany Zjednoczone na pewno wygrały obie wojny światowe, osobliwie drugą. Kierownictwo potężnego państwa z wielkimi zasobami, mogło wybierać czas i miejsce udziału w wojnie, nie ryzykując zagrożenia ludności i terytorium USA przez dowolnego z istotnych przeciwników. 

Obecnie ludność i terytorium Stanów Zjednoczonych są zagrożone uderzeniami rakiet z głowicami jądrowymi. Na razie - praktycznie tylko rosyjskich rakiet. Wojna z Rosją grozi obustronnym zniszczeniem, przy jedynie punktowym zniszczeniu Europy (możliwe, że druzgocącym dla jej części ).  

Obiektywnie, co najmniej dobrym rozwiązaniem dla USA byłoby wyprowadzenie wymiany uderzeń jądrowych na tereny Rosji i Europy. Oczywiście, z użyciem głowic amerykańskich. Europa stałaby się platformą dla amerykańskich żołnierzy i sprzętu ofensywnego, wymuszając na Rosji przekierowanie jej ograniczonych zasobów, znacznie zmniejszając przez to ilość i jakość jej środków przeznaczonych do ataku na USA. Pytanie: kierownictwo rosyjskie biernie obserwowałoby rozwój wydarzeń czy uznało, że lepiej ryzykować samobójstwo niż skapitulować? To jest też problem dla Europy (Zachodniej) - wątpię by Niemcy palili się do kolejnego marszu pod Moskwę i Stalingrad, zaś Francuzi chcieli powtórzyć wiekopomny sukces Napoleona. Branie na siebie uderzeń jądrowych też nie jest dobrą opcją. 

Dotychczas głównym czynnikiem blokującym wojnę jądrową jest równowaga strachu. Jednak USA mają potężną przewagę nad potencjalnymi przeciwnikami, także technologiczną. Wydaje mi się, że są w stanie zbudować skuteczną obronę przeciwrakietową, czyniącą bezużyteczną większość arsenału rakietowego Rosji. I znowu pytanie: czy kierownictwo rosyjskie biernie poczeka aż tak się stanie? Oraz co zrobi kierownictwo amerykańskie, jeśli taką obronę posiądzie? Już teraz wielu znaczących polityków USA prze do konfrontacji z Rosją. Istnieje też możliwość, po obu stronach, chęci popełnienia, rozszerzonego na cały świat. samobójstwa przez polityków starych i/lub śmiertelnie chorych. 
Nawiasem, do ostatnich wyborów prezydenckich wielbiłem system polityczno - gospodarczy USA, w tym system wyborczy. U nich nikt Magdaleny Ogórek nie nominuje kandydatem na prezydenta (swoją ścieżką, polityka Millera Leszka też, co najmniej, przeceniałem). Kandydowanie na etat prezydenta USA doszczętnie przygotowanej Hilary Clinton, rocznik 1947 oraz doszczętnie nieprzygotowanego Donalda Trumpa , rocznik 1946, mocno ograniczyło moje uwielbienie. 
Konflikt USA - Rosja nie definiuje, oczywiście, naszego świata. Mamy rosnące w siłę Chiny, Indie, pasztet na Bliskim Wschodzie, być może początki wielkiej migracji ludów, wyraźnie narastającą zmianę klimatu. 

Napisane powyżej ilustruje obiektywną rzeczywistość - czyli rzeczywistość widzianą z pozycji Pana Boga. My, ludzie jesteśmy wprawdzie przymuszeni realizować obiektywne potrzeby - musimy oddychać, pić, jeść, być na Facebooku, ale praktycznie nikt, prócz ewentualnie naukowców, nie jest zaprogramowany na wykrywanie obiektywnej rzeczywistości , a już zwłaszcza na dostosowywanie swoich działań do jej wymogów. Gdyby było inaczej, ponad siedem miliardów ludzi musiałoby podjąć możliwie wszechstronną współpracę, w związku z narastającym zagrożeniem samounicestwienia jak nie wojną, to zniszczeniem środowiska i zasobów planety. Na nic takiego, w większej skali, liczyć nie można, apele naukowców, zawierające zresztą czasem niewykonalne propozycje (zero growth), niewiele zmieniają. Na dodatek, następuje dziwaczna reakcja mas na zmiany - odwrót ku nacjonalizmom i tworzenie ścieżki dla brunatnienia , przynajmniej Europy. 

Można jedynie oczekiwać, że jakoś to będzie, ponieważ jakoś być musi. Choć może czas spełnić oczekiwania wierzących w spiskową teorię dziejów? Powołując niejawne gremium, usiłujące równoważyć interesy państw i innych struktur z głównym celem - zachowania cywilizacji i ochrony środowiska na planecie. 
Pozdrawiam wszystkich. Niech noc i świeże powietrze będzie z Wami!

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Proekologiczna teologia

Niektórych bulwersuje  tekst harcmistrza  ZHR  o nieznanych bożych planach. Wizerunek Boga Wszechmogącego miotającego drzewami w dzieci celem ich uśmiercenia  w ramach jakiegoś planu,   wkurza i obraża znanych mi ludzi wierzących. Ale też ilustruje merkantylną część  teologii*, zakładającą bezpośredni nadzór Stwórcy nad planetą Ziemia. Rozumiany literalnie zakłada rękę Boga w katastrofach naturalnych, seksie pozamałżeńskim, wychylaniu kolejnych kieliszków  wódki bez toastu. Tu teolodzy* się reflektują,  działania typu dwu ostatnich przypisując wolnej woli danej ludziom przez Boga. 

Często , niby zające z  zagonów zbóż  jarych, wyskakują  poglądy ludzi, które przypisałbym  ewentualnie mieszkańcom wsi  z głębi Syberii lub członkom niektórych plemion z dorzecza  Amazonki. Sędzia krytykujący koedukacyjną oświatę, bo zniewieściał przez nią,  ksiądz  sugerujący, że zamach w Barcelonie to kara za rozwiązłość…  
Czy obie sprawy mają wspólne korzenie oraz przyszłość ?  Oczywiście.  Proekologiczną teologię. 

Gdyby ludzkie myślenie obracało się wokół jedynie słusznych i istotnych spraw, nie byłoby tego całego postępu zagrażającego ludzkości i planecie. A tak, jeden z drugim wpadają na pomysł nieekologicznego żądania od położników mycia rąk przed odebraniem porodu - co zwiększa zużycie wody oraz populację ludności - zmniejszając śmiertelność noworodków. Plus jeszcze kilka rozwiązań związanych z higieną i dostępem do podstawowej opieki zdrowotnej i mamy to co mamy, czyli  ponad siedem miliardów ludzi na Ziemi. Samym swym istnieniem zagrażających przyrodzie planety.  

Gdyby ludzie  zajmowali się,  na przykład,  problematyką chimery  tworzącej, w określonych warunkach przyrodniczych, intencje wtórne, być może nie skonstruowano by samochodu, smartfonu czy samolotu; który zresztą nie powinien latać. A lata. Może podobnie  jak Harry Potter - czyli z pomocą sił nieczystych.  A nawet jeśli by ktoś samochód skonstruował -  zawsze bowiem znajdą się odszczepieńcy to, być może, nie znalazłby się żaden Henry Ford, wpadający na pomysł jak radykalnie obniżyć koszty  produkcji. Czyli samochody powstawałyby rękodzielniczo, stanowiąc rzecz dostępną jedynie dla  bogatych i właściwie urodzonych. Co niewątpliwie sprzyjałoby utrzymaniu pożądanej struktury społecznej oraz autorytetów, których tak dzisiaj brakuje myślicielom z lewa i prawa.  

Bojownikom O Słuszną Sprawę o ileż przyjemniej byłoby mordować odręcznie mieszkańców zdobytych miast, mogąc przy tym gwałcić, rabować i palić do woli, gdyby nie wynalazki w postaci coraz bardziej śmiercionośnej broni. Po użyciu broni jądrowej wkraczanie do zniszczonych miast jest bezcelowe, a nawet niebezpieczne.  

Żywność nie marnowałaby się tak jak dzisiaj,  gdyby nie wprowadzono  nowych odmian, technologii, nawozów. Ludzie mieszkaliby w zdrowych szałasach,  a osobistości w pałacach. 
Nauka, przy metodzie naukowej zwanej przeze mnie metodą teologiczną, rozwijałaby się powoli albo wcale. Co byłoby z pożytkiem dla wszystkich - Ewę z Adamem wygnano z Raju, bo wiedzę z jabłoni  chcieli podjeść. Tymczasem, po co komu wiedza? Nie tylko ptaszki, bez mała wszystkie zwierzęta ani orzą, ani sieją, ani zbierają, a żyją. Neandertalczycy  też tak mieli i było dobrze.  
Ludność powinna ufać i być posłuszna wszelakiej władzy, a wiedza jedynie w tym  przeszkadza.  

Na szczęście, idzie ku lepszemu. Wiedza dla ogółu powoli staje się zbędna. Mało kto, szczególnie w polityce, trudzi się wyjaśnianiem  masom co robi i dlaczego to robi. Głosząc jedynie, że dobrze robi.  Wielkiej liczbie ludzi to wystarcza. Narasta, jakże słuszny, bunt  przeciw stosowaniu w ochronie zdrowia, rezultatów badań naukowych. 
Powstają nowe religie, jakich nawet Stanisław Lem nie przewidział.  
Pojawiają się pola konfliktów,  o wiele głupsze niż fundamentalne pytanie: z którego końca należy rozpocząć obieranie jaja. W rodzaju niechęci do cyklistów, biegaczy i różnych takich, dbających o swoje zdrowie i sprawność. 
Siłą rzeczy, tworzy się nowa teologia, niewiele mająca  wspólnego z teologiami  różnych religii pod względem  treści, ale powielająca metody.  Tworząca doktryny, dogmaty nie oparte na niczym i mówiące o niczym. 
Czyli niebywale ważne dla wielu ludzi. W przeszłości przecież krwawo wojowali ze sobą zwolennicy i przeciwnicy istnienia  świętych, zbawiennej mocy sakramentów, istnienia czyśćca, teraz wojują między sobą i z nami muzułmanie - islamiści.  

