
Autobus Jelcz PR110M, produkowany na licencji Berlieta. Wyprodukowano ich około 12 tysięcy.Zdjęcie z: http://poznan.wikia.com/wiki, fot. Mirosław Czerliński
Po pierwszej wojnie światowej rozwój polskiej gospodarki przerwał wielki kryzys. Produkcja przemysłowa spadła prawie połowę, rolna o 65%. Politycy ówcześni nie zrobili zbyt wiele, by przyspieszyć wyjście z kryzysu. Panicznie bano się inflacji. Dbano głównie o silną złotówkę. Tymczasem ZSRR i Niemcy zbroiły się, nie bacząc na równowagę budżetową, wymienialność ich walut i inne. U nas, dopiero w 1935 roku inżynier Stanisław Kwiatkowski przeforsował plan inwestycji państwowych, a później rozbudowę COP.
Po drugiej wojnie światowej najpierw zrealizowano, w miarę udany, plan trzyletni po czym, w ramach planu sześcioletniego, zbyt forsownie rozbudowano przemysł ciężki ignorując potrzeby ludzi, którzy przecież muszą coś jeść, gdzieś mieszkać i w coś się ubierać. Utopiono też środki, rozbudowując (pod naciskiem przestraszonego Stalina) infrastrukturę militarną i utrzymując armię w wysokim stanie gotowości bojowej. Potem Władysław Gomułka, panujący w latach 1956 - 1970, ściubił pieniądze, podobnie jak papierosy (podobno palił po połówce najtańszych w szklanej lufce). Prowadził politykę gospodarczą zbliżoną do północnokoreańskiej idei dżucze. W 1971 roku zadłużenie tzw. wolnodewizowe Polski wynosiło tylko 987 mln dolarów. Jednak przy tej polityce, wykorzystującej jedynie własne, niewielkie zasoby i systemie, który blokował inicjatywę prywatną, zamożnych państw zachodnich nie dogonilibyśmy nigdy.
Potem władzę objął Edward Gierek, który postanowił przyspieszyć rozwój gospodarczy Polski, wykorzystując dźwignię finansową w postaci kredytów z Zachodu. Zakładał spłatę tych kredytów eksportem produktów z tychże linii. Pomysł był dobry, wykonanie - niekoniecznie. Zakupy licencyjne spowodowały mocne przyspieszenie rozwoju naszej motoryzacji, rósł też eksport, ale po 1975 roku błędy popełnione w Polsce oraz niekorzystna sytuacja zewnętrzna zamieniły dźwignię w obciążenie. Polska była w stanie spłacać zadłużenie (25 mld dolarów w 1980 roku) do końca 1980 roku. Potem obsługiwała zadłużenie częściowo. Kolejne porozumienia - pierwsze, z Klubem Londyńskim w 1982 roku i Klubem Paryskim w 1985 roku, następnie 50% redukcja długu w 1991 i 1994 roku, umożliwiły spłacenie tego długu przed terminem: w 2012 roku wobec banków komercyjnych i w 2014 roku wobec państw. Niestety, wielki sukces to nie jest. Bo na koniec I kwartału 2015 roku zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło 306,33 miliardów euro, w tym zadłużenie zagraniczne sektora rządowego: 127,6 mld euro. Znowu dźwignia staje się obciążeniem.
Sumując: ktokolwiek rządzi w Polsce: demokrata czy dyktator, musi, z nieznanych mi powodów, oprzeć się o jakąś ścianę. Zawsze, a przynajmniej od końca I wojny światowej, źle to się kończy. Przy czym , poprzestanie na stwierdzeniu że winna temu jest głupota rządzących, nie wyczerpuje tematu. Bowiem jeden człowiek, dowolnie genialny, nie jest w stanie przewidzieć wszystkich istotnych konsekwencji decyzji dotyczących tak skomplikowanych struktur: społeczeństwa, gospodarki , państwa. W związku z tym mam przynajmniej trzy podejrzenia: albo politycy nie chcą i nie potrafią korzystać ze wsparcia naukowców (ekspertów), albo naukowców (ekspertów) dysponujących wiedzą potrzebną politykom po prostu w Polsce nie ma, albo takowi istnieją, ale nie kontaktują się z politykami.
Obawiam się też braku odpowiedzialności polityków. Przykład: kreatywną księgowością (przesunięciem części środków z OFE do ZUS) zmniejszono dług publiczny. Natychmiast politycy spieszą, by sytuację wykorzystać. Może chcą dalej, realnie obniżać dług? Ależ skąd, obiecują rozdawać pieniądze na prawo i lewo! W rezultacie, niebawem znowu zahaczymy o próg ostrożnościowy, rozlegnie się lament połączony ze zgrzytaniem zębami… Pytanie tylko jak długo Polska wytrzyma to obijanie o ściany.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz