niedziela, 30 sierpnia 2015

Czy można zmniejszyć różnice szans?

Podstawowym czynnikiem, różnicującym szanse ludzi, jest urodzenie się w rodzinach o różnym statusie materialnym oraz miejsce urodzenia. Urodzeni w rodzinach biednych mają z góry pod górkę. Wprawdzie istnieje jakiś przepływ między klasami i warstwami społecznymi, ale zbyt wiele on nie zmienia. Człowiek urodzony w zamożnej rodzinie ma o wiele większe szanse na dostatnie życie i zrobienie kariery ( a przynajmniej osiągnięcie wysokiego statusu społecznego) niż człowiek urodzony w rodzinie biednej.

Sport w szkole. Reprezentacja dziewcząt z Gimnazjum w Poniatowej w sztafetowych biegach przełajowych. Zdjęcie z http://gimnazjumjp2.eu/?start=32. Niestety, zwykle niewielka grupa dzieci uczestniczy w różnych formach zajęć pozalekcyjnych. A powinny wszystkie.

Teoretycznie wprawdzie, w dzisiejszym świecie istnieje wielka ilość zajęć, pozwalających osiągnąć wysoki status społeczny bez konieczności posiadania dużych środków finansowych. Nie trzeba kończyć Yale University, by zostać sławnym i bogatym sportowcem (np. piłkarzem nożnym), aktorką, piosenkarzem. Dobry rzemieślnik, prowadzący własną firmę, potrafi w Polsce mieć o wiele większy dochód niż przeciętny profesor wyższej uczelni. Autorki i autorzy filmików zamieszczanych na You Tube, blogów tematycznych poświęconych dziedzinom interesujących wielu ludzi, typu moda czy przepisy kulinarne, również mogą zarabiać wielokrotność średniej krajowej. Specjaliści (lekarze, konstruktorzy, prawnicy i inni), zwłaszcza specjaliści wysokiej klasy, muszą wprawdzie wiele lat nabywać stosowną wiedzę i umiejętności, ale głodem też nie przymierają.

Niezależnie od tych wszystkich możliwości, ścieżek i typów zajęć, część ludności osiąga, i pewnie długo będzie osiągać, bardzo małe dochody. W zależności od zamożności kraju, w którym żyją (mierzonej PKB na głowę), oznacza to niemożność zaspokojenia podstawowych potrzeb życiowych albo, najwyżej, możliwość zaspokojenia tych potrzeb i niewiele więcej. Czy ubogie masy mogą zanikać? Wydaje mi się, że nie. Nawet w największej światowej gospodarce, czyli w USA, podobno około 50 mln ludzi żyje po prostu w biedzie. Próby zasadniczego wyrównanie stanu posiadania i dochodów ludzi, tak czy inaczej prowadziłyby do PRL -bis.

Można jednak, na przykład, tworzyć młodym ludziom warunki, pozwalające wykryć i uświadomić im ich talenty i predyspozycje. To zadanie szkoły podstawowej i gimnazjum. Uczennice i uczniowie wyższych klas szkół podstawowych i gimnazjów, winni obowiązkowo uczestniczyć w zawodach sportowych, różnych konkursach, należeć do kół zainteresowań. Oczywiście, do tego trzeba lepiej przygotowanych nauczycieli i pieniędzy. Oraz generalnej zmiany podstaw programowych . Jednak te i podobne rozwiązania niewiele zmienią, jeśli w Polsce dominować będą przekonania o nieistotności własnych wysiłków. Bo kariera czy choćby tylko zdobycie dobrze płatnej, a niemęczącej posadki zależą wyłącznie od znajomości. Już samo tworzenie , głównie przez polityków, takich posadek niszczy społeczne morale. Ale marni, bezpretensjonalnie chciwi politycy nie spadają z Księżyca. Wybieramy ich my, wyborcy. Najwyraźniej: marni wyborcy. I tak kółko graniaste się zamyka.

Sumując: nie potrzebujemy żadnych rewolucji ani obijania się o ściany, w rodzaju likwidacji gimnazjów czy NFZ. Po to, by następni rządzący mogli gimnazja oraz NFZ wprowadzić. Potrzebujemy nowych koncepcji, pomysłów i pracy organicznej. Niestety, żadnych śladów takiego myślenia w dotychczasowej kampanii wyborczej nie znalazłem.

piątek, 28 sierpnia 2015

Martyrologiczne podejście do historii usprawiedliwia nieudolnych przywódców

Donald Trump osiąga podobno doskonałe wyniki w sondażach przedwyborczych. Być może to rezultat zmęczenia Amerykanów politykami (politykierami) albo wręcz częścią elit, którą określiłbym mianem oświeconych intelektualistów/ inteligentów. W Polsce ktoś podobny też wypłynął, niestety wygląda na ersatz Trumpa. Mnie zdumiewa niedostrzeganie u nas, niby oczywistego, faktu: polityka zagraniczna jest środkiem, nie celem. Oraz wkurza ciągłe promowanie nieudacznych, niekiedy durnowatych przywódców.

Prawdziwy przywódca
Czy te sprawy łączą się ze sobą? Oczywiście. Przedwojenne politykowanie, między innymi, doprowadziło do błyskawicznej klęski Polski w 1939 roku. Obecne wcale nie jest lepsze. Nie wiem dlaczego, polscy politycy usiłują podstawić Polskę pod uderzenie Rosji ? Skąd u nich ten histeryczny strach? Zostali gdzieś zaprogramowani ( może jednak Iluminaci naprawdę istnieją?) czy robią za czyjeś kukiełki? Jedna rzecz, to pryncypialna krytyka działań Rosji na Ukrainie, a druga - zachowywanie się jak przerażony zajączek pod miedzą.