Czemu owa teologia jest (będzie) proekologiczna? Bo tak czy inaczej doprowadzi do  znacznego spadku liczby mieszkańców Ziemi. Z korzyścią dla planety, środowiska, przyrody.  
Pozdrawiam wszystkich! Informuję, że tekst powyższy nie odzwierciedla moich poglądów...

*Dokładniej - nie tyle teologii, co  interpretacji  teologii i treści dogmatów religijnych.  Czynionej  przez oficjalnych reprezentantów danego Kościoła  lub ludzi  wierzących, zajmujących istotne pozycje w hierarchii społecznej.
 

wtorek, 15 sierpnia 2017

Patriotyzm

Patriotyzm ,dla mnie, to uznanie kraju zamieszkania za swoją ojczyznę, dążenie do spełnienia swych potrzeb, aspiracji, zrobienia kariery w tym kraju, z wnoszeniem swojego wkładu w jego rozwój oraz gotowość do jego obrony w razie konieczności. Tworzenie rodzajów patriotyzmu przez przeciwstawienie gotowości do oddania życia za kraj uczciwemu płaceniu podatków,to bzdura - patriotyzm jest jeden.

Przy czym zawężanie patriotyzmu do (werbalnej) gotowości oddania życia za kraj jest, moim zdaniem, zarówno prostackie jak fałszywe. Oddawanie życie za kraj bywa całkowicie nieskuteczne, poza tym to niebywale uproszczenie - tak może sobie pisać poeta w utworze rymowanym. Mamy przykłady zamachowców - samobójców, oddających życie za religię. Czy oni niwelują przewagę technologiczną i organizacyjną, uznawanego za wroga, Zachodu (pomijając wojnę sunnitów z szyitami) ? Czy ZSRR zwyciężyłby w II wojnie, gdyby nie dysponował, wyprodukowanymi w początkowo niezwykle trudnych warunkach, 20 tysiącami czołgów T-34, wielkimi ilościami innego uzbrojenia, amunicji itp.?
Bohaterska obrona Westerplatte czy Wizny była możliwa, bo obrońcy dysponowali odpowiednią bronią i jakimiś umocnieniami.

Gotowość i chęć do walki w obronie ojczyzny przestają istnieć, gdy nie wiadomo czy mój kraj jest jeszcze moją ojczyzną. Trudno bronić nieistniejącego państwa - po rewolucji październikowej, Niemcy zajmowali miejscowości siłami kilkudziesięciu - kilkunastu żołnierzy. Wielokrotnie większe siły zarówno armii carskiej jak ,tworzonej przez bolszewików, armii robotniczo - chłopskiej pierzchały lub poddawały się bez walki. Z kolei tworzące się państwo polskie, sprawiało że było o co walczyć - oddziały Orląt Lwowskich walczyły z Ukraińcami ponad pół roku bez wsparcia regularnych sił polskich.

Patriotyzm żołnierski nie polega na poszukiwaniu okazji do chwalebnej śmierci. To raczej poczucie obowiązku, w które to poczucie ryzyko utraty zdrowia i życia jest wkalkulowane.

U nas pojęcie (prawdziwego) patriotyzmu ograniczono do noszenia patriotycznych koszulek oraz wznoszenia stosownych okrzyków plus kryterium religijne - prawdziwy Polak to katolik i, osłabiające naród, kryterium etniczne. To ersatz - patriotyzm, całkowicie nieistotny. O ile wiem, są nawet kłopoty z naborem do WOT. Mimo, że należy się 500 zł za dwa dni szkolenia w miesiącu, chętnych brakuje. Ot, patrioci.
Głaskanie przez PiS po główkach fanów tej partii z motto: "fajni jesteście, jacy jesteście", wyklucza tworzenie dla młodych ludzi wzorców pozytywnych z mottem: " rozwijajcie siebie i rozwijajcie Polskę". Zaś drenaż mózgów nasila się i będzie nasilać. Nie chodzi tylko o kandydatów na wybitnych naukowców. Także o dobrych fachowców, specjalistów , sportowców. W jakiej lidze gra jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy nożnych - Robert Lewandowski?

Ludzi o dużym potencjale nie zatrzyma w kraju proste patriotyczne wzmożenie. Wręcz przeciwnie - mogą się oni czuć niekomfortowo, zwłaszcza jeśli akurat nie są katolikami lub etnicznymi Polakami. Polska jest naprawdę za duża na skansen. Pozdrawiam wszystkim i, przy okazji, sugeruję, by nie mówić "Stary Sącz". To niegrzeczne. Lepiej poprosić: "Tato, nie wychylaj tego koniaku duszkiem".

piątek, 16 czerwca 2017

Najwyżej rozwinięta cywilizacja nie może istnieć

Stosunkowo wysoko rozwinięte ziemskie cywilizacje miały, jak dotąd, swój początek, burzliwy wzrost, jego apogeum (złoty wiek) i koniec. Po strukturach państwowych w Mezopotamii, Egipcie, Indiach powstałych około pięć tysięcy lat temu, pozostały resztki budowli, trochę tekstów rzeźb, mumii. Ten sam los spotkał imperia tworzone w Persji, w Chinach czy starożytny Rzym. Istniały rozwinięte cywilizacje nas kontynencie amerykańskim, potęgami były w swoim czasie kalifat islamski, imperium mongolskie.

Zużycie energii na głowę rocznie w niektórych państwach. Energia pierwotna wyrażona w kilogramach ekwiwalentnej ropy The World Bank (2011)

Cywilizacja grecka stworzyła fundament naszej, współczesnej cywilizacji europejskiej ale sama nie przetrwała. Dlaczego nie przetrwała, czemu inne cywilizacje nie przetrwały, jeśli były wysoko rozwinięte? Nie wiem, zresztą historycy też nie wiedzą. Podają różne przyczyny upadku. Istotnymi wydają się : zwykle powolny rozpad struktur państwowych i społecznych oraz najazdy "barbarzyńców". Czyli plemion lub ich grup znacznie mniej cywilizowanych. To znaczy: teoretycznie dysponujących słabszymi technologiami, gorzej zorganizowanych, niestosujących specjalnie wyrafinowanej taktyki walki, z przywódcami mało zdolnymi do planowania działań i myślenia strategicznego oraz długofalowego. Pewnie, w praktyce, bywało wręcz przeciwnie: to "cywilizowani" nie potrafili dostrzec strategicznego niebezpieczeństwa, stosowali nieskuteczne uzbrojenie i taktykę, lekceważyli przeciwnika. Przede wszystkim zaś, być może z różnych powodów, nie palili się do obrony państwa. Inną przyczyną upadku był rozpad wielkich imperiów, ponieważ ambitni politycy chcieli władzy przynajmniej na części terytorium.

Ktoś może zauważyć: owszem, starożytna Grecja (zarówno ta z okresu klasycznego jak hellenistycznego) oraz równie starożytny Rzym upadły, ale nasza cywilizacja stanowi ich kontynuację. Czyli państwa, imperia upadły lecz cywilizacja trwa. Jednak, moim zdaniem owa kontynuacja jest pozorna (zresztą już między cywilizacją mykeńską i okresem archaicznym prawdopodobnie nie ma ciągłości). Imperium Karola Wielkiego wprawdzie przyniosło zwrot ku kulturze starożytnej (renesans karoliński), a w odniesieniu do Świętego Cesarstwa Rzymskiego (Narodu Niemieckiego) można chyba mówić o ciągłości instytucjonalnej, ale trudno je uznać za kontynuację Rzymu. Trudno też uznać za kontynuację Rzymu średniowieczną Europę czy dzisiejszą Unię Europejską. Zresztą , jak napisałem wcześniej, wiele cywilizacji umarło bezpotomnie.

Pisarze sf tworzą niekiedy wysoko rozwinięte cywilizacje, istniejące na planetach. To skrajnie nieprawdopodobne. Mamy przykład naszej kochanej Ziemi. Rozwój nie jest ani ciągły, ani równomierny. Poszczególne grupy ludności wybierają raczej walkę z innymi grupami niż współpracę. Jedni usiłują narzucić drugim swoją kulturę, w tym religię, obyczaje, język. Charyzmatyczny i dysponujący sprawną policją polityczną przywódca, potrafi utrzymać jedność państwa złożonego z różnych grup etnicznych, religijnych jedynie czasowo (Josip Broz Tito). Przy pierwszej lepszej okazji grupy, często podpuszczane z zewnątrz, biorą się za łby.

Ponad siedem miliardów ludzi żyjących na Ziemi, siłą rzeczy wpływa na stan naszej planety. Nasza działalność tworzy różne problemy globalne. Nie ma jednak ani woli, ani siły, ani możliwości rozwiązywania ich we właściwej, to jest globalnej skali . Bowiem państwa i ugrupowania państw rywalizują ze sobą, walczą o przewagę nad innymi, dbają o własne interesy. Zresztą, jeśli, jakimś cudem, większość państw doszlusowałaby poziomem rozwoju i dobrobytu do USA, naszą planetę diabli by wzięli.

Jednak trudno liczyć, że ludzie z krajów biednych i niebogatych ograniczą swoje apetyty w imię ocalenia planety. Coraz więcej z nich szturmuje wyspy dobrobytu: Europę i USA. Trudno też oczekiwać, że mieszkańcy owych wysp podzielą się zasobami ze znacznie biedniejszymi od siebie, a przynajmniej przestaną pogłębiać biedę i chaos, realizując własne interesy na cudzych terytoriach.

Rozwój jest rzeczywistością, moim zdaniem. Przynajmniej w społeczeństwach mniej więcej wolnych od wielkiej liczby żywotnych nakazów i zakazów religijno - obyczajowych. Motorem rozwoju są chciwość, konkurencja, potrzeby - także kreowane. Postępuje po spirali, jest mocno nierównomierny społecznie i terytorialnie. Prawdopodobnie, przy odpowiednio dużej różnicy poziomu życia między grupami społecznymi, społeczeństwami żyjącymi na różnych terytoriach , następuje skokowy wzrost migracji oraz, przynajmniej częściowa, dezintegracja dotychczasowych centrów wysoko rozwiniętej cywilizacji. Cywilizacja rozlewa się szerzej ale też spada jej poziom. Centra przenoszą się gdzie indziej. Tak było ze starożytnym Rzymem i chyba tak jest obecnie z Europą i USA.

