niedziela, 19 lipca 2015

Inni zarabiają na naszych rezerwach dewizowych?

Rezerwy dewizowe NBP bywają obiektem rozważań zwolenników teorii spiskowych oraz propozycji polityków i ekonomistów. Być może, zachowując warunki bezpieczeństwa, część z nich można użyć do, np., zmniejszenia zadłużenia zagranicznego sektora rządowego.


Rezerwy dewizowe NBP są rzędu ponad 100 miliardów dolarów. NBP przechowuje je w innych, podobno bezpiecznych bankach na oprocentowanych kontach - około 2% rocznie. Czyli nasz bank centralny daje porządny depozyt tym bankom. Mogą na nim nieźle zarobić. Rezerwy dewizowe powstają przy zakupie walut za złotówki od inwestorów zagranicznych, krajowych eksporterów i innych. Są realnym pieniądzem, choć odpowiadająca im ilość złotówek już została przez NBP wprowadzona do obiegu ( bo bank kupił od inwestorów, eksporterów dewizy, zapłacił za nie złotówkami , które wymienieni używają w Polsce).

Od czasu do czasu słychać postulaty użycia rezerw dewizowych w gospodarce, a prof. Kołodko proponował zmniejszenie rezerw o połowę i użycie ich części do spłacenia części długu. Zadłużenie zagraniczne Polski pod koniec 2014 roku wynosiło prawie 290 miliardów euro, w tym zadłużenie sektora rządowego prawie 120 mld euro. Załóżmy: użycie całej rezerwy pozwoliłoby spłacić zadłużenie sektora rządowego. Czyli w budżecie państwa po stronie wydatków, zmalałaby kwota konieczna do obsługi zadłużenia (nie zniknęłaby, bo zostałoby zadłużenie krajowe). Być może, zniknęłaby konieczność pożyczania pieniędzy do budżetu, bo zniknąłby deficyt (to mało prawdopodobne) - planowany na 46 mld zł w roku 2015. Jeśli nie trzeba by było pożyczać do budżetu, to oceny wiarygodności kredytowej Polski nie miałyby znaczenia. Jednak bez rezerwy dewizowej, lub z rezerwą zbyt niską, Polska nie mogłaby się oprzeć byle atakowi spekulacyjnemu. Inwestorzy zagraniczni obawialiby się inwestować w Polsce, a ewentualne polskie obligacje i bony byłyby bardzo dla nas kosztowne. Na dodatek, około 25% kredytów zaciągniętych przez polskie gospodarstwa domowe i przedsiębiorstwa, to kredyty walutowe. Nieuchronna, spowodowana utratą zaufania do złotówki, jej dewaluacja /deprecjacja zaszkodziłaby mocno tym gospodarstwom i przedsiębiorstwom i pewnie spowodowałaby inflację, bo duża część towarów na polskim rynku pochodzi z zagranicy.

- Dobrze - powie ktoś- ale czy złotówka musi być wymienialna? Spłacamy długi zagraniczne i zostajemy u siebie ze złotówką. Jak ktoś chce inwestować w Polsce, to niech ryzykuje, bez gwarancji otrzymania za złotówki innych walut. (Napisałem to jedynie, by zaznaczyć zakres możliwości). Już sama taka akcja wywołałaby znaczne skurczenie się gospodarki (zmiany w latach 1990 -1991 spowodowały spadek PKB o około 14%). Poza wszystkim, moglibyśmy nie kupować za granicą cytryn czy bananów, ale trudno byłoby się obejść bez gazu i ropy. A na takie zakupy trzeba obecnie mieć dolary lub euro (ZSRR i RWPG już nie ma, gdyby ktoś pytał).