Nawiasem: przez Rosję jedzie Rajd Katyński . Siedemdziesięciu polskich motocyklistów zamierza dotrzeć do Tobolska na Syberii. Pamiętają Państwo straszliwe Nocne Wilki? Drugim nawiasem: Polska jest zagrożona atakiem Rosji pośrednio, wskutek przynależności do NATO Litwy, Łotwy i Estonii. Te kraje nie wzmacniają NATO, nie mają kim i czym się bronić, a ich terytoria są praktycznie nie do obrony. Rosja pewnie będzie wciąż próbować ograniczyć znaczenie Sojuszu, bo potrzebuje ścisłej współpracy z Europą, (przynajmniej z Niemcami i Francją ), bez pośrednictwa USA. Inaczej Rosja, odcięta od Europy, utonie w uścisku Chin. Tak, przynajmniej, oceniam stan rzeczy.

Preferowany, przez znaczną część polskich elit (?) ogląd historii Polski jako wiecznej martyrologii narodu polskiego, ma chyba usprawiedliwić kolejnych nieudolnych przywódców, zdolnych jedynie zapewnić nam kolejne porażki i klęski? Bo nie rozumiem, czemu na pierwszym planie jest, zakończone okropną klęską, powstanie warszawskie, a nie zwycięska bitwa warszawska, jedna z przełomowych bitew w historii świata zresztą?
Przy czym, oceny powstania warszawskiego bywają coraz głupsze. Jedni usiłują znaleźć pozytywne efekty powstania, metodą sięgania prawą ręką do lewej kieszeni przez plecy. Inni potępiają powstanie oraz powstańców. A przecież to termin powstania, ustalony przez nieudolnych przywódców, był przyczyną jego klęski. Powstańcom, jak wszystkim polskim żołnierzom i partyzantom, przekonanym że walczą o niepodległość Polski, należą się uznanie i szacunek. Natomiast uznanie i szacunek nie należą się przywódcom, podejmującym głupie, niczym nieuzasadnione decyzje, doprowadzającym Polskę do stanu z 1 września 1939 roku czy rozwalającym kruchą jedność Polek i Polaków po to tylko, by dorwać się do władzy

My, społeczeństwo i naród, zbyt łatwo przyjmujemy tłumaczenia w rodzaju: sojusznicy nas zdradzili we wrześniu, Stalin nie pomógł powstaniu warszawskiemu. Owszem, zdradzili. Owszem, nie pomógł. Ale od tego są przywódcy, wyżsi dowódcy, kierownictwo państwa, by taki stan rzeczy zawczasu przewidzieć i wziąć pod uwagę. Jeśli nie potrafią, niech się nie pchają do rządzenia państwem, a po klęsce popełniają seppuku, a nie uciekają lub oddają się dostojnie do niewoli.
Nie stać nas na marnych przywódców, choć nie wiem jakie metody należałoby zastosować, by znaleźć wśród nas lepszych.

środa, 26 sierpnia 2015

Człowiek, który siedząc przy domowym komputerze, załamał amerykańską giełdę

Giełdy realizują transakcje na zasadzie: kto pierwszy ten lepszy.* Szybszy wygrywa, wolniejszy osiąga gorsze wyniki lub jego zlecenia są anulowane. Podobno Eurex Exchange potwierdza wykonanie transakcji w ciągu 1 milisekundy od złożenia zlecenia z budynku giełdy. Potwierdzenie wykonania transakcji z miejsc oddalonych od tego budynku opóźnia się o 1 milisekundę na każde 100 kilometrów odległości. Zlecenia wysyłają setki tysięcy uczestników i kolejność ich przyjęcia do arkusza zleceń mierzona jest pewnie w mikro, jeśli nie w nanosekundach. (Mikrosekunda to jedna milionowa sekundy, nanosekunda to jedna miliardowa część sekundy. Czas dostępu do danych w najnowszych pamięciach komputerów RAM wynosi 0,8 nanosekundy).

Nic dziwnego, że powstały już dość dawno automaty prowadzące operacje giełdowe bez udziału ludzi. Rzecz nazwano handlem opartym na algorytmach czy algorytmicznym handlem (algorithmic trading). Większość automatów działa w zakresie handlu wysokiej częstotliwości lub tradingu wysokiej częstotliwości (High-frequency trading - HFT).** Wykorzystując stosowne oprogramowanie, realizujące coraz wymyślniejsze algorytmy, kosztowny sprzęt (porządne serwery, superszybkie łącza ) oraz oprogramowanie giełd ( na przykład Enhanced Trading Solutions (ETS) wprowadzonego przez Eurex Exchange), wykonują nawet miliony operacji dziennie z olbrzymią prędkością. Oprogramowanie, przynajmniej niektórych, giełd pozwala tym algorytmom, za odpowiednią opłatą, na podgląd zleceń przez 30 milisekund, zanim owe zlecenia zostaną pokazane komukolwiek innemu. Dzięki temu mogą zarabiać w sposób przedstawiony na rysunku.


Opracowałem na podstawie obrazka z NYT z 2009 roku

Człowiekiem który, siedząc przy domowym komputerze, załamał amerykańską giełdę jest , mieszkający pod Londynem, Navindra Singha Sarao. Amerykanie żądają jego ekstradycji, oskarżając go o doprowadzenie w 2010 roku do błyskawicznego krachu (flash crash) giełdy Chicago Mercantile Exchange. Według amerykańskiego regulatora - SEC, firmy dysponujące HTF zaczęły kupować i odsprzedawać, za pomocą automatów, aktywa po cenach wahających się od 1 centa do 100 tys. dolarów za akcję. W ciągu 20 minut 2 mld akcji wartych 56 mld dolarów zmieniły właścicieli. Rynek ustabilizował się przed zamknięciem, ale inwestorów to mocno wystraszyło. Sarao miał wykorzystywać HFT i spoofing, który jest nielegalny.