To proces wieloletni, sądzę że istotne zmiany pojawią się nie prędzej niż za pięćdziesiąt lat. Przy czym Europa i USA nie cofną się w rozwoju technologicznym, jedynie będą wyprzedzane przez inne państwa. Wyższy poziom życia Chińczyków, Hindusów i innych, tak czy inaczej będzie oznaczał zwiększone zużycie zasobów planety. Które zahamuje rozwój, jeśli nie zdewastuje Ziemi. Ziemianie w ciągu pięćdziesięciu lat szczególnie nie zmądrzeją, za to będzie ich znacznie więcej - ponad dziesięć miliardów.

Jakim cudem mogłaby powstawać w takich warunkach najwyżej rozwinięta cywilizacja? Przy kurczących się zasobach, bezwładnych, niezbyt rozgarniętych masach ludzkich, podatnych na manipulacje niczym przedszkolaki, gotowych wierzyć w dowolne bzdury, za to o nieograniczonych potrzebach? Poszukiwanie w kosmosie najwyżej rozwiniętych cywilizacji czy marzenie o stworzeniu takich na Ziemi są bezcelowe. Bo takich cywilizacji nie ma, nie było i nie będzie.
Choć może w Raju...

czwartek, 8 czerwca 2017

Konserwatyzm polski to iluzja and wishful thinking

Tekst nie odnosi się do myśli konserwatywnej jako reakcji na Oświecenie i rewolucję francuską (twórcy: François-René de Chateaubriand, Edmund Burke, Joseph de Maistre i inni ), a do ludowo - partyjnych poglądów i ideologii głoszonych w Polsce. Gdyby nasi praprzodkowie byli literalnymi konserwatystami, mieszkalibyśmy w jaskiniach tudzież w szałasach/jurtach/wigwamach. Na terytorium Polski czcilibyśmy Swarożyca, Światowida, Perkuna. Celem zdobycia pożywienia zbieralibyśmy korzonki oraz smakowite, a bardzo pożywne larwy owadów. I tak dalej. Jednak żyjemy zupełnie inaczej, wierzymy też lub nie wierzymy w zupełnie innych bogów

Nie widać horyzontu zdarzeń ani nawet zwykłego horyzontu. Bocianów też nie ma. Zdjęcie Weroniki
To na czym polega nasz prosty konserwatyzm? Chyba głównie na tęsknocie pokoleń, które przemijają, tęsknocie do starych, dobrych czasów. Stare czasy, dla mnie na przykład, to czasy dobre z oczywistych względów. Byłem bowiem wtedy młody, piękny, sprawny fizycznie i umysłowo. Bardzo chcę, by stare, dobre czasy wróciły i trwały, w złudnej nadziei, że wróci razem z nimi moja młodość. Innym powodem wiary w zbawczą moc konserwacji rzeczywistości bywają strach i niepewność jutra oraz trudności w zrozumieniu i przystosowaniu się do otoczenia, szczególnie jeśli tempo zmian owego otoczenia jest duże. Tak dzieje się obecnie, czego udowadniać nikomu chyba nie trzeba.

Na jakiś czas mogą też zapeklować się całkiem spore grupy społeczne, wykorzystując religię. Przy czym to nie treści ściśle religijne konserwują, ale zakazy i nakazy dość dowolnie z tych treści wyprowadzone lub stanowiące część religii. Amisze, w liczbie ponad 200 tysięcy, konserwują się od około trzystu lat, odmawiając wprowadzania zachodzących zmian. Jednak ich istnienie i poziom życia zależą właśnie od otoczenia - państwa, akceptującego ich odrębność, dostępności infrastruktury, narzędzi, urządzeń, środków wytwarzanych przez innych. Samodzielnie - jako państwo, na przykład, nie przetrwaliby zbyt długo.

Islam, to sprawa zupełnie inna. Początkowo, jako nowa religia, dał porządnego kopa Arabom - cywilizacja islamu, chyba do XIII wieku wyprzedzała cywilizację chrześcijańską. Jednak od dobrych paru setek lat ta religia, kompleksowo organizująca państwa i życie ludności, skutecznie blokuje rozwój cywilizacyjny świata muzułmańskiego. Mustafa Kemal Atatürk zbudował nową Turcję wbrew islamowi, jako państwo świeckie.
Niektóre państwa muzułmańskie są bogate oraz rozwijają się dzięki ropie naftowej. Stać je na konserwatyzm, propagowanie fundamentalizmu i wspieranie terroryzmu. Jak wyglądałyby bez ropy? Prawdopodobnie bardzo marnie.

Moim zdaniem, prosty konserwatyzm propagowany i, co gorsza, wprowadzany w Polsce niczego nie rozwiązuje, za to w dłuższej perspektywie może spowalniać rozwój . Część naszych polityków sprawia wrażenie zatopionych w religii, prawie jak ludność Europy w średniowieczu. Niedawno prezydent z małżonką, premier, członkowie rządu uczestniczyli we mszy w Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej w Zakopanem z okazji setnej rocznicy objawień fatimskich. Objawienia fatimskie to objawienia prywatne, katolicy nie muszą w nie wierzyć.
Jeżeli już ktoś zakłada, że religia może być spoiwem społeczeństwa/narodu, to niechże, na Światowida, będzie to religia, nie zbiór baśni ludowych. Z Bogiem jako prestidigitatorem. Co tu każe się komuś objawić, tam narysuje wizerunek na szybie, ówdzie posągiem krwawymi łzami zapłacze. - A kuku, tutaj jestem! Taka religia może przetrwa w Starym Sączu i okolicach, nie w całej Polsce.

Wprowadzono nowelizację ustawy o świadczeniach zdrowotnych, według której tabletki "dzień po" będą dostępne tylko na receptę. To, moim zdaniem, przejaw, prowadzonej przez ograniczonych, absolutnych moralistów walki o przestrzeganie tabu. Poza wszystkim, owe tabu łatwo obejść, póki są otwarte granice i istnieje internet. Czyli, mamy zawracanie Wisły kijem i puszczanie pary w gwizdek gwoli zadowolenia kleru. Uszczuplające jednak wolność kobiet.

Ograniczana jest wolność w sztuce - następuje wymiana artystów niewłaściwych na właściwych i próby oddolnego cenzurowania ("Klątwa"). Odnośnie "Klątwy" - nie lubię taniego skandalizowania z użyciem symboli i treści religijnych. Niechże jednak na rynku sztuki ścierają się różne propozycje i koncepcje, bo tylko wtedy może pojawić się ktoś/coś istotnie nowego.
Nawiasem: peany, ody, dytyramby, panegiryki i inne takie trzeba umieć tworzyć. Chyba że ktoś czuje się wielbiony tekstem: Łubu dubu, łubu dubu niech żyje nam prezes naszego klubu…
Wspomnijmy jeszcze sławetną niechęć do cyklistów tudzież wegetarian i mamy prawie cały konserwatyzm stosowany. Czyli iluzję i myślenie życzeniowe ludzi z miejsc, gdzie zawracają bociany (choć Marlowowi zdarza się tam dotrzeć). Ów konserwatyzm, przyprawiony marzeniem o zorganizowaniu pamięci zbiorowej wokół katastrofy smoleńskiej, uproszczonym patriotyzmem, bierną polityką historyczną, to tylko strata czasu. Moda minie i co zostanie?

wtorek, 23 maja 2017

Czeka nas regresywna ewolucja ?

Dzisiejszy podział na prawicę i lewicę (prawaków oraz lewaków) nie ma wiele wspólnego z podziałem tradycyjnym. Kiedyś prawica głosiła hasło: Człowieku, radź sobie sam. Ty jesteś odpowiedzialny za swoje życie. Natomiast lewica: Człowieku, jeśli sobie nie radzisz, oczekuj (żądaj) pomocy od społeczeństwa. Obecnie prawica stawia na naród, swoiście rozumiany patriotyzm, tradycję, religię, jest niechętna lub wroga obcym/innym - czy to imigrantom, czy tęczowym (gejom, lesbijkom, transseksualistom), a nawet cyklistom i wegetarianom, przeciwna zmianom obyczajowym, niechętna równości płci i emancypacji kobiet. Lewica głosi poglądy dokładnie przeciwne, przy czym opisany podział jest nieostry.

Pozostałość po, prawdopodobnie wysoko rozwiniętej, cywilizacji. Wyspa Wielkanocna. Zdjęcie z Wikipedii
Tym bardziej, że masowi zwolennicy prawicy nie mają wiedzy pozwalającej rozróżnić co głosi i czyni prawica, a co lewica. Za wszystko co im się nie podoba, łącznie z neoliberalizmem w gospodarce i globalizacją, winią lewaków.
Moim zdaniem, upraszczając, zasadnicza różnica między politykami prawicy i lewicy obecnie, polega na odwoływaniu się do różnych elementów ludzkiego mózgu oraz informacji zapisanych w nim różnymi oddziaływaniami.

Prawica odwołuje się głównie do mózgu emocjonalnego (układu limbicznego) i struktur zapisanych przez ewolucję, lewica stawia na mózg racjonalny (neo cortex) i treści zapisane przez cywilizację (kulturę).

Nasi praprzodkowie, dysponując na początek jedynie węchomózgowiem, automatycznie uznawali obcego (innego) za wroga, obiekt seksualny, pożywienie lub rzecz nieistotną. Atakowali go lub uciekali, zaspokajali chuć , zabijali zanim ucieknie albo mijali obojętnie. Później, choć mózgi im się rozwijały (podobno dzięki myśleniu jak oszukać innych), reakcje emocjonalne górowały nad analitycznymi. Tak nam zostało do dzisiaj, a gotowość naszych mózgów do reagowania emocjonalnego tworzy też przewagę emocji nad myśleniem racjonalnym. Politycy prawicy potrafią to wykorzystać chyba lepiej niż lewicowcy, bo na dodatek uruchamiają wdrukowane niejako w nasze mózgi atawizmy .

