sobota, 13 lutego 2016

Kognitariat i digitariat - nowe zjawiska czy tylko modne terminy?*

Czemu wielu agresywnych matołków, czyli komentatorów nie rozumiejących przeczytanych tekstów i obwiniających o to autorki/autorów (często lżąc ich przy okazji) można spotkać na portalach, forach ogólnych, za to prawie nie występują na tematycznych? Jedną z przyczyn jest prawdopodobnie język przekazu - na portalach ogólnych bliski powszechnie używanemu, na tematycznych, sygnalizujący konieczność posiadania stosownej wiedzy (trzeba wiedzieć co to adenozynotrójfosforan, ATP) lub doświadczenia (nawet agresywny matołek zrozumie, że nie ma nic do powiedzenia, jeśli nie jest matką małego dziecka albo odnośnym fachowcem ). Powszechnie wiadomo: czytania ze zrozumieniem nie można się po prostu nauczyć na paru godzinach zajęć. To dość długi proces, polegający na ciągłym powiększaniu, przez czytanie i stosowanie, własnego zasobu słów. Podobno przeciętny Polak zna kilkanaście tysięcy słów. Polak w miarę wykształcony (oczytany) zna biernie trzydzieści tysięcy i więcej.

Szamani w Tuwie witają Słońce w ceremonii San salyr. To kognitariat przyszłości?
Media współczesne starają się jak mogą zdobyć możliwie największą liczbę odbiorców, między innymi, poprzez maksymalne upraszczanie i spłycanie przekazu. Tak, by do jego zrozumienia wystarczał, możliwie niewielki, zasób słow. Bo wielka ilość odbiorców przekłada się na wielkie zyski. Poza tym, zwłaszcza media internetowe, analizując zachowania i reakcje ponad miliarda ludzi, zdobywają wiedzą pozwalającą sterować popytem na towary i usługi. Te i inne zjawiska - np. dla mediów, w opisanym kontekście, wypowiedź czternastolatka jest równie (nie)ważna jak wypowiedź eksperta ze sztucznymi zębami, skłania niektórych naukowców i zwykłych myślicieli do stawiania tez o umieraniu wiedzy, wiedzy jako balaście, popwiedzy, hodowaniu digitariatu przez kognitariat. Na poparcie owych tez stawiane są przykłady wypowiedzi ludzi, zwanych w mediach ekspertami , znających się na wszystkim czyli na niczym. Narzeka się przy tym na brak autorytetów albo przynajmniej na wiarę mas, że ich zdanie liczy się tak samo jak zdanie autorytetów.

Pytanie, czy kiedyś było lepiej? Moim zdaniem, nie. Podstawową różnicę między kiedyś a dzisiaj stanowi istnienie Internetu. Sieć ma taką pojemność, że zmieści dowolną ilość tekstów pisanych, obrazów, innej grafiki, filmów, muzyki, innych plików dźwiękowych dowolnej jakości . Ponieważ każda i każdy może coś skrobnąć, namalować, sfilmować i umieścić to w sieci, diabli wzięli szereg monopoli. W przedinternetowych czasach, ze względu na ograniczoną pojemność nośników wszelkiej informacji, ograniczone możliwości ich dystrybucji, o treściach udostępnianych całej ludności oraz poszczególnym grupom (także uczniom czy studentom) decydowali nieliczni (nie mam na myśli cenzorów). Obecnie nie decyduje nikt, choć nie tylko dyktatorzy próbują zakres owych treści ograniczyć, przynajmniej lokalnie. Drugą różnicą, ale tylko w krajach rozwiniętych, jest niebywały rozwój sił wytwórczych. Gospodarki tych krajów muszą wytwarzać i sprzedawać więcej i więcej coraz to nowszych (a przynajmniej reklamowanych jako nowsze) towarów i usług. Bo stagnacja oznacza kryzys - rozpędzone gospodarki, zasilane strumieniami, kreowanych przez systemy finansowe, pieniędzy, mogłyby się wręcz rozpaść, pociągając za sobą społeczeństwa i państwa.

Na tę okoliczność, moim zdaniem, nikt na razie nie postawił nawet diagnozy, o terapii nie wspominając. Bo trudno mi uznać za diagnozę narzekania na konsumpcjonizm, globalizację i złych finansistów. Poza tym popwiedza jest lepsza od niewiedzy. Przy czym popwiedza dotyczy raczej nauk, nie do końca naukowych - ekonomii, socjologii, psychologii i pokrewnych. Być może to jedynie reakcja na niewielką zdolność tych nauk do opisania rzeczywistości oraz prognozowania wydarzeń. Trudno mówić o popwiedzy w naukach ścisłych, technicznych, medycznych. Digitariat istniał od zawsze, tyle że wcześniej nazywano go proletariatem, a jeszcze wcześniej chłopami pańszczyźnianymi ( u nas trzeba doliczyć jeszcze szlachtę zagrodową).

