niedziela, 9 sierpnia 2015

Kościół katolicki nie musi być oblężoną twierdzą lub łatwym celem ataków

Byłem dzisiaj na mszy. To zdarza się nieczęsto, bo jestem kimś w rodzaju agnostyka. Zaskoczył mnie , treścią kazania, ksiądz odprawiający mszę (wikary zresztą). Zaczął je bowiem od pochwały osiągnięć cywilizacji: rosnących możliwości zaspokajania potrzeb materialnych, lepszej opieki zdrowotnej, nowych technologii ułatwiających nam życie itd. Wyraził też uznanie ludziom dbającym o swoje zdrowie ba, nawet tym dbającym o swój wygląd ( a pamiętam czasy, gdy nie tylko księża oświadczali wszem i wobec, że jedynie wnętrze człowieka cenne jest oraz istotne).

Kościół w Nakle Śląskim. Fot. Stefan

Kontynuując kazanie, ksiądz podkreślił wagę dbałości człowieka również o własną duszę, jeśli ów człowiek chce liczyć na wieczne zbawienie. Zacytował w tym miejscu Koheleta, syna Dawida. Treść całego kazania mocno odbiegała od znanego mi standardu. Nie wiem czy kazanie było jedynie osobistą koncepcją wikarego, czy też kierował się wytycznymi przełożonych. Gdyby kierował się wytycznymi, to oceniłbym rzecz jako rewolucyjną zmianę w podejściu hierarchów Kościoła katolickiego do rzeczywistości oraz do nauczania wiernych.

Bowiem kazania, które wysłuchałem dotychczas, powodowały prawdopodobnie u wiernych stan dysonansu poznawczego. Były, z grubsza, narzekaniami na ten zły świat współczesny, pełen doczesnych pokus, ostrzeżeniami przed pogonią za dobrami materialnymi, które przecież są marnością nad marnościami, wezwaniami do podążania drogami i ścieżkami świętych Kościoła. Wierni mogli odczuwać dysonans poznawczy, porównując słowa kapłanów z ich (kapłanów) poziomem życia, w tym posiadaniem szeregu dóbr jak najbardziej materialnych. Jednocześnie kapłani ustawiali się, zupełnie dobrowolnie, jako wdzięczne obiekty ataków osób niechętnych KK .

Choć jestem agnostykiem, to sądzę że Kościół katolicki ma i długo będzie miał do spełnienia w Polsce, istotną misję społeczną. Pod warunkiem wszakże, że hierarchowie przestaną trwonić zaufanie wiernych, wykorzystując swoją pozycję i, wciąż jaki taki, autorytet u części osób wierzących, do wspierania miłych ich sercom partii politycznych, narzucania wiernym swoich fobii oraz zbyt dosłownego traktowania tychże jako stada owieczek, a nawet baranów. Nie wiem, na przykład, czy aparat Kościoła katolickiego sam wpędził się w obronę zarodków, czy też mało roztropnie, moim zdaniem, uznał za słuszne marudzenie na ten temat jakichś samozwańczych inkwizytorów. Rezultat owego wpędzenia jest mało korzystny i dla społeczeństwa i dla Kościoła. Społeczeństwo bywa bombardowane ideologiczną dyskusją na nieistotne dla niego tematy, a Kościół instytucjonalny jawi się znacznej części obserwatorów, w tym ludzi wierzących, jako dziwaczna instytucja wyszukująca na siłę kolejne tabu.

Zresztą, można tu złośliwie zauważyć: dzięki ustawie o in vitro, biskupi mieli o czym mówić i pisać. Czy oni w ogóle mają coś istotnego do powiedzenia całemu społeczeństwu? Jest jeszcze nauka społeczna Kościoła, na którą można się powoływać, ale trudno ją stosować w praktyce. Ponieważ, moim zdaniem, stanowi raczej zbiór luźnych , mglistych koncepcji, a nie, w miarą zwartą, doktrynę.

Ja wcale nie oczekuję, by Kościół się "unowocześnił", czyli zaakceptował, jak leci , wszelkie nowinki obyczajowe i inne. Kościół, jako struktura społeczna, ma być ostoją tradycji i nosicielem wartości. Choćby dlatego, że innej struktury o podobnym znaczeniu, po prostu nie ma. Jednak, by spełniał swoją rolę, łącznie z byciem autorytetem ( w określonych sprawach) dla niewierzących, nie może rozmieniać się na drobne. Dokładniej, to hierarchowie nie powinni rozmieniać Kościoła, w którym pracują na drobne. Tworząc, zamiast znaczącej struktury społecznej, oblężoną twierdzę i łatwy cel ataków.

11 komentarzy:

  1. Ma religia - także rzymsko-katolicka - ważną rolę do spełnienia, ma, i to jest fakt, ale z drugiej strony akurat polski kościół chyba nie do końca potrafi rolę tę wypełnić.

    Proponujesz przykład pozytywny, a ja, na podstawie własnych doświadczeń nabytych podczas jeżdżenia tam, gdzie bociany zawracają, pozwolę sobie Cię poprzeć i potwierdzę, że takich przykładów -pozytywnych - jest całkiem sporo.