Klasyczny spoofing polega na złożeniu zlecenia na kupno posiadanych przez spoofera walorów i natychmiastowym wycofaniu zlecenia. Powoduje to wzrost ceny walorów, które spoofer następnie sprzedaje. Sarao składał zlecenia i natychmiast je wycofywał, zakładając, że komputery inwestorów zareagują tylko na pierwszą część jego operacji (nie dostrzegą wycofania). On to wykorzystywał, zarabiając małe co nieco, a głupie automaty wariowały. Pewnie im bardziej finezyjne miały algorytmy, tym bardziej wariowały. Bowiem najdoskonalsi matematycy i najlepsi programiści nie są w stanie przewidzieć wszystkiego

Fachowcy podejrzewają, że z jakiegoś powodu, Sarao stał się kozłem ofiarnym. Albo rzeczywiście był sprawcą. Ale jeśli jeden człowiek, w dodatku podobno amator, mógł zagrozić amerykańskiej giełdzie, to co potrafi uczynić grupa profesjonalistów? Wielkie firmy od dość dawna używają HFT, wstrząsy zdarzały się już kilkakrotnie. Moim zdaniem, to wszystko niewiele ma wspólnego z uczciwym handlem. Poza tym gra na instrumentach pochodnych jest grą o sumie zerowej. Ktoś musi stracić, by zyskać mógł ktoś. Jeśli wielcy mają przewagę, to tracą mali. Jak zwykle zresztą.

*Oczywiście, nie wszystkie.
**Polscy autorzy różnie to tłumaczą.
Błędy wysokiej częstotliwości

niedziela, 23 sierpnia 2015

Cudze pieniądze łatwo wydawać. W knajpach lub na referenda

Gdybym zaproponował referendum z jednym tylko pytaniem: "Czy w Polsce jest gospodarz", ogół uznałby mnie za idiotę. Bo wszyscy wiedzą: w Polsce żadnego gospodarza nie ma. I to jest, potwierdzona choćby ostatnimi działaniami polityków, prawda.

Kazimierz Wielki - jeden z nielicznych polskich gospodarzy. Pomnik w Bydgoszczy.

Bronisław Komorowski, były prezydent RP, zarządził na 6 września tego roku referendum na tematy: JOW-ów, finansowania partii politycznych i rozstrzygania wątpliwości prawa podatkowego na korzyść podatników. Całe to referendum miało być, najprawdopodobniej przynętą wyborczą na wyborców P. Kukiza - p. Komorowski liczył na przyciągnięcie części jego elektoratu w drugiej turze. Według K. Lorenza z KBW, koszt referendum to około 100 milionów zł. Czyli p. Komorowski rzucił 100 milionów zł podatników do walki o swoją reelekcję. Mając przy tym prawie pewność, że to pieniądze wyrzucone w błoto. Bo takie referendum jest wiążące przy frekwencji ponad 50%, a jedyne referendum, przy którym ta sztuka się udała, dotyczyło akcesji do Unii Europejskiej .

Prezydent Andrzej Duda wystąpił z kolei z inicjatywą przeprowadzenia referendum na tematy: ochrony Lasów Państwowych, zniesienia obowiązku posyłania sześciolatków do szkół i obniżenia wieku emerytalnego. Termin referendum: 25 października - w dniu wyborów parlamentarnych, pozwoli obniżyć jego koszty, według p. Lorenza o 30 mln zł oraz, być może, zapewni ponad 50% frekwencję, czyli referendum będzie wiążące.
Treść pytań wskazuje, że to wiele hałasu o nic, choć niepokoi mnie niejasne sformułowanie: "Czy jest Pan/Pani za utrzymaniem dotychczasowego systemu funkcjonowania Państwowego Gospodarstwa Leśnego Lasy Państwowe?" Chcę bowiem, by lasy państwowe, (niekoniecznie przedsiębiorstwo, a lasy właśnie), pozostały własnością Skarbu Państwa i były dostępne dla wszystkich.
Sprawę wieku pierwszoklasistów można rozwiązać ustawą, choć rozstrzygnięcie w referendum będzie pewnie usprawiedliwiało polityków przed nauczycielami, którzy stracą uczniów, czyli etaty.
Potencjalnie najgroźniejsze dla finansów publicznych pytanie: "Czy jest Pan/Pani za obniżeniem wieku emerytalnego i powiązaniem uprawnień emerytalnych ze stażem pracy?" jest tak sformułowane, że pozwala na, prawie dowolną, interpretację.

Prezydent A. Duda chce, najprawdopodobniej , zaszkodzić PO, licząc na mało inteligentną reakcję tej partii, co właśnie następuje. Zamierza użyć w tym celu, podobnie jak p. Komorowski, pieniędzy podatników - około 70 milionów zł.

Cudze pieniądze łatwo wydawać. Jak nie na wizyty w knajpach z podsłuchem, to na referenda, których jedynym celem jest walka o głosy wyborców.

sobota, 22 sierpnia 2015

Tajny protokół do porozumień sierpniowych

Trzydzieści pięć lat temu, pod koniec sierpnia i na początku września 1980 roku, przedstawiciele rządu PRL podpisali z komitetami strajkowymi w Szczecinie, Gdańsku, Jastrzębiu - Zdroju i Dąbrowie Górniczej porozumienia, zwane sierpniowymi. Międzyzakładowy Komitet Strajkowy w Stoczni Gdańskiej ogłosił wcześniej listę 21 postulatów. Część z nich nie została spełniona do dzisiaj, mimo objęcia władzy przez przedstawicieli NSZZ Solidarność, powstałego na bazie komitetów strajkowych. Za to kolejne rządy w Polsce realizowały zadania, o których nie było mowy w żadnych postulatach, porozumieniach ani w programach wyborczych.