Kiedy nasi praprzodkowie zaczęli już myśleć (np. co lepsze: seks czy żarcie), musieli prawdopodobnie oswoić dla siebie świat, uczynić go jakoś zrozumiałym. Bo w świecie tajemniczym, nieuporządkowanym, żyć się nie da. Oprócz religii, a może jako dodatek do przeróżnych religii, wymyślili też spiskową teorię dziejów. To świetna pożywka, ułatwiająca zdobycie władzy paranoikom (osobowościom paranoicznym).
Lewacy, odwołując się do kultury, mają z góry przechlapane. Demokracja, wolność, tolerancja, przyzwoitość, sprawiedliwość, praworządność, wolność słowa, równość i inne pojęcia, brzmią abstrakcyjnie, są rozciągliwe i nieprecyzyjne.

Demokracja zachodnia, współczesna rozwinęła się w zasadzie w ciągu ostatnich stu lat a współczesne zasady moralne dotyczące grup społecznych i ich przywódców zaczęły się kształtować dopiero po II wojnie światowej. Weźmy szacunek dla ludzkiego życia (nie chodzi mi o zakaz aborcji, który traktuję jako tabu raczej). Podczas I wojny światowej i później posyłano na śmierć oraz mordowano setki tysięcy i miliony ludzi. Wydaje mi się, że dopiero sprzeciw Amerykanów wobec wojny w Wietnamie, a szczególnie ponoszonych tam strat w ludziach przerwał lub przynajmniej utrudnił traktowanie przez polityków ludzi jak mięsa armatniego. Nawet w ZSRR, gdzie życie człowieka nie było szczególnie istotne, straty w Afganistanie zaczęto przyjmować krytycznie.
Kto dawniej w Europie zawracałby sobie głowę "dzikimi" tonącymi w Morzu Śródziemnym? Takich najwyżej pokazywano w zoo. Dowolnie wielkie różnice w materialnym poziomie i jakości życia czy niewolnictwo nie budziły oburzenia większości.

Moralność nabyta dzięki cywilizacji, poprzez kulturę, a nie w toku ewolucji jest chwiejna i nietrwała. W złych czasach praktycznie zanika. Demokracja, wolność i inne takie są nieistotne dla mas. Dlatego lewacy ( centrum i lewica) mają pod górkę, której stromizna może wzrastać. Ponieważ emocje oparte na atawizmach są łatwe do wzniecenia i byle propagandą mogą być wzmacniane Dodatkowo prawica stosuje stare, ale ciągle skuteczne metody, zwiększające jej wpływ na masy. Wynajdywanie wrogów, dzielenie społeczeństwa, szczucie mas przeciw warstwom i klasom zajmującym nieco wyższe miejsca w hierarchii społecznej, utwierdzanie zwolenników w poczuciu bycia solą tej ziemi, tworzenie zagrożenia zewnętrznego, to chwyty o skuteczności trudnej do zniwelowania. Na dodatek nie jest tak, że nie istnieją żadne racjonalne przesłanki prawicowej propagandy.

Moim zdaniem, zagrożeniem są nie tyle rządy prawicy, ile kierunek zmian poglądów i mentalności społecznej. To samonapędzające się, regresywne zmiany . Czeka nas regresywna ewolucja (devolution)?

czwartek, 11 maja 2017

Używanie internetu grozi śmiercią, kalectwem, utratą mienia

Pewna część internautek i internautów, wydaje mi się - znaczna, nie potrafi ocenić treści przekazów oglądanych, słyszanych, czytanych w internecie. Chodzi mi o ocenę racjonalną, opartą na, w miarę rzetelnej, wiedzy i doświadczeniu, nie o powszechnie stosowane filtrowanie poprzez poglądy, często zresztą poglądy przejęte od autorytetu.

Jaką treść ma ilustrować moje zdjęcie?
W sieci tkwią dzieci, przyjmujące bezkrytycznie prawie wszystko, nastolatki reagujące na modne dla nich słowa, na przykład "wyzwanie", młodzi i starsi dorośli, wiedzący niewiele, za to przekonani że wiedzą wszystko. Wszyscy są bardzo podatni na manipulacje, które mogą zagrażać ich życiu, zdrowiu, mieniu. Więcej - manipulanci ,wykorzystując ich jako narzędzia mogą zagrażać życiu, zdrowiu, mieniu osób najbliższych manipulowanym. Dziecko czy nastolatkę/ nastolatka, osobę dorosłą zaburzoną psychicznie czy niedostosowaną społecznie można namówić do popełnienia samobójstwa, samookaleczenia się, podpalenia domu/mieszkania rodziców i wielu innych działań. Sugerując udział w grze, podejmowanie wyzwań lub cokolwiek innego.
Internet to łowisko prawie nieograniczonej wielkości. Zarzucając w nim byle jaką sieć zawsze kogoś się złowi. Zjawisko wykorzystywania w internecie ludzi przejściowo lub trwale głupich (określenie zbiorcze, nie oznacza tylko mało inteligentnych) będzie narastać, choćby z powodu rosnącej liczby internautów. Na razie żyją jeszcze pokolenia odporne na manipulację, bo rzadko lub wcale korzystające z sieci. Niebawem jednak internet przywiąże do siebie prawie wszystkich. Fachowcy, pozbawieni skrupułów, będą mogli rozpętywać akcje, które trudno sobie dzisiaj wyobrazić.

Zresztą i tak, moim zdaniem, nie potrafimy trafnie rozpoznać zagrożeń, nie mówiąc już o przeciwdziałaniu. Po prostu zbyt mało wiemy o sobie - zarówno o jednostkach jak społecznościach. Naukowcy dopiero od niedawna pracowicie wykrywają struktury organizujące zachowanie ludzi oraz rzeczywiste relacje między nimi. Na przykład: przyczynę dla której najpierw reagujemy emocjonalnie, a potem myślimy, korzyści z bycia umiarkowanym psychopatą, jeśli kieruje się ludźmi, decydujący wpływ otoczenia (innych ludzi) na zachowanie jednostki.
Dla mnie niepokojące są też inne właściwości społeczeństw: łatwość, z jaką zdobywają władzę paranoicy, łatwość tworzenia i wskazywania wrogów, dzielenia społeczeństwa, wprowadzania dowolnych zmian dominujących poglądów i postaw za pomocą prostej propagandy.

Publikacje naukowe i, nawet dobrze zrobiona, popularyzacja odkryć to jedno, a masowy ogląd rzeczywistości - drugie. Ów ogląd, podzielany przez intelektualistów, autorytety, różnych guru, dotyczy raczej świata wirtualnego, postulowanego przez religie, tworzonego przypuszczeniem, zasiedlonego wyimaginowanymi bytami. Jest, co najmniej, mało skuteczny jako narzędzie czy metoda poznania rzeczywistości, diagnozy, o terapii nie wspominając.
Nasze idee, ideologie, teorie etyczne, normy moralne, świadomość społeczna tkwią najwyraźniej w XIX wieku ( i tak dobrze - inni, na przykład muzułmanie mają gorzej). Jesteśmy w tych dziedzinach mocno zapóźnieni w porównaniu z, dokonanym również przez nas, postępem technologicznym.

Czy jako pewna całość, cywilizacja potrafimy sobie z tym rozwarciem poradzić? Pewnie tak, bo jak mówił znany ludowy myśliciel: nigdy nie jest tak, żeby jakoś nie było. Jakoś zawsze będzie, choć różnorakie straty są chyba nieuniknione.

Na razie, w miarę skutecznie, monitorujmy aktywność naszych dzieci i wnuków w internecie, a także uczmy je stosownego krytycyzmu w odbieraniu internetowych przekazów. Niebieski wieloryb nie jest ani jedynym, ani ostatnim zagrożeniem.

piątek, 28 kwietnia 2017

Co z tego, że PiS przegra kolejne wybory, jeśli wcześniej przegra Polska

Gdy PiS obejmowało rządy, sądziłem że potrwają one długo , a nawet bardzo długo. Na obraz i podobieństwo Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej w Meksyku. Bo przesłanki ku temu były i są nadal.

Brzoza niesmoleńska. Niestety i tak ma niewłaściwy rodowód.
Prawo i Sprawiedliwość może samodzielnie utworzyć rząd. Bez koalicjanta, zwykle rozpychającego się ponad miarę, nie dbającego o wspólny wizerunek, za to obsadzającego swoimi co się da i wyrywającego kasę skąd się da. Przewaga w parlamencie pozwala rządzącym sprawnie, bez liczenia na wsparcie części opozycji, tworzyć prawo. Program gospodarczy PiS wydaje mi się rozsądny, a miejscami wręcz konieczny dla rozwoju kraju.

Ponieważ wiara,że wolny a przy tym otwarty rynek, stanowi warunek wystarczający rozwoju słabej gospodarki peryferyjnego państwa, jest dla mnie niebywale naiwna. Globalizacja, wielka koncentracja kapitału, potężne firmy ponadnarodowe, masowość produkcji, technologie rozwijane w postępie geometrycznym, wysokie i ciągle rosnące koszty badań i wdrożeń i inne, nie tworzą środowiska sprzyjającego państwom biednym czy niebogatym. Nasza gospodarka, bez wsparcia państwa, będzie się kolebać w strefie średniej, a w związku z tym materialny poziom życia ludności też pozostanie średni na wieki wieków. Zaś PiS ma przynajmniej program w tym zakresie i go realizuje. Efektów przewidzieć nie potrafię, ale zawsze to lepsze niż brak programu.
Rządzącym sprzyja ożywienie gospodarcze w Europie, a chyba też na świecie. Spadające u nas bezrobocie wymusza wzrost płac.
Podczas kampanii wyborczej nie zajmowano się katastrofą smoleńską, schowano p. Macierewicza, nie eksponował się też p. Kaczyński i wydawało mi się, że oto do głosu dochodzi nowa generacja polityków.
PO wyglądała na partię rozbitą, pozbawianą kierownictwa, zagubioną. PiS dysponował i dysponuje mocnym poparciem instytucjonalnego Kościoła katolickiego oraz poparciem o. Rydzyka. Działającego raczej na łonie niż w łonie Kościoła.
Twardy elektorat partii identyfikuje się z nią - dla części wyborców kierownictwo i członkowie PiS to swoi, swojacy, ziomale.