    Ale jest też sporo przykładów negatywnych.

    Nawet bardzo negatywnych. I nie mam tu bynajmniej na myśli pedofilii, bo to nie jest ani charakterystyczne, ani powszechne zjawisko, więc tej akurat gęby przyprawiać nie warto, ale coś, co bym nazwał "aroganckim mesjanizmem". Zawsze w sposobie myślenia - czasem także w sposobie mówienia, niekiedy także w manierach.

    I teraz taka sprawa - podczas ładnych paru lat bliskich spotkań 3 stopnia z Polską B, C, a niekiedy G i H, zauważyłem dość przygnębiający mechanizm - to grupa "aroganckich mesjaszy" łatwiej robi w tej instytucji karierę, nie zaś ci z pozytywnych przykładów.

    Tych z pozytywnych przykładów spotykam po latach na tych samych, małych parafiach, podczas gdy ci aroganccy "idą w biskupy" właśnie.
    Co w sumie nie demonstruje jakiegoś mistycznego "zła", tylko fundamentalny problem istytucji, która ma mówić członkom, co mają myśleć. Dla aroganckich pasterzy, mówienie swym owieczkom, co te powinny myśleć, co powinny czynić, jak się mogą rozmnażać, a jak nie, jest dla aroganckich mesjaszy czymś całkowicie naturalnym. Ci pozytywnie raczej starają się słuchać, i tym samym nie spełniają postulatów hałaśliwej części wiernych (zob. ostatnie przemyślenia klasyka filozofii społecznej, Cezarego Pazury).

    Zauważ - przy takim mechanizmie, choć zapewne podobna jest statystyczna ilość proboszczów demonstrujących podejście pozytywne, i tych z kompleksem aroganckiego mesjasza, to ci drudzy dominują w instytucji, więc niezwykle trudno o zmianę...

    http://images.wookmark.com/184174_cf331c56-d225-4656-a34b-f1bd80183fc9_665x665.jpg

    PS. Czy ten arogancki mesjanizm rozkwitł na romantycznym mesjanizmie polskiej literatury XIX wieku, czy przeciwnie - wersja literacka to wpływ ówczesnego kościoła?
    Ciekawą rzeczą byłoby przebadanie sprawy. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie się wydaje: aroganccy misjonarze w wielu strukturach robią kariery, nie tylko w Kościele. Wymagałoby to stosownych badań, ale mam wrażenie, że ludzie inteligentni, zorganizowani oraz posiadający szereg innych zalet, dają się łatwo zakrzyczeć, a nawet kierować przez grupy krzykliwych, pewnych siebie w swojej głupocie, często paranoicznych półgłówków. Zresztą, jak spojrzysz na twórców różnych religii, osiągających duże sukcesy biznesmenów, dowódców, prezesów, przywódców, to podstawą ich sukcesów nie była szczególnie szeroka i głęboka wiedza oraz umiejętności. Choć dziwi mnie bezrefleksyjność, delikatnie pisząc, hierarchii naszego KK. Czy oni nie zdają sobie sprawy, że wkrótce nie będą mieli do kogo mówić? Z wpływem aroganckiego mesjanizmu na mesjanizm romantyczny lub odwrotnie może być jeszcze inaczej: o ile wiem, u nas i w Rosji niesiono w lud kaganek oświaty, tymczasem w Wielkiej Brytanii postulowano nauczanie ludu w celu przysposobienia go do pracy.
      Mógłbyś kiedyś wyjaśnić co to takiego: Polska C, G i H.

      Usuń
  2. Szanowni Panowie!
    Jakoś nie bardzo widzę możliwość pogodzenia decyzji o przystąpieniu do kościoła instytucjonalnego, opanowanego, przez ludzi, trafnie nazwanych przez Was "aroganckimi mesjaszami". Jeżeli tę decyzję ma podjąć hipotetyczny "pozytywny przykład", to coś tu nie gra. Albo ów przykład jest niezbyt pozytywny, albo decyzja dotyczy czegoś zupełnie innego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodam do odpowiedzi Marlowa: przyszły ksiądz może po prostu nie zdawać sobie sprawy z istnienia aroganckich mesjaszy, a jeśli nawet ich dostrzega, to nie sądzi, że to oni rządzą.

      Usuń
  3. @Henrykspol Oczywiście masz rację, dodam tylko, że pozostałe formy działalności (biznes, armia, polityka, sport, nawet sztuka i nauka), w odróżnieniu od kościoła, nie mają wpisanej w ideologię "skromności" i "pokory". Właśnie dlatego tak istotna jest owa "bezrefleksyjność", o której wspomniałeś. W tragediach greckich pozbawiona refleksji hubris nieuchronnie przyzywała nemesis...

    Co do wyjaśnienia - taka sobie teoria to jest. Tak najprościej, to często mnie denerwuje podział na "Polskę A" i "Polskę B", w sumie dokononywany głównie na podstawie zmanipulowanych preferencji wyborczych, gdyż zróżnicowania ekonomiczne nie są wprost proporcjonalne do politycznych, ani geograficznie, ani społecznie. Nie powinno się ich też zestawiać w dwóch tylko kategoriach - A i B.