Postulaty MKS
Być może, istniał protokół zawierający te zadania i stanowiący tajny załącznik do porozumień sierpniowych? Oto jak mogła, moim zdaniem, wyglądać jego treść:
1.Stworzyć, politykierom wszelkiej maści, warunki do korzystania, bez ograniczeń, z pieniędzy podatników;
2.Zlikwidować przemysł, zwłaszcza w miarę nowoczesny;
3.Zlikwidować co najmniej dwa miliony miejsc pracy;
4.Sprywatyzować gospodarkę;
5.Pozbyć się polskich marek;
6.Oddać, możliwie największą część polskiej gospodarki, we władanie ponadnarodowych koncernów;
7.Sprzedawać polskie zakłady zagranicznym konkurentom, by mogli się pozbyć polskiej konkurencji;
8. Oddać polski rynek gazet i czasopism zachodnim podmiotom;
9.Maksymalnie ograniczyć udział polskich banków i towarzystw ubezpieczeniowych w polskim rynku finansowym i ubezpieczeń;
10.Wprowadzić bezrobocie, najlepiej dwucyfrowe;
11. Wydłużyć wiek emerytalny;
12.Zdestabilizować system emerytalno - rentowy;
13. Utrudnić dostęp chorych do usług służby zdrowia;
14.Stworzyć warunki do emigracji Polaków za chlebem na dużą skalę;
15.Znacząco podwyższyć ceny mieszkań tak, by stały się niedostępne dla przeciętnie zarabiających;
16.Zapewnić, możliwie dużą, różnicę w zarobkach menadżerów i szeregowych pracowników;
17.Wprowadzić religię do szkół oraz kapelanów do wszelkich struktur państwowych;
18.Utrudnić rozwój polskiej myśli technicznej;
19.Stworzyć prekariat;
20.Tworzyć, dobrze płatne, miejsca pracy dla krewnych i znajomych polityków rządzących ;
21. Systematycznie zwiększać ilość i wielkość podatków oraz innych danin płaconych państwu przez ludność ;
Może już czas przestać realizować te zadania?

czwartek, 20 sierpnia 2015

Reindustrializację należy wesprzeć modłami o cud

W toku kampanii wyborczej nikt nie sili się na poszukiwanie rozwiązań korzystnych dla Polek, Polaków oraz Polski. Cała dyskusja toczy się obok. Mogę się dowiedzieć ile kto otrzyma od polityków, nad kim się pochylą starannie, czyje problemy będą rozwiązywać.

Poniekąd to zrozumiałe. Rozwój zapewniają wybitne jednostki, ale polityków wybierają masy. Masy, owszem, wpływają na historię (niejaki Mussolini twierdził, że w charakterze nawozu wpływają). Bywają mięsem armatnim, produkują uzbrojenie i sprzęt niezbędny do wojowania, pracują, wykorzystując kapitał przydzielony im czasowo przez kapitalistów. Dzięki czemu utrzymują się przy życiu oraz zwiększają wartość owego kapitału.

Masy potrafią się też zbuntować. Zwykle wtedy gdy poziom ich życia mocno spada. Najchętniej buntują się, gdy materialny poziom życia im spada po wcześniejszym wzroście. Jednak bunt mas może tylko zniszczyć istniejące struktury społeczne. Masy nie potrafią niczego zbudować bez przywódców. Masy nie potrafią też niczego wynaleźć, odkryć, skonstruować itd. Od tego są, bardzo nieliczni, wybitni i w miarę wybitni naukowcy, konstruktorzy, wynalazcy, a także biznesmeni, menadżerowie i różni tacy.

Rzeczywistym problemem Polski jest, między innymi, stworzenie warunków pozwalających zatrzymać w kraju ludzi wybitnych oraz mechanizmów umożliwiających przebicie się tych ludzi przez pokłady przeciętniaków okupujących wszystkie dziedziny życia, w tym dziedziny teoretycznie bazujące na dokonaniach wybitnych - np. naukę. Nasze media niekiedy z dumą obwieszczają: patrzcie jaką mamy zdolną młodzież. Informując o medalach i nagrodach zdobywanych przez młodych naukowców, konstruktorów i innych z Polski na różnych konkursach. Gdyby komukolwiek się chciało śledzić dalsze losy tej zdolnej młodzieży, odkryłby jej obecność na zachodzie Europy lub w USA, nie w Polsce. Onegdaj, przez chwilę, zainteresował publiczność grafen, zwłaszcza po informacji że firma brytyjska ma szczery zamiar produkować 5 ton tego materiału rocznie. Nie wiem czy wielu zauważyło, że współzałożycielem tej firmy jest Polak, dr Krzysztof Kozioł, absolwent Politechniki Śląskiej. Zjawisko drenażu mózgów dotyczy nie tylko Polski, ale mam wrażenie, że z Polski ludzie zdolni bywają wypychani. Oprócz wybitnych i zdolnych uciekają nam też specjaliści. Nie maleje emigracja.

Te problemy nie są łatwe do rozwiązania, tym bardziej, że w toku transformacji ustrojowej zniszczono znaczną część polskiego przemysłu. Teraz się o tym pisze i mówi głośno, za późno, bo straty są prawie nieodwracalne. Deindustralizacja następowała też w państwach zachodnich, tam jednak zamykano zakłady trujące środowisko. U nas likwidowano przemysł czysty, np. ze zbudowanych w PRL 95 zakładów przemysłu elektronicznego, zamknięto 84. Nigdzie w Europie, nawet w Wielkiej Brytanii i NRD, spadek zatrudnienia w przemyśle nie był tak głęboki jak w Polsce. Parę lat temu w Europie dostrzeżono znaczenie przemysłu, KE wydaliła stosowny dokument i to byłoby na tyle.

Politycy polscy głoszą hasło o konieczności reindustrializacji, ale nie wiedzą czy polityka przemysłowa powinna być horyzontalna, czy sektorowa, a jeśli sektorowa, to na rozwoju czego się skoncentrować? Reindustrializacji nie da się zrobić bezboleśnie i bez podejmowania ryzykownych decyzji. Na pewno zawiedzie ulubiona metoda naszych polityków: powoływania struktur urzędniczych, spółek, sowietów, na które politycy zrzucą odpowiedzialność za rozbudowę przemysłu.
W sumie czarno to widzę, ale proponuję dołożyć katechetom, kapelanom oraz funkcyjnym urzędnikom po stówie, żądając od nich w zamian modlitwy o cud.