Nic, tylko rządzić rozważnie, a skutecznie, demonstrując stosowną wrażliwość społeczną, troskę o poziom życia ludzi oraz o interesy Polski w polityce zagranicznej. Tymczasem, koń jaki jest każdy, kto chce, widzi.

Pan Żakowski porównał onegdaj p. Schetynę do marszałka Kutuzowa. Bo, podobnie jak Kutuzow w walce z Napoleonem, Schetyna, nie przyjmując walnej bitwy, osłabia przeciwnika w wielu potyczkach. Ja jakoś tego nie dostrzegam. Wcześniejsze potyczki - demonstracje w obronie TK, blokada w Sejmie, akcja w UE, nie dawały zmian w wynikach sondaży, nawet PiS -owi raczej rosło.
Utratę poparcia części elektoratu spowodowały działania PiS, nie opozycji. Co zresztą jest standardem w demokracji - nikt tak skutecznie nie obala władzy, jak partia rządząca.

Domyślać się, dlaczego p. Kaczyński, p. Macierewicz i inni, działają tak a nie inaczej, mi się nie chce. Oni po prostu tak mają i już. Choć nie można wykluczyć wpływu walk frakcyjnych na różne zapowiedzi czy decyzje. Pana Przyłębskiego ktoś pewnie promował na stanowisko ambasadora w Niemczech. Teraz zapowiadają usunięcie z dyplomacji wszystkich mających kontakty ze służbami. Ponieważ trudno tam nie mieć kontaktu za służbami (choćby osłona kontrwywiadowcza placówki, która nie polega przecież na bieganiu z łukiem wokół tejże, a na śledzeniu poczynań jednych pracowników z wykorzystaniem informacji o nich dostarczonych przez innych pracowników), szykuje się całkiem pokaźna ilość etatów dla swojaków. Przy okazji można też utrącić nominatów konkurencji wewnątrzpartyjnej.

Ujawnienie danych agentów ze zbioru zastrzeżonego, w tym działających w państwach trzecich i nie mających nic wspólnego ze zwalczaniem opozycji, jeśli nie jest skutkiem zaburzeń psychicznych (część członków partii oraz jej elektoratu widzi agentów wszędzie, także w swoich lodówkach, osobliwie wieczorową porą) to prawdopodobnie forma zemsty. Nie, nie na służbach PRL które, o ile wiem, niezbyt zaszkodziły członkom kierownictwa PiS, lecz na środowiskach krajowych i zagranicznych, nieprzychylnych partii obecnie rządzącej. Na zasadzie dziadka z Wehrmachtu zawsze da się wykazać umoczenie w agenturę dowolnej osoby i grupy. Poza tym zbiór można wykorzystać w bieżącej walce politycznej.

A interesy państwa? Kogo obchodzą interesy państwa. Jeśli ktoś sądzi, że jest inaczej, niech sobie przypomni sławetną wyprawę antytuskową na forum UE.
Niedawno dał głos p. Śniadek. Zaprotestował przeciwko atakom na A. Macierewicza. Co ma wspólnego całkiem niezależny związek zawodowy z MON? Przemysł zbrojeniowy, naturalnie. Przewodniczący zobligował się lub został zobligowany do obrony szefa MON, prawdopodobnie w związku z interesami owego przemysłu.
Chyba koterie i kolektywy wewnątrz PiS szykują się do niepolitycznej wojny. Mają przy tym lub szukają wsparcia z zewnątrz i niekoniecznie reprezentują swoje potrzeby czy interesy.
Czy Prezes potrafi to opanować? Nie wiem. Na pewno nie jest tak wszechmocny, jak przedstawia go opozycja, przypisująca mu wszelkie działania i zaniechania partii. Nie wiem też czy kierownictwo PiS zdaje sobie sprawę, że polityczne wojenki europejskie to małe piwo, w porównaniu z wojnami o utracone dochody, rynki , kontrakty i inne, wymierne, korzyści.
Kandydat Emmanuel Macron mógł skrytykować Polskę, grożąc sankcjami, jedynie w celu zdobycia paru głosów. Przy czym, nawet jeśli tylko taki miał cel, to prawdopodobnie udziela mu się antypolskie nastawienie tamtejszych sfer rządzących. Tymczasem PiS najwyraźniej nie przejmuje się nastawieniem innych. Ma irytującą mnie manię przymilania się wyłącznie do swego twardego elektoratu, który i tak nigdzie nie pójdzie.

Czy PiS odzyska znaczną przewagę sondażową nad opozycją? Wątpię. Musiałoby powstrzymać pęd swoich zwolenników do stanowisk, pieniędzy i władzy. Ostatnio, na przykład, związki zawodowe w administracji zażądały lustracji tejże. Celem jest, oczywiście, udostępnienie członkom wyżej płatnych etatów. Jak zabraknie agentów, można będzie opróżniać atrakcyjne stanowiska zajęte przez nominatów PO, ludzi którzy wyższe wykształcenie czy stopnie naukowe zdobyli w PRL oraz domniemanych wrogów PiS.
W końcu, ludzi przeniesionych na niższe stanowiska lub zwolnionych będzie tylu, że w wyborach zapewnią zdecydowane zwycięstwo opozycji.

PiS to jedyna partia w Polsce, korzystająca w wyborach ze wsparcia instytucji - Kościoła katolickiego i struktur o. Rydzyka. Wsparcie nie jest bezinteresowne i bezpłatne - partia musi się rewanżować i uwzględniać postulaty wspierających. Tworzy to zależność źle ocenianą nawet przez część osób wierzących.

Inną zależność, wręcz uwiązanie buduje narracja o katastrofie smoleńskiej. Lud smoleński łaknie i pragnie ciągle nowych, o nieistotnej wiarygodności, informacji. Utwierdzających go w wierze. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić i jak to skończyć. Ciągnięcie tematu przez kolejne lata przyniesie pewnie partii więcej strat niż korzyści.

Kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości musiałoby też wyjść z siebie i stanąć obok. Bowiem na razie, ustawia PiS jako partię walki. Wiecznie z kimś walczy, nie dostrzegając że czas walki się skończył i obecnie trzeba organizować, budować, zarządzać. Oraz jednoczyć, a nie dzielić i tak podzielone społeczeństwo.

Czy pisząc powyższe jestem przekonany, że PiS przegra kolejne wybory parlamentarne? Oczywiście, nie. Rządzący mają dużo czasu na istotną zmianę polityki wewnętrznej i zagranicznej (przynajmniej wizerunku), zwiększenie liczby klientów, zmianę ordynacji wyborczej, wypromowanie siebie jako dobrych, odpowiedzialnych gospodarzy. Opozycja może nie dotrwać do wyborów w dobrej kondycji. Może zresztą zdarzyć się cokolwiek.

Tymczasem teraz nie jest dobrze. Wcale mnie nie martwi spadek notowań PiS. Niepokoi mnie dość wysokie, moim zdaniem, prawdopodobieństwo uruchomienia przez tę partię zjawisk, których nikt, nawet Prezes, opanować nie zdoła. Grożenie różnym środowiskom, wojowanie z innymi, masowe zwolnienia ludzi doświadczonych i zastępowanie ich nowicjuszami lub drugim rzutem, ignorowanie ciągłości państwa, jakieś rewolucyjne likwidowanie istniejących struktur, nieuchronnie obniżą jakość i skuteczność działania państwa. Jeśli obniżka będzie wystarczająco głęboka, państwo zacznie istnieć naprawdę wyłącznie teoretycznie.
Na dodatek, w lekceważonej przez PiS Europie, nie będzie nikogo, choćby udającego zainteresowanie potrzebami naszego kraju.

Co z tego, że PiS przegra kolejne wybory, jeśli wcześniej przegra też Polska? Czy PiS potrafi zawczasu choć trochę zmienić kurs?

środa, 5 kwietnia 2017

Biedny trzy razy płaci

Czytałem pilnie donosy dziennikarskie oraz wypowiedzi na temat politycznego meczu: Państwo Polskie kontra Donald Tusk (1:27), usiłując zrozumieć motywację rządzących Polską. Wychodzi, że żadnego interesu RP ani nawet interesu PiS nie brano pod uwagę. Motyw stanowiła prawdopodobnie prywatna zemsta na D. Tusku. Używanie wizerunku i autorytetu Polski dla prywatnej zemsty, to chyba nowa jakość polityki zagranicznej. Za to kabaretowa nieudolność operacji niespecjalnie mnie dziwi.

Biedronki pracują z mszycami. Można? Można. Zdjęcie Weroniki
Środowisko naturalne PiS od zawsze eksponuje martyrologię narodu, ignorując błędy i nieudolność przywódców czy elit . Zagrywka zmieniła wyniki sondaży, co mnie cieszy. Bo znaczną część wyborców obchodzi rola i znaczenie Polski w Europie. Jednak oczekiwanie, że PiS samo się obali, jest zbyt optymistyczne, choć wysoka, mimo upływu lat, toksyczność ideologicznego kierownictwa partii dla własnych rządów, wzbudza uzasadniony podziw.

Nie wiem czemu wciąż usiłuję się doszukać myśli przewodniej, koncepcji, planu w poczynaniach naszych polityków. Pewnie wicepremier Morawiecki i niektórzy ministrowie działają według jakiejś, niepartyjnej, myśli przewodniej ale ideologiczno - polityczni macherzy takiej potrzeby chyba nawet nie widzą. Wrzucenie p. Saryusza-Wolskiego na cztery dni przed szczytem, pilny zakup śmigłowców dla wojsk specjalnych i Marynarki Wojennej, bo używanym niebawem skończą się resursy, coraz to nowe koncepcje pozyskania okrętów dla MW (oficjalny program: "Zwalczanie zagrożeń na morzu", fregat nie przewiduje - używane fregaty z Australii, to niezobowiązująca koncepcja BBN?), uchwalona, diabli wiedzą czemu w pośpiechu, ustawa o ochronie przyrody i masowa wycinka drzew prowadzona na jej podstawie, to nie są działania wynikające z jakiegokolwiek planu.