Na pewno dzisiejszy stan rzeczy spowoduje znaczące zmiany w przyszłości. Jakie, raczej pozytywne czy negatywne? Tego nie wie nikt. Na negatywną wygląda, już postępująca, utrata przez młodych ludzi wiedzy, nazwijmy ją pierwotną. Nie muszą wiedzieć, nawet z grubsza, jak coś działa - smartfon, z bardzo prostym interfejsem użytkownika, załatwi prawie wszystko , podpowie co trzeba, skieruje gdzie trzeba. Ale czy to źle? Nie wiem, w przeszłości też zbyt wielu ludzi nie garnęło się szczególnie do zdobywania, w pocie czoła, wiedzy i umiejętności.

Czytam wypowiedzi różnych naukowców społecznych, zajmujących się różnymi aspektami funkcjonowania społeczeństwa i wydaje mi się, że ich wiedza jest wciąż zbyt mała, zbyt wąska. Pracując oddzielnie w swoich specjalnościach nie potrafią dostrzec i opisać całości. Rozwiązaniem byłaby interdyscyplinarność w naukach społecznych- wręcz interdyscyplinarna nauka społeczna. Pisze się o tym i mówi od dawna, ale to chyba zbyt tytaniczna i dla nikogo nieopłacalna praca. Już o wiele łatwiej można by zjednoczyć PiS i PO. Na razie, polscy politycy i tak nienajlepsi w Europie, praktycznie nie mają w miarę solidnego zaplecza intelektualnego. Przy czym naukowcy społeczni, narzekając na niechęć do prawdziwie eksperckich, czyli możliwie zniuansowanych wypowiedzi, nie bardzo zdają sobie sprawę po co właściwie decydentom ekspertyzy oraz nie pamiętają, że prócz nauk społecznych są też inne, np. techniczne. Komu i do czego potrzebna jest ekspertyza: to może być opłacalne albo i nie, to da radę zrobić, choć być może rzecz jest niewykonalna? Owszem, opis czy ocena twórczości artystycznej, dzieła sztuki rzadko bywają jednoznaczne czy jednozdaniowe, ale rola tej twórczości nie polega jedynie na byciu towarem usługą czy technologią.

Wracając do agresywnych matołków - nie wiem czy ich istnienie stanowi dowód na upadek tego świata, na co narzekają niektórzy naukowcy i publicyści. Moim zdaniem, oni (matołki) istnieli od zawsze, a internet jedynie umożliwił im pojawienie się w przestrzeni publicznej oraz radość, że stanowią dużą kupę, także kupę luda. Lecz przecież internet nie jest ich. Każda i każdy może stworzyć swój portal, stronę, blog, forum, grupę dyskusyjną, społeczność i starać się przyciągnąć czytelników, uczestników, zwolenników - ludzi którzy mu odpowiadają. Kognitariat też gdzieś musi się spotykać i dyskutować. Jeśli istnieje.

*Pojęć: kognitariat, digitariat w powyższym znaczeniu użył dr hab. Kazimierz Krzysztofek w wywiadzie Inni, np. Franco Berrardi, przydają pojęciom nieco inne znaczenie, a Ignacy Fiut, Marcin Habryń z AGH chyba zamienili pojęcia miejscami? Według Tomasza Szlendaka z 2006, digitariat to klasa cyfrowych rzemieślników.

19 komentarzy:

  1. Zgadzam się, i z Tobą, i z Obamą. Z Tobą znacznie bardziej, bo też myślę, że to wcale nie jest nowe zjawisko. Nowa jest tylko jego skala i widoczność.

    Nie zgadzam się z teoriami pana Krzysztofka. Dlaczego ekspert, prof. Krzysztofek, socjolog i specjalista od komunikacji (sic!), w trakcie dość krótkiego wywiadu - który bez problemu mógł przecież autoryzować - wpada dokładnie w tę samą pułapkę, którą sam kilkakrotnie opisuje?

    1.
    W Skandynawii w samochodach komputer wyświetla drzewko ekologicznej jazdy. Świeci się na zielono, jeśli jeżdżą oszczędnie, przygasa, gdy dają w rurę. W efekcie czasami nie zatrzymują się na czerwonym świetle, bo wtedy ta choinka im w aucie więdnie.

    Tu obserwujemy ciekawe zjawisko ugięcia fal mózgowych powstające niekiedy w bezpośredniej bliskości mikrofonu (jeszcze silniejsze w pobliżu kamery)

    Ekorzewka wprowadziła bodaj(?) Honda w hybrydowym modelu Insight, Kia Forte ma podobne. Pewnie inne firmy też - akurat te znam. Ani to nie jest specyfiką Skandynawii, ani też nie jest tak, że Skandynawowie zwracają większą uwagę na drzewko, niż na światła. Skandynawskie mandaty są po prostu potworne, i zapewniam Cię, że każdy właściciel hybrydy najpierw patrzy na światła. Co więcej, dawanie w rurę działa odwrotnie - to są hybrydy.