Co się stało z polskim przemysłem

wtorek, 18 sierpnia 2015

Znaczenie Polski zależy od jej wartości. Mierzonej głównie wielkością gospodarki

Oglądałem kiedyś transmisję z festiwalu piosenki latynoamerykańskiej. Hiszpańskiego nie znam, wszystkie piosenki wydawały mi się podobne formą oraz (domyślną) treścią. - Komu oni to sprzedadzą? - pomyślałem o wykonawcach i wtedy mnie olśniło: Mają czterysta pięć milionów potencjalnych nabywców, bo dla tylu ludzi hiszpański stanowi język ojczysty.

Solaris Urbino 18 Hybrid MetroStyle. foto Wikipedia Commons

Stany Zjednoczone są mocarstwem dzięki jakości tworzących je ludzi,liczbie ludności, obfitości łatwo dostępnych bogactw naturalnych, posiadaniem terenów doskonałych dla rolnictwa i pewnie jeszcze innym czynnikom. Rosja, na przykład, ma kłopoty z jakością ludzi - dominują chyba konserwatyści (prawosławie jest najstarszą religią chrześcijańską), dzięki czemu zbyt długo panował tam feudalizm i, murszejąca z wolna, monarchia absolutna. Również liczba ludności - około 144 miliony, na największym na świecie terytorium, nie tworzy wystarczającego potencjału rozwojowego dla gospodarki. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach wielkiej i wciąż narastającej, koncentracji kapitału oraz produkcji.

Dlaczego piszę o sprawach, które wszyscy, bez mała, znają? Bo są, niekiedy utytułowani i /lub posiadający jakiś autorytet społeczny, ludzie, niezdający sobie sprawy ze znaczenia opisanych czynników. Raduje ich perspektywa rozpadu Unii Europejskiej, choć oznacza to rozpad struktury skupiającej prawie 506 milionów ludzi. Tworzących, między innymi, olbrzymi i chłonny rynek. Prawda: rynek wymagający i stanowiący arenę bezwzględnej walki konkurencyjnej, ale jeśli on zniknie, to zniknie też warunek konieczny dla rozwoju gospodarek krajów średnich ( takich jak Polska) i małych. Nasz rynek jest za mały, by wchłonąć produkty powstające w wielkich, zautomatyzowanych przedsiębiorstwach, a produkcja w małych jest niekonkurencyjna po prostu. Również wyrażane dość często przekonanie: "jak się ten eurokołchoz wreszcie rozpadnie, to Polska ho ho albo jeszcze lepiej" sygnalizuje mi niepełnosprawność intelektualną w stopniu lekkim (dawniej debilizm) osób wyrażających. Usprawiedliwieniem może być jedynie ich bardzo młody wiek - nie mają wiedzy ( bo kiedy zdążyliby ją nabyć?), to papugują swoje autorytety - szkoda tylko, że akurat takie.

W Unii Europejskiej obowiązują określone zasady podejmowania decyzji. Państwa lub grupy państw mogą próbować przeforsować decyzje korzystne dla siebie lub blokować niekorzystne. Kto, po ewentualnym rozpadzie Unii, będzie nas pytał, czy to co on czyni jest dla nas korzystne? Czemu silniejsi mieliby wtedy uwzględniać interesy słabszych? Politycy polscy, moim zdaniem, nie zwracają uwagi na realną wartość Polski w Europie i na świecie. W związku z tym nie potrafią zrozumieć, że najważniejszym celem polityki wewnętrznej i zagranicznej winien być wzrost tej wartości. Czyli głównie rozwój gospodarki. Podejrzewam istnienie tajnego ośrodka szkolenia poetów, którego absolwenci, z braku lepszego zajęcia, zasilają szeregi polityków.

Bo dlaczego, na przykład, dr hab. Krzysztof Szczerski stawia, poprzez media, warunki Niemcom odnośnie utrzymania dobrych stosunków z Polską? Gdzie jest zapisana powinność Niemców, utrzymywania dobrych stosunków z Polską? Jeśli nie będzie dobrych stosunków polsko - niemieckich, to kto na tym straci bardziej? Przy czym, spełnienie warunków dopuszczenia Polski do negocjacji w sprawie Ukrainy czy zmiana polityki klimatycznej i energetycznej Unii nie zależą tylko od Niemców. Wypowiedź p. Szczerskiego bazuje najprawdopodobniej na przekonaniu, że nam się należy. Otóż, gwo nam się należy. Liczy się tylko to, co sami potrafimy osiągnąć. Inni będą poważać Polskę i liczyć się z nami, proporcjonalnie do naszej wartości.

sobota, 15 sierpnia 2015

Co by tu jeszcze spieprzyć, czyli fiasko negocjacji z Jaguar Land Rover

Pan Piechociński, wicepremier i minister gospodarki zresztą, odniósł kolejny, duży sukces negocjacyjny. Udało mu się nie dopuścić do uruchomienia w Polsce produkcji Jaguara.

Prototyp nowej Syrenki z Kutna

Wcześniej, co prawda, dając cynk mediom o toczących się negocjacjach nie wspominał o chęci zablokowaniu tej inwestycji. Komentując decyzję Tata Motors, który postanowił wybudować fabrykę na Słowacji, p.Piechociński rzekł: "Rozumiemy, że w rachunku rządu słowackiego było do zapłacenia kilkakrotnie więcej wprost z budżetu na jedno planowane miejsce pracy, niż mogliśmy to obronić w racjonalności ekonomicznej i społecznej w Polsce". Jeśli dobrze zrozumiałem to wielce zawiłe zdanie: rząd Słowacji zaproponował większy udział finansowy (podobno 360 mln euro) w kosztach inwestycji niż rząd Polski. Nie sądzę, by Słowacy nie potrafili liczyć, zresztą policzenie wydatków i dochodów budżetu związanych z inwestycją, leży chyba w granicach możliwości Ministerstwa Gospodarki RP?