    A zmanipulowanych, bo demonstrowanych tak, jakbyśmy mieli system JOW. W wielkopolskim wygrywa PO, w świętokrzyskim PiS. PW dodatku zasadniczy wybór dokonywany jest między dwoma partiami, obecnie, w znacznym stopniu, uosabiającymi głównie negatywne cechy lokalnej, obecnej polityki.
    To jest narzucanie pewnej narracji - przyczyniające się do utrwalenia chorych struktur.
    Inaczej - to coś takiego, jak ogłoszenie komendy miejskiej w Pcimiu:, w prawobrzeżnych dzielnicach jest więcej kradzieży kieszonkowych, gdy w lewobrzeżnych dominują wyłudzenia. Część lewobrzeżną nazwiemy wobec tgo "A", część prawobrzeżną "B". A mieszkańcy będą dowodzić wyższości kradzieży kieszonkowych nad wyłudzeniami. Lub odwrotnie.

    Kraj jest skomplikowaną strukturą ściśle ze sobą związanych rejonów. Zamiast koncentrować się na sztucznych podziałach "preferencyjnych", powinniśmy szukać możliwości wykorzystania istniejących relacji do rozwoju ekonomicznego i społecznego.

    Taki przykład - Toyota, w momencie swego rozkwitu, w latach 70., postawiła na specyficzny model rozwoju, w którym ogromne ilości podzespołów, z elementów wykonanych w prowncjonalnych fabrykach, były niedrogo, ale bardzo starannie montowane w maleńkich, domowych warsztatach, w małych miejscowościach. Sieć transportowa firmy odbierała zespoły i przekazywała do centralnych montowni. Ja tu upraszczam - ale mniej więcej widzisz, jak to funkcjonowało. W pewnym momencie lokalny kryzys wywołany bańkami spekulacyjnymi, i umiędzynarodowienie produkcji - stały się przeszkodą w funkcjonowaniu systemu, ale, jak czytam, obecnie Toyota próbuje to tego wrócić.

    Dlatego kolejne litery alfabetu - żeby nieco zmienić ten mentalny wizerunek. Jeśli mamy tych Polsk coś tam w granicach 30 (nie zapominajmy o "Ł" i "Ę"), to wygląda to trochę inaczej niż "A" i "B".
    Być może także stąd - ze zmęczenia wyborców tym podziałem - wynika sukces Kukiza. Tak mi się, w każdym razie, wydaje,


    @Marek Marczuk Protest rozumiem, i szanuję, ale wydaje mi się, że to kwestia punktu widzenia. Jeśli spojrzymy na to z racjonalnego punktu widzenia to oczywiście tak - masz rację. Tylko że tu musimy przyjąć raczej mistyczny punkt widzenia, oparty na uczuciach i nabytch przekonaniach, i z racjonalnością mający mało wspólnego. W gruncie rzeczy prawie każdy student seminarium ma "syndrom mesjasza" - to praktycznie warunek wstępny (chyba niewielu trafia tam dziś z powodów wyłącznie ekonomicznych).
    Pytanie, jaki przymiotnik będzie tego mesjasza poprzedzał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście, nie zwróciłem uwagi na postulaty skromności i pokory. Nawiasem, one źle się rymują z podziałem na pasterzy i owieczki. W kościołach protestanckich chyba dostrzegli niestosowność tego podziału - tam kapłani ( o ile wiem) są przewodnikami, a nie pasterzami. Co się tyczy Polski A, B - uważałem to jedynie za głupi pomysł marnych publicystów, nie zwracając uwagi na, opisane przez Ciebie, konsekwencje. Przewiduję nadejście ochłodzenia, najpóźniej we wrześniu.

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Napisałem w komentarzu, że przepraszam za literówki, i musiałem usunąć - ze względu na liczne literówki...
    Pot mi oczy zalewa, i sam już nie widzę, co piszę.
    :-/
    Ochłodzenia Obu Szanownym życzę!

    OdpowiedzUsuń
  6. +Marlow
    To jest Mesjasz Cyniczny. Miałem kiedyś w dalszej rodzinie taki przypadek. Jego opowieści o kolegach z seminarium wbijały w fotel. :(

    OdpowiedzUsuń
  7. +Marlow
    To jest Mesjasz Cyniczny. Miałem kiedyś w dalszej rodzinie taki przypadek. Jego opowieści o kolegach z seminarium wbijały w fotel. :(

    OdpowiedzUsuń
  8. +Marek Marczuk Stare zjawisko, i wciąż bardzo ciekawe. IMO - znacznie lepsi od "wyłącznie aroganckich". Tak między Bugiem a Prawdą, to paru renesansowych papieży włoskich pod tę kategorię podpada, i to w sumie, moim nieskromnym zdaniem, nie byli tacy źli papieże.
    Nie wiem, może tu chodzi o to, czy ów cyniczny mesjasz jest zdolny do autoironii, czy też nie?
    ;-)

    OdpowiedzUsuń