    Sam pomysł bardzo podobnej, animowanej i podświetlanej zabawki w samochodzie, ostrzegającej i informującej kierowcę pojawił się między innymi...
    (Ha! Już czuję ten dreszcz emocji u czytelników! Zara tego psa Asa z rękawa będę wyciągał! :-)
    ...w książeczce "Wyspa Złoczyńców", Zbigniewa Nienackiego , w roku 1964!

    Na podobnej zasadzie, uczenia przez zabawę, oparty był m.in. podręcznik załogi niemieckiego Panzerkampfwagen VI Tiger. "Edutainment" to koncepcja tak stara, jak sama edukacja, i, w sumie, to bardzo dobra koncepcja.

    Zaś uwaga o Skandynawach "walących z rury na czerwonym" (w innej wersji walących w drzewo) to typowy, internetowy mem, z prawdą mający wspólnego, jak śpiewali przedstawiciele jednej ze wspomnianych niżej subkultur, "mniej niż zero".

    2.
    Proszę spojrzeć na społeczny awans słowa „zajebisty” – wyrosło ze złóż w internecie.
    No, to jakoś nie wyszło Profesorowi specjalnie zajebiście...

    Wojciech Kajtoch w wydanej w roku 1999 bardzo ciekawej książeczce "Świat prasy alternatywnej w zwierciadle jej słownictwa" wskazuje, że rusycyzm "zajebisty" karierę medialną i społeczną zrobił nie w sieci, ale już od lat 70. w zinach, czyli amatorskich, drukowanych (właściwie, kserowanych), efemerycznych pisemkach młodzieżowych subkultur, zwłaszcza społeczno-muzycznych, punków, skinów etc. Ziny nie tylko były zazwyczaj wydawane bez żadnej korekty, ale, co więcej, wulgaryzmy i slang stosowano w nich świadomie, jako element "prawdziwego języka". "Prawdziwy język" odróżniał autentyczny przekaz zinów od sfałszowanego przekazu oficjalnej prasy. "Zajebisty" trafił do sieci kiedy trafiły tam ziny, razem z innymi wulgaryzmami.

    Na litość, toż kiedy Linda w "Psach" rzuca wulgaryzmami, to raczej nie dlatego, że w latach 80 godzinami siedział na Skype z Pazurą...

    Jak bym się tylko troszkę uparł, to znalazłbym podobne zjawisko w renesansowej polszczyznie - poważnie.
    To nawet nie mem, to zwykły wymysł, z sufitu wzięty.

    3.
    Hasło Konsumpcjonizm stał się namiastką religii, kręcimy się w tym świecie umarłych idei jak dzieci we mgle, zaskująco wręcz wiernie powtarza hasła herezji Waldensów, circa 1200...
    Itd. itp.

    I tu dopiero cel tego przydługiego komentarza wyjaśnię. Być może nie powinniśmy rozważać problemu durniów, którzy w komentarzach udają ekspertów (żeli ktoś rzuci w tym miejscu "jak Marlow", to będę musiał powiedzieć touché, i przyjąć cios z podwiniętym ogonem :-D ). Być może trzeba rozważyć problem ekspertów, którzy udają eksperów?

    No. I wyszło prawie jak koan do medytacji.
    Zai jian!
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Autopoprawka jeszcze - bo napisałem, że hybryda działa odwrotnie, a powinno być, że działa inaczej. Hybryda w napędzie EV - ekologicznym - może jechać do ok. 100 km/h. Jak na miasto, to chyba można uznać za dawanie w rurę...