Co prawda, minister Macierewicz mówi bo mówi, nie tylko na temat śmigłowców. Ma swój osobisty, bezpretensjonalny elektorat, któremu widocznie wszystko jedno co mówi lub czyni Wybraniec, albowiem On zawsze dobrze mówi lub czyni.
Za to przeciwnicy sądzą wręcz przeciwnie. Mnie na przykład wydaje się, że wzmocnienie Leopardami 1 Brygady Pancernej to całkiem dobry pomysł, powodujący efekt synergii. Niemieckie dywizje pancerne w czasie bitwy pod Kurskiem miały po kilkanaście czołgów PzKpfw VI Tiger i były bardzo trudnym przeciwnikiem dla radzieckich czołgistów.

Poza tym, być może kierownictwo MON wychodzi z , bardzo słusznego moim zdaniem, założenia: wojny nie będzie, a jak będzie to i tak ją przegramy.
Wojna NATO - Rosja na pełną skalę toczyłaby się od początku z użyciem broni jądrowej, ponieważ eskalacja byłaby chyba nieracjonalna dla obydwu stron. Z Polski, czyli z nas, tak czy inaczej niewiele by zostało.
To nie znaczy, że możemy zlikwidować armię - stalibyśmy się wtedy łatwym do zdobycia fantem. Ale, na Fatimską Boginię, trzeba na coś się zdecydować!

Jakość sił zbrojnych, jakość państwa , sojusze winny czynić agresję militarną rzeczą nieopłacalną. Tylko tyle i aż tyle. Bez NATO sobie nie poradzimy - mamy zbyt słaby wzrok. Potencjalny przeciwnik dysponuje satelitami, widzi ruchy wojsk , stan infrastruktury na naszym terytorium. Może ustawić powietrzne stanowiska dowodzenia (jak samoloty systemu AWACS) i obserwować przestrzeń powietrzną oraz reagować na działania naszego lotnictwa. Naziemne stacje radiolokacyjne widzą mniej , szczególnie na małych wysokościach.

Poza tym, nasza mała armia nie jest w stanie obsadzić całego terytorium czy stworzyć ciągłą linię frontu. A musi być zdolna do kontrataku w czasie liczonym w godzinach, nie dobach (przy założeniu, że zdoła osiągnąć na czas gotowość bojową). Do tego są niezbędne rakiety, samoloty, śmigłowce, drony, artyleria dalekiego zasięgu oraz stosowne systemy wykrywania i naprowadzania. Żeby przeprowadzić w miarę skuteczny kontratak, należy uzyskać, przynajmniej na danym kierunku, przewagę w powietrzu. Samo lotnictwo jej nie stworzy, zresztą trzeba też bronić się przed atakami z powietrza. Stąd konieczność budowania systemu obrony powietrznej terytorium kraju.
Odnośnie Marynarki Wojennej - pytanie podstawowe, oczywiście, brzmi: jakie zadania ma wykonywać w czasie pokoju i wojny? Panować na morzach i oceanach, panować na Bałtyku, zdobyć Kaliningrad z przyległościami, czy jedynie ochraniać własne wybrzeże oraz Nord Stream?

Ktoś, kto doczytał do tego miejsca pewnie spyta: co ma wspólnego wojna przeciw Tuskowi z przygotowaniami do wojny? Wspólny mianownik to marność naszych elit. Nie tylko politycznych i nie tylko PiS. Nie potrafią korzystać z wiedzy innych, nie umieją ocenić sytuacji, nie wychodzi im wypracowanie decyzji. Oczywiście, wiem że znam jedynie widoczną stronę Księżyca - im państwo słabsze (biedniejsze) tym większym naciskom, żądaniom, molestowaniu podlegają jego politycy. O tym zazwyczaj się nie mówi. Biedny płaci trzy razy: za to że jest biedny, za to że jest głupi, za sam towar (usługę)

Ale wątpię, by ktokolwiek żądał od PiS atakowania D. Tuska. To samodzielna decyzja kierownictwa. Jaka była, każdy widział. Można podejrzewać, że inne podejmowane są podobnie.

Teoretycznie niewiele potrzeba, by Polska zaczęła się rozwijać szybciej i lepiej. Tylko komu na tym tak naprawdę zależy? Swoją drogą, ciekawe czy gdzieś jeszcze na świecie istnieje parlament zależny od jednego zakonnika? Owa zależność świetnie obrazuje stan polskich umysłów.

Inteligencjo polska, chyba czas najwyższy zająć się pracą od podstaw. Choć może nie warto się męczyć?

poniedziałek, 13 marca 2017

Kim może być nowa Katarzyna?

Wydaje mi się, że politycy PiS normalnie i po ludzku wku.wili pozostałych przywódców państw UE propozycją obsadzenia etatu przewodniczącego Rady Europejskiej przez Saryusza-Wolskiego. Nie tyle nazwiskiem kandydata, co terminem zgłoszenia . MSZ wystosował notę do maltańskiej prezydencji czwartego marca . Parę dni przed szczytem zaplanowanym na dziewiątego marca.

W alternatywnej rzeczywistości lato kwitnie w pełni. Zdjęcie Weroniki.

Chyba wszyscy staramy się unikać współpracy z ludźmi usiłującymi, w ostatniej chwili, zakłócić wykonanie rzeczy, którą wcześniej zaakceptowali lub jej realizacji się nie sprzeciwiali. Inna rzecz, że to takie polskie… Kiedyś nóż mi się w kieszeni otwierał, słysząc "to takie polskie". Obecnie coraz częściej prześladuje mnie myśl, że coś w tym jest. Raczej nie gen zły, bo gen polskości nie został odkryty, ale wpływ środowiska naturalnego może?
Politycy PiS natychmiast zaczęli tworzyć piękną, alternatywną rzeczywistość. Po powrocie ze szczytu premier Szydło okrzyknięto odważną, silną, zdeterminowaną, bezkompromisową bohaterką. Która odniosła wielki sukces na szczycie UE, wygrywając 1:27. Jeżeli elektorat to kupi, co zasygnalizują kolejne sondaże (jeśli nie kupi, oczekuję przejściowego, lecz wyraźnego spadku poparcia dla PiS), uznam, że nie mamy potencjału, by długo utrzymać, w miarę suwerenne, polskie państwo bez protektora z zewnątrz.

Minister spraw zagranicznych RP poskarżył się, że "przez całe lata utrzymywano polską opinię publiczną (jego też?) w naiwności, że Unia Europejska to taki klub altruistów, w którym dba się o wspólny wynik. Wczoraj (9.03.2017) pokazano nam wyraźnie, że jest inaczej, że trzeba mieć ostre zęby, umieć oddziaływać negatywnie".
Nie wiem kto i jaką "opinię publiczną" utrzymywał w owej naiwności. Dla wielu zabierających głos w przestrzeni publicznej, także dla mnie, UE to platforma wypracowywania wspólnych decyzji przez państwa, realizujące własne interesy. Rzecz nie w umiejętności "działań negatywnych" (co to takiego, blokowanie pracy UE?), a w umiejętności realizacji, w ramach UE, interesów Polski. Trzeba w tym celu zrozumieć powiedzenie: za darmo umarło, mieć pojęcie o istnieniu czasu, przedstawiać propozycje rozwiązań problemów, uwzględniające nasze interesy, umieć rzetelnie ocenić sytuację i szukać taktycznych sojuszników.

Na razie "zwycięstwo" 1:27 jest tylko porażką dyplomatyczną. Choć poniekąd świadczy o statusie Polski w UE - nawet przywódcy niewielkich, słabych państw uznali, że Polska nie ma im nic istotnego do zaoferowania.

Nad porażką można przejść do porządku dziennego lub, bazując na niej, doprowadzić do samobójczej śmierci Polski. To ostatnie jest możliwe, bowiem część elektoratu i polityków PiS - zwłaszcza marudzących coś o bojkotowaniu UE, pojęcia nie ma o rzeczywistej sile i znaczeniu naszego kraju w Europie. Są przekonani, że w piaskownicy zwanej Polską można się bawić do upadłego i nikt nigdy nie wpadnie na pomysł likwidacji owej piaskownicy, jako uciążliwej dla otoczenia. Lekceważą państwa tworzące Europę i procesy w nich zachodzące.

We Francji, na przykład, w kwietniu i w maju odbędą się wybory prezydenckie. Startuje w nich straszliwa Marine Le Pen, ale największe szanse załapania się na etat ma obecnie Emmanuel Macron. Polska dla niego chyba zbyt istotna nie jest.*
Nie wiem, czemu PiS usiłuje ustawić kanclerz Merkel w roli wroga Polski. Martin Schultz byłby lepszy?

Kierownictwo PiS albo celowo, albo przypadkowo - gderaniem i niezbornym działaniem, wiedzie nas ku walce ze wszystkimi. Liczą może wyłącznie na USA? Lecz USA to jedynie nasz sojusznik poprzez NATO. Obronią nas ewentualnie przed agresorem zewnętrznym, lecz o dobrobyt Polek i Polaków, utrzymanie demokracji lub władzy PiS wojować raczej nie będą.
Poza tym jesteśmy przywiązani do Europy. Eksportujemy głównie do krajów europejskich - w 2015 roku do państw UE sprzedaliśmy towary i usługi warte prawie 600 mld zł, przy wartości eksportu ogółem ponad 747 mld zł. W handlu z UE uzyskaliśmy nadwyżkę ponad 155 mld zł, przy nadwyżce w handlu ogółem jedynie 15,5 mld zł (nadwyżkę w handlu z państwami UE zjadło ujemne saldo handlu z krajami rozwijającymi się, czyli szczególnie Chinami oraz z krajami Europy Środkowo - Wschodniej).
Wymiana handlowa z USA nie jest zbyt duża - w 2015 roku sprzedaliśmy tam towary za prawie 16 mld zł (2,3% naszego eksportu ogółem), kupiliśmy za prawie 20 mld zł (2,7% importu ogółem).

Niechęć do gospodarki, liczb i nieumiejętność rachowania nie powodują zniknięcia twardych, liczbowych danych, a przekonanie o triumfie ducha nad materią (Marlow tak sądzi) nie przeniesie rzeczywistej Polski do lepszego, bo alternatywnego, świata.