Napisałem, co napisałem, bo często napotykam rozważania o rezerwach dewizowych, sugerujące, że to kolejny element spisku wiadomych sił. Pisze się o rozwiązaniu tych rezerw (rozwiązaniu podlega rezerwa rewaluacyjna), zamianie na złotówki i "wpuszczeniu" do gospodarki (nie wiem, na jakiej zasadzie. Wartość pieniądza wielkiej mocy w gospodarce: poniżej 200 mld zł, wartość pieniądza w obiegu przekracza bilion zł, "wpuszczenie" dodatkowych 400 mld pewnie spowodowałoby inflację), podejrzewa władzę o machlojki itp. Cała ta wrzawa, jak zwykle, uniemożliwia rzeczową dyskusję w przestrzeni publicznej. A problem jest istotny, bo wielcy bawią się w quantitative easing (QE) oraz udzielanie bankom komercyjnym w strefie euro, bardzo nisko oprocentowanych kredytów (przez EBC), a u nas królują albo równie wrzaskliwi, co źle poinformowani rewolucjoniści, albo zaprogramowani na sztywno fachowcy. Tymczasem, w ramach warunków koniecznych, pewnie istnieje jakaś przestrzeń swobodna do działania.

5 komentarzy:

  1. Strasznie trudna terminologia... Na wszelki wypadek pozwalam sobie dołączyć diagram ilustrujący mechanizm qantitative easing (i ze względu na zastosowanie obcej terminologii wyjaśniam, że krzyżowanie palców jest tu odpowiednikiem lepiej nam znanego trzymania kciuków).
    ;-)
    http://static1.1.sqspcdn.com/static/f/303385/8490931/1287738977100/Qe+Cartoon+2.jpg

    OdpowiedzUsuń
  2. Diagram nie byłby akceptowany przez wszystkich ekonomistów. Niektórzy twierdzą, że to tylko techniczny manewr: http://modernmoneytheory.blox.pl/html . Przy okazji doszedłem do wniosku, że u na żadnych dobrych rozwiązań nie ma i być nie może. Bo jeśli np. jedni politycy obniżą zadłużenie sektora rządowego, to następni je podwyższą, rozdając przed wyborami pieniądze na lewo i na prawo.

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak trochę idealizując - rozwiązaniem byłaby zasadnicza zmiana dialogu społecznego, w którym większa część wyborców krytycznie oceniałaby zarówno składane przez polityków obietnice, jak i brak obietnic, czy choćby rzetelnej oceny części gospodarki, co do których konkretne propozycje powinny się pojawić (tu mam na myśli twój tekst o tym, że Premiera obecna, i Premiera ferme et prêt nie mają ochoty na polityczne samobójstwa.) Przy czym zarówno politycy, jaki i owi wyborcypowinni dysponować podstawowymi, ale solidnymi wiadomościami z zakresu funkcjonowania państwa i jego gospodarki.
    ...
    Hmmmm. Wyszło więcej niż "trochę" idealizując...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby choć mniejsza część wyborców oceniała składane przez polityków obietnice. Ni8e natknąłem się na "obiektywne" oceny czyichkolwiek obietnic, w tym oceny dziennikarzy i publicystów. Każdy ocenia propagandowo - obietnice p. Kopacz/Szydło są złe, bo to nie nasz obóz polityczny. Pod wzmiankowanym przez Ciebie tekstem wypowiadają się zwolennicy jednej z Pań. Nikt nie zwrócił uwagi na moje założenie: kto by nie doszedł do władzy i tak nic nie zmieni.

      Usuń
  4. Żeby choć mniejsza część wyborców oceniała składane przez polityków obietnice. Nie natknąłem się na "obiektywne" oceny czyichkolwiek obietnic, w tym oceny dziennikarzy i publicystów. Każdy ocenia propagandowo - obietnice p. Kopacz/Szydło są złe, bo to nie nasz obóz polityczny. Pod wzmiankowanym przez Ciebie tekstem wypowiadają się zwolennicy jednej z Pań. Nikt nie zwrócił uwagi na moje założenie: kto by nie doszedł do władzy i tak nic nie zmieni.

    OdpowiedzUsuń