Wicepremier oskarżył też firmę Jaguar Land Rover o zbyt wysokie wymagania odnośnie lokalizacji fabryki. Owym wymaganiom odpowiadała działka w Jaworze. Prawdopodobnie chodzi o działkę o powierzchni ponad 327 ha, której właścicielem jest Agencja Nieruchomości Rolnych. Radni Jawora w maju tego roku podjęli uchwałę w sprawie włączenia tej działki do Legnickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej. Według p. Piechocińskiego koszty udostępnienia działki dla inwestora wyniosłyby około 550 mln zł. Skąd się wzięła ta suma, nie powiedział.

Być może na decyzję firmy Jaguar Land Rover miały wpływ także inne czynniki: udział Słowacji w strefie euro, istnienie tamże zakładów wielkich firm motoryzacyjnych m.in. Volkswagena, Peugeota, Kia Motors.Jednak i tak nie wiem, dlaczego mała Słowacja (niecałe 5,5 mln ludzi, 49 tysięcy km² powierzchni) dysponuje przygotowanymi terenami, odpowiednimi pod duże inwestycje przemysłowe, a w Polsce ciągle to wszystko jest bardziej na papierze (monitorze) niż w rzeczywistości. Pewnie ma na to wpływ chaos w planowaniu przestrzennym , a właściwie brak takiego planowania na szczeblu centralnym i brak jakiejkolwiek spójnej koncepcji wydatkowania środków z UE.

Niezależnie, mam wrażenie że wicepremier opowiada zasłyszaną historię, a nie relacjonuje wydarzenie w którym brał udział. Moim zdaniem, nie mamy odpowiedniej jakości kadr w służbie państwowej. Nie chodzi tylko o polityków, również wysocy urzędnicy państwowi i samorządowi, posiadający często stopnie i tytuły naukowe, nie są przygotowani do np. prowadzenia negocjacji z zakresu ekonomii biznesu (business economics). W rezultacie, jak Stadion Narodowy trzeba było budować, na szefa Narodowego Centrum Sportu powołano p. Rafała Kaplera, robiącego dotychczas w nafcie, nie w sporcie, ale otrzaskanego w anglojęzycznym świecie biznesu. Bo ktoś musiał dogadywać się z Michelem Platinim.

Jestem też umiarkowanie zdumiony, zdziwieniem p. Piechocińskiego wymogami Tata Motors odnośnie lokalizacji. Chcieli, między innymi, działki z dostępem do bocznicy kolejowej, sieci energetycznej gazowej i wodociągowej o odpowiedniej przepustowości. To straszne wymagania, jak na fabrykę produkującą, w założeniu, 300 tysięcy aut rocznie?

Utrata takiego inwestora stanowi porażkę, graniczącą z klęską. Polski kapitał i polscy przedsiębiorcy nie są w stanie uruchomić podobnego zakładu, produkującego samochody tej klasy. Pieniądze, owszem, by się znalazły, ale technologie, know how projekty, konstrukcje, a zwłaszcza marka? Usłużni propagandziści natychmiast ruszyli z odsieczą wicepremierowi: Jaguara nie będzie, ale może Panda wróci do Tychów? Ot, taki skecz, trochę już meczący. Zmiana rządzących pewnie niewiele zmieni. Zresztą, mało kto tego od nich oczekuje. Ponieważ publika u nas, w większości , myli politykę z piłką nożną. Kibicuje jednej czy drugiej partii, bo tych cosik lubi ,a tamtych nienawidzi. Taka nasza karma?

środa, 12 sierpnia 2015

Od ściany do ściany. Zadłużenie zagraniczne Polski. Czyli jak dźwignia zamienia się w obciążenie

Już dziewięćdziesiąt siedem lat politycy rządzący w Polsce nie potrafią kierować rozwojem polskiej gospodarki.

Autobus Jelcz PR110M, produkowany na licencji Berlieta. Wyprodukowano ich około 12 tysięcy.Zdjęcie z: http://poznan.wikia.com/wiki, fot. Mirosław Czerliński

Po pierwszej wojnie światowej rozwój polskiej gospodarki przerwał wielki kryzys. Produkcja przemysłowa spadła prawie połowę, rolna o 65%. Politycy ówcześni nie zrobili zbyt wiele, by przyspieszyć wyjście z kryzysu. Panicznie bano się inflacji. Dbano głównie o silną złotówkę. Tymczasem ZSRR i Niemcy zbroiły się, nie bacząc na równowagę budżetową, wymienialność ich walut i inne. U nas, dopiero w 1935 roku inżynier Stanisław Kwiatkowski przeforsował plan inwestycji państwowych, a później rozbudowę COP.

Po drugiej wojnie światowej najpierw zrealizowano, w miarę udany, plan trzyletni po czym, w ramach planu sześcioletniego, zbyt forsownie rozbudowano przemysł ciężki ignorując potrzeby ludzi, którzy przecież muszą coś jeść, gdzieś mieszkać i w coś się ubierać. Utopiono też środki, rozbudowując (pod naciskiem przestraszonego Stalina) infrastrukturę militarną i utrzymując armię w wysokim stanie gotowości bojowej. Potem Władysław Gomułka, panujący w latach 1956 - 1970, ściubił pieniądze, podobnie jak papierosy (podobno palił po połówce najtańszych w szklanej lufce). Prowadził politykę gospodarczą zbliżoną do północnokoreańskiej idei dżucze. W 1971 roku zadłużenie tzw. wolnodewizowe Polski wynosiło tylko 987 mln dolarów. Jednak przy tej polityce, wykorzystującej jedynie własne, niewielkie zasoby i systemie, który blokował inicjatywę prywatną, zamożnych państw zachodnich nie dogonilibyśmy nigdy.