Jeżeli PiS pójdzie na wojnę z resztą Europy, to raczej prędzej niż później będzie musiało znaleźć jakąś Katarzynę II w celu poproszenia jej o obronę zagrożonej wolności. Bowiem próżnia istnieje jedynie w niektórych laboratoriach, zaś na pochyłe drzewo włazi kto może.
Ktoś wie kim może być nowa Katarzyna?
Poglądy Emmanuela Macrona

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kobynieszczę

Kobynieszczę to zmodyfikowana wersja produktu o nazwie Kontemplator Bytu Szczęsny. Lema Kontemplator czerpie ekstatyczną przyjemność z oglądu otoczenia oraz dowolnych doznań, także wtedy gdy dostaje w dziób. Kontemplator Bytu Nieszczęsny winien odczuwać ekstatyczną nieprzyjemność, graniczącą z bólem istnienia z tych samych powodów co pierwsza wersja.

UFO jak żywe. Albo Znak. Zdjęcie Stefana
Czemu "powinien"? Bo projekt nie polega na zbudowaniu robota, a na przekształceniu mas ludzkich w masy kobynieszczę. Moim zdaniem, jest to cel działalności wielu Kościołów instytucjonalnych ( kościelnego aparatu). Nie wiem czy do końca uświadomiony. Człowiek nie powinien, a nawet nie może być szczęśliwy na tym łez padole. Ponieważ czeka go szczęście wieczne. Nauczanie sugeruje kierowanie całej pary życia w gwizdek, czyli w transcendencję. Należy tylko przestrzegać tabu, brać udział w stosownych ceremoniach i obrzędach, ewentualnie czynić, bliżej nieokreślone, dobre uczynki.
Protestanci, o wiele lepiej niż katolicy, poradzili sobie z przywiązaniem religii do realnego życia. Liczy się u nich (protestantów) praca i jej efekt - miła Bogu zamożność.
W katolicyzmie, mimo zmiany akcentów, praca niezbyt się liczy, a zamożność bywa podejrzana.

Jeszcze lepiej niż katolikom poszło prawosławnym - u nich zamożność to grzech sam w sobie. By stać się bezgrzesznym , trzeba niezwłocznie rozdać majątek ubogim. Prawosławie przebijają niektóre religie Wschodu, głoszące konieczność takiego życia, by prawie nie żyć. Przez umartwienie do szczęścia. U nas Niebo się należy za umartwienia. Buddysta ma za to szansę reinkarnować w żabę, zjedzoną przez Francuza bez pomocy widelca.

Części aparatczyków islamu nie wystarczają kontemplatorzy nieszczęśliwi. Usiłują przetwarzać wiernych w morderców i morderców- samobójców.

Polacy, prócz powyższego, narażeni są na propagandę martyrologiczną. Chyba dość znaczna liczba osób to nieszczęśliwi kontemplatorzy historii Polski.

Jeśli kobynieszczę stanowi, niejako wynikowy, cel religijnego nauczania, to czemu ponad 60 procent Polaków deklaruje zadowolenie z życia? Bo najwyraźniej słuchamy napomnień kapłanów jak radia, które sobie brzęczy (jeśli to nie Radio). Może kiedyś wierni przeżywali coś w rodzaju dysonansu poznawczego, słysząc w kazaniu głoszonym przez bogatego: "Łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego", ale to było dawno i nieprawda.
Swoją drogą, czy powszechny upadek autorytetów nie zaczął się od księży? Stosunkowo niedawno tylko oni oraz nauczyciele podstawówek nauczali masy.

My, lud nie bardzo teraz mamy komu i w co wierzyć. Przyzwyczailiśmy się do czytania i słuchania oczywistych kłamstw oraz hipokryzji tabunów moralistów i zakładamy, że wszyscy, a już szczególnie osoby jakoś publiczne, kłamią. Nie mamy wiedzy ani chęci by ogarnąć stan rzeczy, toteż budujemy własne, proste, światy. Zawsze je budowaliśmy, ale obecnie są widoczne dla ogółu, bo w internecie powstają.

Pytanie, czy tylko lud buduje owe alternatywne, informacyjne światy. Czytam i słucham ocen i proroctw przeciwników Trumpa oraz przeciwników PiS z pewnym takim zrezygnowanym zdziwieniem. Bowiem oceny wydają mi się bardzo powierzchowne, a proroctwa to pobożne życzenia. Ich autorzy albo podobnie jak lud nie mają stosownej wiedzy i chęci, albo nie chcą (nie potrafią) posiadanej wiedzy użyć. Ale kontemplować, kontemplują. Kobynieszczę?

niedziela, 12 lutego 2017

Budując państwo sezonowe

Nie ma już Polek i Polaków. Przynajmniej w naszej przestrzeni publicznej. Są prawdziwi Polacy, prawdziwi patrioci, lewaki, prawaki, pisowcy, peowcy, gorszy sort, kodowcy, agenci, komuchy…
Kolejne państwa z rzeczownikiem Polska w nazwie okazują się fałszywkami. PRL nie była ani trochę Polską - ot, państwo totalitarne. III Rzeczpospolita - erzatzem, opartym na bolkowym kłamstwie, rządzonym przez agentów, liberałów oraz złodziei. Dopiero IV RP ( w budowie), oparta na prawdzie oraz rządach PiS okaże się prawdziwym państwem. Jednak czy polskim i w jakim zakresie polskim, się dopiero okaże.

To nie kot. To Prawdziwy Kot, a nawet Kotka. Zdjęcie Weroniki.
Już obecnie część ludności mieszkającej między Bugiem i Odrą, kontestuje powstające państwo, wybrzydza na niedostatki demokracji, marudzi o zagrożeniu wolności. Sezonowość kolejnych państw nibypolskich podkreśla polityka obecnie rządzących. Emerytury można obciąć, bo emeryci służyli nie żadnej Polsce lecz państwu totalitarnemu, bohaterem narodowym może być agent obcego wywiadu , właśnie z tytułu bycia agentem obcego wywiadu. Mianowanych i awansowanych w czasach III RP należy zwolnić lub przynajmniej odsunąć na boczne tory, bo z definicji nie mogą być prawi oraz sprawiedliwi. Istniejące dotąd struktury i instytucje najlepiej rozwiązać i zbudować od nowa.

Ciekawe jak Amerykanie wyszliby na takich działaniach i naszej mentalności? Istniałyby Stany Zjednoczone czy też na tym terytorium powstałaby setka państw i państewek? Co prawda, plemiona istniały u nas chyba od dawna. Przed wojną sanacja wojowała bezwzględnie z endecją. Jeszcze wcześniej tutejszym ludem słowiańskim rządzili potomkowie Sarmatów - plemiona pewnie równie inteligentnego, co realnie istniejącego.

Nasi przodkowie dysponowali wielkim państwem, ale tak je zdeformowali, że przestali potrzebować. Właściwie ówczesne elity, moim zdaniem, nie tylko nie potrzebowały Rzeczpospolitej Obojga Narodów, pod koniec jej istnienia, lecz wręcz jej nie chciały. Nie było klasy czy warstwy społecznej, która ceniła Rzeczpospolitą. Arystokracja nie rządziła Polską, ona rządziła (rozrabiała) na terytorium Polski, wykorzystując mało rozgarnięte masy szlacheckie. Później mogła się obawiać wiatru historii, który przywiał z Francji Konstytucję 3 Maja, a mógł też przywiać ostrza gilotyn.
Znacznej części mas szlacheckich było wyraźnie wszystko jedno jaki król czy car rządzi, byle gwarantował utrzymanie ich , często jedynie wizerunkowych, przywilejów.
Chłopi, jeśli w ogóle zdawali sobie sprawę, na terytorium jakiego państwa żyją i co się z nim dzieje, wybraliby pewnie cokolwiek, byle nie Rzeczpospolitą. Zezwalającą szlachcicowi - właścicielowi wioski, na bycie panem ich życia i śmierci.
Bogaci mieszczanie nie mieli zbyt wiele do gadania, chyba nie czuli się też Polakami, a biedni mieszkańcy miast chętniej prawdopodobnie garnęliby się pod sztandary rewolucji społecznej niż narodowe.
Jedynym, który Polski potrzebował w 1773 roku, był Rejtan, a i to nie wiadomo czy rozdzierania koszuli nie spowodowały zaburzenia psychiczne.

Czy my przypadkiem nie gramy wciąż w tym samym filmie? Nie dość, że nasi przodkowie stracili potężne państwo, z widokami na mocarstwo i teraz musimy obywać się namiastką, na terytorium której muszą stacjonować obce wojska (za naszą zgodą lub bez niej), bo inaczej jesteśmy jak zajączek pod miedzą, to wciąż pracowicie się dzielimy na wrogie plemiona i obozy.
Usiłujemy narzucać wszystkim nasze jedynie słuszne poglądy, co nie stanowi oznaki ani wybitnej inteligencji, ani zdrowia psychicznego.
Kto tylko dorwie się do władzy, buduje struktury i instytucje państwa według swojego widzimisię. Bacząc przy tym pilnie, by powiększać stado klientów oraz obsadzać swoimi wszystko co się da.

Obawiam się, że doprowadzamy w ten sposób do stanu z końca Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Mało kto z mieszkańców Polski, będzie państwa polskiego potrzebował. Może za wyjątkiem głoszących się i ogłaszanych prawdziwymi patriotami. Ale oni, moim zdaniem, nie mają w większości predyspozycji, wiedzy, umiejętności, chęci, sił i środków by budować zasobność i siłę Polski.

piątek, 3 lutego 2017

Przydaliby się znajomi

Prawdopodobnie szykuje się zwrot w polityce międzynarodowej. Zresztą w politykach krajowych państw uznawanych za ostoje demokracji też. Nie wiem, czy to zwrot z wiatrem czy pod wiatr historii. Mam tylko nadzieję, że ów wiatr nie zamieni się nad Polską w cyklon, a jedynie przewieje nieco główki naszym politykom oraz, głównie terkoczącym swe mantry, ekspertom. Albowiem ich wiara w niezmienność otoczenia i warunków zewnętrznych mocna jest nad podziw. Oraz równa, co najmniej, ich niezdolności do ustalenia, zrozumienia i realizacji interesów Polski.