Potem władzę objął Edward Gierek, który postanowił przyspieszyć rozwój gospodarczy Polski, wykorzystując dźwignię finansową w postaci kredytów z Zachodu. Zakładał spłatę tych kredytów eksportem produktów z tychże linii. Pomysł był dobry, wykonanie - niekoniecznie. Zakupy licencyjne spowodowały mocne przyspieszenie rozwoju naszej motoryzacji, rósł też eksport, ale po 1975 roku błędy popełnione w Polsce oraz niekorzystna sytuacja zewnętrzna zamieniły dźwignię w obciążenie. Polska była w stanie spłacać zadłużenie (25 mld dolarów w 1980 roku) do końca 1980 roku. Potem obsługiwała zadłużenie częściowo. Kolejne porozumienia - pierwsze, z Klubem Londyńskim w 1982 roku i Klubem Paryskim w 1985 roku, następnie 50% redukcja długu w 1991 i 1994 roku, umożliwiły spłacenie tego długu przed terminem: w 2012 roku wobec banków komercyjnych i w 2014 roku wobec państw. Niestety, wielki sukces to nie jest. Bo na koniec I kwartału 2015 roku zadłużenie zagraniczne Polski wyniosło 306,33 miliardów euro, w tym zadłużenie zagraniczne sektora rządowego: 127,6 mld euro. Znowu dźwignia staje się obciążeniem.

Sumując: ktokolwiek rządzi w Polsce: demokrata czy dyktator, musi, z nieznanych mi powodów, oprzeć się o jakąś ścianę. Zawsze, a przynajmniej od końca I wojny światowej, źle to się kończy. Przy czym , poprzestanie na stwierdzeniu że winna temu jest głupota rządzących, nie wyczerpuje tematu. Bowiem jeden człowiek, dowolnie genialny, nie jest w stanie przewidzieć wszystkich istotnych konsekwencji decyzji dotyczących tak skomplikowanych struktur: społeczeństwa, gospodarki , państwa. W związku z tym mam przynajmniej trzy podejrzenia: albo politycy nie chcą i nie potrafią korzystać ze wsparcia naukowców (ekspertów), albo naukowców (ekspertów) dysponujących wiedzą potrzebną politykom po prostu w Polsce nie ma, albo takowi istnieją, ale nie kontaktują się z politykami.

Obawiam się też braku odpowiedzialności polityków. Przykład: kreatywną księgowością (przesunięciem części środków z OFE do ZUS) zmniejszono dług publiczny. Natychmiast politycy spieszą, by sytuację wykorzystać. Może chcą dalej, realnie obniżać dług? Ależ skąd, obiecują rozdawać pieniądze na prawo i lewo! W rezultacie, niebawem znowu zahaczymy o próg ostrożnościowy, rozlegnie się lament połączony ze zgrzytaniem zębami… Pytanie tylko jak długo Polska wytrzyma to obijanie o ściany.

niedziela, 9 sierpnia 2015

Kościół katolicki nie musi być oblężoną twierdzą lub łatwym celem ataków

Byłem dzisiaj na mszy. To zdarza się nieczęsto, bo jestem kimś w rodzaju agnostyka. Zaskoczył mnie , treścią kazania, ksiądz odprawiający mszę (wikary zresztą). Zaczął je bowiem od pochwały osiągnięć cywilizacji: rosnących możliwości zaspokajania potrzeb materialnych, lepszej opieki zdrowotnej, nowych technologii ułatwiających nam życie itd. Wyraził też uznanie ludziom dbającym o swoje zdrowie ba, nawet tym dbającym o swój wygląd ( a pamiętam czasy, gdy nie tylko księża oświadczali wszem i wobec, że jedynie wnętrze człowieka cenne jest oraz istotne).

Kościół w Nakle Śląskim. Fot. Stefan

Kontynuując kazanie, ksiądz podkreślił wagę dbałości człowieka również o własną duszę, jeśli ów człowiek chce liczyć na wieczne zbawienie. Zacytował w tym miejscu Koheleta, syna Dawida. Treść całego kazania mocno odbiegała od znanego mi standardu. Nie wiem czy kazanie było jedynie osobistą koncepcją wikarego, czy też kierował się wytycznymi przełożonych. Gdyby kierował się wytycznymi, to oceniłbym rzecz jako rewolucyjną zmianę w podejściu hierarchów Kościoła katolickiego do rzeczywistości oraz do nauczania wiernych.

Bowiem kazania, które wysłuchałem dotychczas, powodowały prawdopodobnie u wiernych stan dysonansu poznawczego. Były, z grubsza, narzekaniami na ten zły świat współczesny, pełen doczesnych pokus, ostrzeżeniami przed pogonią za dobrami materialnymi, które przecież są marnością nad marnościami, wezwaniami do podążania drogami i ścieżkami świętych Kościoła. Wierni mogli odczuwać dysonans poznawczy, porównując słowa kapłanów z ich (kapłanów) poziomem życia, w tym posiadaniem szeregu dóbr jak najbardziej materialnych. Jednocześnie kapłani ustawiali się, zupełnie dobrowolnie, jako wdzięczne obiekty ataków osób niechętnych KK .

Choć jestem agnostykiem, to sądzę że Kościół katolicki ma i długo będzie miał do spełnienia w Polsce, istotną misję społeczną. Pod warunkiem wszakże, że hierarchowie przestaną trwonić zaufanie wiernych, wykorzystując swoją pozycję i, wciąż jaki taki, autorytet u części osób wierzących, do wspierania miłych ich sercom partii politycznych, narzucania wiernym swoich fobii oraz zbyt dosłownego traktowania tychże jako stada owieczek, a nawet baranów. Nie wiem, na przykład, czy aparat Kościoła katolickiego sam wpędził się w obronę zarodków, czy też mało roztropnie, moim zdaniem, uznał za słuszne marudzenie na ten temat jakichś samozwańczych inkwizytorów. Rezultat owego wpędzenia jest mało korzystny i dla społeczeństwa i dla Kościoła. Społeczeństwo bywa bombardowane ideologiczną dyskusją na nieistotne dla niego tematy, a Kościół instytucjonalny jawi się znacznej części obserwatorów, w tym ludzi wierzących, jako dziwaczna instytucja wyszukująca na siłę kolejne tabu.

Zresztą, można tu złośliwie zauważyć: dzięki ustawie o in vitro, biskupi mieli o czym mówić i pisać. Czy oni w ogóle mają coś istotnego do powiedzenia całemu społeczeństwu? Jest jeszcze nauka społeczna Kościoła, na którą można się powoływać, ale trudno ją stosować w praktyce. Ponieważ, moim zdaniem, stanowi raczej zbiór luźnych , mglistych koncepcji, a nie, w miarą zwartą, doktrynę.

Ja wcale nie oczekuję, by Kościół się "unowocześnił", czyli zaakceptował, jak leci , wszelkie nowinki obyczajowe i inne. Kościół, jako struktura społeczna, ma być ostoją tradycji i nosicielem wartości. Choćby dlatego, że innej struktury o podobnym znaczeniu, po prostu nie ma. Jednak, by spełniał swoją rolę, łącznie z byciem autorytetem ( w określonych sprawach) dla niewierzących, nie może rozmieniać się na drobne. Dokładniej, to hierarchowie nie powinni rozmieniać Kościoła, w którym pracują na drobne. Tworząc, zamiast znaczącej struktury społecznej, oblężoną twierdzę i łatwy cel ataków.

piątek, 7 sierpnia 2015

Społeczeństwo. Poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i pewności stałego zatrudnienia

Bezpieczeństwo ekonomiczne (Economic security) , zwane też finansowym, to stan posiadania stałego dochodu lub innych środków zapewniających utrzymanie aktualnego poziomu życia teraz i w dającej się przewidzieć przyszłości.

Polega na byciu zawsze wypłacalnym (większość z nas bierze kredyty, poza tym trzeba płacić podatki i rachunki ), przewidywalności przepływów finansowych ( nagłe spiętrzenie płatności może uczynić niewypłacalnym) oraz dla pracowników - pewności stałego zatrudnienia. Bezpieczeństwo ekonomiczne brzmi dla mnie precyzyjniej niż "bezpieczeństwo socjalne" - termin występujący chyba tylko w Polsce i oznaczający państwową gwarancję zaspokojenia potrzeb ludzi, którzy wpadli w różne kłopoty . Czyli wszystko i nic.

Poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i pewność stałego zatrudnienia istniały w PRL. Nie da się tamtych rozwiązań zastosować obecnie, bo właśnie dzięki nim gospodarka PRL zbankrutowała. Jednak bez poczucia choćby względnego bezpieczeństwa ekonomicznego i jakiej takiej pewności zatrudnienia, nie może być mowy o wysokiej jakości życia. Przy czym brak jakiejkolwiek pewności stałego zatrudnienia wcale nie jest immanentną cechą kapitalizmu. Prawdopodobieństwo utraty pracy (dane z 2012 roku) , np. w Szwajcarii wynosiło zaledwie 2,8%, w Wielkiej Brytanii 5,6%, w Polsce 7,3%, a w Hiszpanii aż 17,7%. Kojarzony powszechnie ze Szwajcarią sektor bankowo - ubezpieczeniowy wytwarza 16% PKB, przemysł i budownictwo - powyżej 34%. Właśnie nowoczesny przemysł, w tym szereg firm o zasięgu międzynarodowym (obecnych także w Polsce), daje Szwajcarom względną pewność stałego zatrudnienia.

Oczywiście, daleko nam do Szwajcarii, jeśli porównać choćby nominalny PKB per capita ( szwajcarski : 87 475 dolarów, polski: 14 477 dolarów; IMF 2014), ale za Polską, zajmującą 59 miejsce z tym PKB na głowę, na liście MFW, jest jeszcze 127 państw. Co oznacza, że nie jesteśmy aż tak biedni jak nam się wydaje i mamy dobrą podstawę do przyspieszenia rozwoju gospodarczego przez, między innymi, inwestowanie w rozwój polskiego przemysłu. Nie musimy też stawać się masowo prekariatem .

Masowe tworzenie się prekariatu to, moim zdaniem między innymi, rezultat bylejakości państwa i stanowionych norm prawnych. Tam, gdzie nie trzeba, następuje przeregulowanie (np. zakładanie nowych firm jest w Polsce bardzo ryzykowne), za to tam gdzie trzeba brakuje regulacji i kontroli (niebywała ilość związków zawodowych hasających w firmach państwowych, brak nadzoru polityków nad działalnością rad nadzorczych i zarządów tych firm). Zbyt duży udział procentowy w gospodarce polskiej firm zagranicznych, które z dnia na dzień mogą przenieść działalność poza nasz kraj, również nie sprzyja bezpieczeństwu ekonomicznemu Polek i Polaków.

Warunkiem koniecznym acz niewystarczającym, by zmienić ów stan rzeczy jest uświadomienie naszym politykom ( a czas przed wyborami temu sprzyja), że polityka nie polega na politykowaniu (cokolwiek to znaczy), a na dbałości o bezpieczeństwo ludzi i państwa oraz o rozwój gospodarki.

środa, 5 sierpnia 2015

Nie jedzcie żyraf. Są niebezpieczne


Obrazek ze strony http://przepisy.me/
Tak przynajmniej twierdzi Sabrina Corgatelli, myśliwy (diana, myśliwa?) z Idaho. To znaczy, nie zabrania jedzenia, tylko twierdzi że żyrafy są niebezpieczne. Sabrina Corgatelli zażywa zasłużonej sławy w internecie, bo publikuje na facebooku zdjęcia upolowanej przez siebie zwierzyny w Afryce. Poluje zupełnie legalnie, na pewno nie jest jedyną dianą na świecie, ale te zdjęcia i podpisy pod nimi wywołują wściekłość dziesiątków tysięcy internautów (choć kilkanaście tysięcy osób ją popiera). Reakcję zapoczątkował dentysta z Minnesoty - Walter Palmer, zabijając w Zimbabwe sławnego, podobno, lwa o imieniu Cecil. Czytaj dalej