Gong: relaksować czy budzić. A może straszyć? Zdjęcie Małgorzaty

Ileż poetyckich porównań i aktów strzelistych wypowiedziano, na przykład, odnośnie gazociągu Nord Stream! A przecież on w ogóle nie powinien istnieć! Istnieje chyba głównie dzięki nam. Bo nasi politycy nie mogli przecież zdradzić braterskiej Ukrainy, zgadzając się na budowę kolejnego gazociągu przez Polskę. Choć Ukraina jest samodzielnym państwem, nie prowincją Polski. Raz mogą tam rządzić zwolennicy współpracy z Polską, innym razem jej zdecydowani wrogowie. Jeśli Ukraina wyjdzie ze strefy wpływów Rosji, to do kogo się przytuli? Przecież nie do Polski - ubogi biednemu za wiele nie pomoże.

Jeśli jestem na gazie - rozważania o uniezależnieniu się od rosyjskich dostaw ropy i gazu, wydają mi się niebywale inteligentne inaczej. Uniezależnienie się od Rosji oznacza uzależnienie się od kogoś innego. Nieco dziwacznie wygląda koncepcja Baltic Pipe - gaz w złożach duńskich się kończy, oni już okresowo kupują gaz z Niemiec (czyli rosyjski). Podobno mają szczery zamiar kupować gaz w Norwegii. W tle chyba jest chęć bycia rozdzielnią norweskiego gazu dla Europy Środkowo -Wschodniej. W sumie i tak uczciwie wyrolują nas Niemcy - po rozbudowie Nord Stream staną się bowiem europejską centralą gazową, a my peryferią. Jak zwykle.

Jarosław Kaczyński ogłosił w wywiadzie swoją gotowość do akceptacji zmniejszenia tempa wzrostu gospodarczego, jeśli będzie to ceną za wdrożenie jego wizji Polski. Nie chodzi mu przy tym o jakąś wizję Polski katolickiej, na przykład, lecz o rezygnację z przymusu pracy dla następnych pokoleń. Jeśli dobrze zrozumiałem, to zgadzam się z nim w kwestii rezygnacji, ale nie widzę powodów by godzić się na zmniejszenie tempa wzrostu gospodarczego. To nie są czasy pierwotnej akumulacji kapitału, o czym część ekonomistów, a zwłaszcza publicystów ekonomicznych zdaje się nie pamiętać. Niekoniecznie trzeba orać biednymi, by wycisnąć z nich środki niezbędne na inwestycje. Ilość pieniądza fiducjarnego na rynku jest dość elastyczna (patrz quantitative easing). Duży problem stanowi jedynie właściwa alokacja kreowanych środków oraz ograniczenie wydatków zbędnych i zwykłego marnotrawstwa.

Dostrzegam nonszalancję niektórych przedstawicieli władzy i publicystów w traktowaniu publicznego grosza. Sankcje na Rosję głównie szkodzą nam, nie Rosji? A co tam, tracimy może jeden ,a może trzy miliardy dolarów rocznie. Zawieszenie małego ruchu granicznego to, podobno, czysty zysk dla budżetu Polski. Bo korzystali z niego przemytnicy i straty z tytułu nieopłaconej akcyzy w jednym tylko kwartale wyniosły 74 mln zł. Bardzo mi się podoba takie odwrócone liczenie strat. Przypomina dowcip o właścicielu sklepu, tłumaczącym sądowi, że on do sklepu dopłaca. - To z czego pan żyje - pyta sąd. - W sobotę sklepu nie otwieram, czyli do niego nie dopłacam i z tego żyję…

Właśnie nonszalancja mnie niepokoi przy podejmowaniu decyzji odnośnie kierunków pozyskiwania gazu i ropy. Bo cena surowców może nie grać istotnej roli podczas podejmowania decyzji. Najwyżej gospodarstwa domowe oraz kierowcy zapłacą więcej, a część przemysłu chemicznego przestanie być konkurencyjna. Zaś dla budżetu państwa, im ceny wyższe, a także im wyższa inflacja, tym lepiej. Podatki i inne daniny tworzące dochody budżetu określane są w procentach, a wydatki w złotówkach.

Sytuacja w Europie i na świecie chyba komplikuje się coraz bardziej. Niedawno przywództwo kanclerz Merkel w Niemczech wydawało się niezagrożone. Ale zjawił się Martin Schulz i obydwoje mają po 41% poparcia. Prezydent Trump prawdopodobnie nie zniesie sankcji na Rosję w formie prezentu. Tym bardziej, że republikańscy parlamentarzyści, chyba w większości, nie pałają miłością do Rosji. Choć może częściowo znieść sankcje, nie znosząc ich. Treasury Department ostatnio zezwolił, na przykład, na ograniczone transakcje z FSB.
Moim zdaniem, Trump załatwi z łatwością zwrot wiadomego wraku, jeśli tylko będzie o tym pamiętał. Pytanie tylko, jakie koszty my poniesiemy. Celem ostatniej wypowiedzi prezydenta Rosji o przyczynach katastrofy smoleńskiej mogło być przeciwdziałanie informacjom naszej komisji, która po otrzymaniu wraku niewątpliwie wykryje wiele śladów i odcisków.

Odnośnie naszych szans i możliwości radzenia sobie w nowych okolicznościach, jestem umiarkowanym pesymistą. Więcej prawdopodobnie możemy stracić niż zyskać i to niezależnie od umiejętności oraz skuteczności naszych polityków. Dobrze przynajmniej, że mamy potężnego Króla. Przydałyby się jeszcze znajomości w gronie współpracowników prezydenta Trumpa. Ktoś zna tam kogoś?

niedziela, 22 stycznia 2017

Homo perifericus u władzy

Homo perifericus to, według Tony Blaira, człowiek z Teksasu. Przynajmniej tak Blair odpowiedział podobno na stosowne pytanie Georga Busha, pochodzącego zresztą z Teksasu. Bogobojni i uczciwie oglądający Sky News, nie żadne CNN-y, Amerykanie mieszkają nie tylko w Teksasie, także w Wyoming i w innych stanach. Również w całej Polsce, szczególnie w niewielkich, oddalonych od centrów miejscowościach, mieszkają bogobojni, uczciwie oglądający telewizję publiczną, nie żadne TVN-y, Polacy.

Ten bar przynajmniej ma nazwę, a przyszłość naszego świata jeszcze nazwana nie została. Zdjęcie Marii.

Warunki życia w małych miejscowościach są, szczególnie dla ludzi niebogatych, gorsze niż w dużych miastach. Rynek pracy ograniczony, dostęp do szeregu usług, w tym medycznych, utrudniony, ceny towarów często wyższe, komunikacja z większymi ośrodkami marna. Ciągle i wszędzie spotyka się tych samych ludzi, także osobistych wrogów i idiotów.
Pojęcie Homo perifericus, samo w sobie, nie ma wydźwięku pejoratywnego czy melioratywnego. Siebie, choć bogobojny zbytnio nie jestem, też zaliczam do tego gatunku. Staję się coraz bardziej perifericus także z upływem lat życia - mój świat się kończy, a w następnym uczestniczę coraz mniej.

Co innego Homo perifericus u władzy. Nie wystarczy kierować życiem na statku płynącym po morzach i oceanach. Ktoś musi wiedzieć dokąd płynąć, umieć wyznaczyć kurs, prognozować pogodę, oceniać warunki i sytuację wokół, nie dopuszczać do zderzenia z górą lodową i innymi statkami. Całkiem niecelowa, wręcz szkodliwa, może być próba zamiany ludności kraju w ludzi peryferyjnych. Bogobojnych, uczciwie oglądających telewizję publiczną, z entuzjazmem wykonujących polecenia władzy.

Bogobojność, religia, przynależność do dowolnego Kościoła, za wyjątkiem chyba tylko islamu, nie są dziś społecznie istotne. Bo, przynajmniej część z nas wierzy nie tyle w (uniwersalnego) Boga, ile w boga stworzonego na swój obraz i podobieństwo.
Skrajne potwierdzenie powyższej tezy stanowi zbrodnia w Zrębinach z 1976 roku, dokonana w Boże Narodzenie na oczach 30 świadków, po drodze z kościoła. Świadkowie przysięgali na… krucyfiks, że nie zdradzą mordercy.

Czy spotykając kogoś należącego do dowolnego Kościoła, możemy być pewni , że to porządny człowiek? No właśnie...
Człowiek religijny - chrześcijanin raz w tygodniu lub częściej chodzi do kościoła, uczestniczy w innych ceremoniach i to, w zasadzie, wszystko. Moralność, głoszona przez Kościół instytucjonalny zaczyna się i kończy, w zasadzie, na zakazie aborcji. Reszta jest, co najmniej, drugorzędna. Islam to odrębna sprawa, ponieważ ta religia organizuje (usiłuje organizować ) społeczeństwo i państwo oraz działalność tychże. Na szczęście, władający Polską zasad islamu nie zamierzają (chyba) wprowadzić.
Istnieje problem wykorzystywania religii jako narzędzia walki politycznej czy zbrojnej (dżihad). Tu religia jako środek jest społecznie istotna, niestety w znaczeniu negatywnym - bez wiary w raj trudniej byłoby rekrutować samobójców.

Zamiana Polek i Polaków w stado peryferyjnych owieczek jest, moim zdaniem niewykonalna. Zaś Polska wciąż na peryferiach Europy się znajduje. Moim zdaniem, słabo wykorzystaliśmy możliwości stworzone przez sytuację zewnętrzną i nasz wewnętrzny potencjał. Reguły gry w następnych latach mogą mocno się zmienić. Nawet jeśli prezydent Trump nie zdoła lub nie zechce wprowadzić sugerowanych rozwiązań, to słowo zostało rzucone, a i czyny nastąpiły.

Co możemy zrobić, nie wiem. Wydaje mi się, że należy założyć jakiś rozwój sytuacji i próbować antycypować wynikające z założenia działania , decyzje innych państw oraz zagranicznych i międzynarodowych instytucji. Bowiem reagowanie bieżące, prędzej czy później skończy się zderzeniem z górą lodową. Rozumowanie Homo perifericus może być tu przydatne, jeśli rządzący potrafią racjonalnie oceniać sytuację i realizować polskie interesy.