    OdpowiedzUsuń
  3. Ekspert to dla mnie ktoś kto stwierdza: "Ten grzyb jest jadalny; Do chaty Baby Jagi trzeba iść tędy; Stan budynku grozi katastrofą budowlaną; Ten ruch pogorszy nasze położenie" itd. Wierzę mu, bo od dawna zbiera grzyby,był parę razy w chacie Baby Jagi,jest budowlańcem, zbudował parę obiektów i zdobył stosowne uprawnienia, jest biznesmenem z sukcesami oraz zaangażował swoje środki w dane przedsięwzięcie. Czyli ekspert to ktoś kto ma wiedzę, umiejętności, pracuje w określonej dziedzinie i odnosi w niej sukcesy. Thomas Piketty, na przykład, jest może obecnie sławnym ekonomistą, ale nie ekspertem od gospodarki. Ekspertem od finansów państwowych może być, moim zdaniem, jedynie ktoś kto osiągnął sukces jako MF jakiegoś państwa. I tak dalej. Ludzie, wyzywani od ekspertów przez media to dla mnie, w większości żadni eksperci. Dobrze, jeśli mają pojęcie o sprawie i potrafią wyjaśnić publiczności, czym to się je. Twojego, cennego i interesującego skądinąd komentarza, nie traktuję jako komentarza eksperta, bo jego istotą są argumenty, które nie muszą być podparte autorytetem eksperta. Jeśli ktoś się nie zgadza, proszę bardzo - niech przedstawi kontrargumenty. Odpowiedź typu: niech się Marlow nie wypowiada, bo nie jest ekspertem, uznam za głupkowatą. Pan Krzysztofek (i wielu innych) chciałby zarezerwować dla siebie prawo do wypowiedzi na tematy, którymi (sądzi że ) się zajmuje. Ot, taka cenzura. Wielu przeciętnych twórców i naukowców chciałoby nabyć takie uprawnienia np. prawo dopisania powieści mieliby tylko licencjonowani pisarze, nikt nie mógłby marnego wierszyka napisać bez uprawnień itd.
    Zaniepokoiłeś mnie tym Zai jian, w internecie znalazłem wierszyk "The Difference Between Sayonara and Zaijian" (swoją drogą autor tego blogu -Danny Wall jest, co najmniej, bardzo pracowity) Jesteś w Chinach, a może tam zamierzasz być? Pozdrawiam Cię w polski sobotni wieczór!

    OdpowiedzUsuń
  4. @Henryk Z Pikettym to fakt. Z ekspertem finansowym państwa - powiedzmy, ekonomista o konkretnych, praktycznych osiągnięciach?

    Teoretycznie, ja bym to widział w taki sposób, że urzędnicy lokalni, którzy mają przygotowanie ekonomiczne i dobrze gospodarują na swoim terenie, stopniowo idą w górę. Ale to oczywiście długo jeszcze pozostanie w sferze teorii...

    Straszliwie mnie irytuje dziwna tendencja części badaczy do publicznego, autorytarnego wygłaszania dowolnych głupstw, z pełnym przekonaniem, że jeśli nawet ktoś zauważy, to albo można to zlekceważyć, albo się wywinąć stosując którąś ze sztuczek erytstycznych.

    Trzeba sobie zadać, na samym początku, pytanie - czy warto wchodzić w coś takiego? To naprawdę nie jest sposób ogłaszania hipotez, do którego badacze byliby przygotowani. Czy nie lepiej poprosić o pytania na piśmie, spokojnie nad nimi pomyśleć, i odesłać zwartą, w miarę możności ciekawą, wypowiedź?

    Nb. te dwa terminy z twojego tytułu byłyby tu niezłą ilustracją. Tu - zwłaszcza w polskich tekstach - jest kompletny chaos, bo chbya nikt prawie nie wie, że w swej oryginalnej formie kognitariat i digitariat to pojęcia stworzone przez dwóch różnych badaczy, w dwóch bardzo różnych okresach, będące wynikiem zupełnie różnych teorii badawczych, a jednocześnie odnoszące się do dwóch, częściowo pokrywających się zbiorów.

    Nota bene, w przeciwieństwie do naszych ekspertów, Berradi używa pojęcia kognitariat całkowicie prawidłowo, precyzując jego pierwotne znaczenie, zaproponowane jeszcze w latach 70 - przed internetem - przez bardzo ważnego badacza zachodnioeuropejskiego (sorry, to moja prywatna złośliwostka, na wypadek, gdyby jakiś niedouczony socjolog tu trafił via gugle ;-).


    Więc to ugięcie fal mózgowych powodowane u koryfeuszy nauki (nie tylko) polskiej jest faktem fizycznym, zdefiniowanym jeszcze w starożytności. Grecy nazywali to "hubris" (ale też właśnie w ich znaczeniu trzeba to stosować, nie we współczesnym...)

    Zdrówko!
    (PS. Się wybieram, ale nie w najbliższym czasie.)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałem na tę okoliczność Review of The Soul at Work by Franco Berardi
      (https://libcom.org/blog/review-soul-work-franco-berardi-27062012)
      na blogu Nate Hawthorne - członka (chyba) anarchistycznej Recomposition. Że u nas używają tych pojęć na zasadzie "ktoś coś gdzieś przeczytał", to dla mnie normalne - ludzie się nie męczą, bo i tak każda/każdy bez mała ma swoją rzepkę i na cudzej się nie zna. Ale skąd u Ciebie wiedza o marksistowsko- anarchistycznych koncepcjach? Mógłbym też spytać czy jest coś czego nie wiesz, ale wolę nie ryzykować.
      Tak to właśnie powinno wyglądać jak napisałeś - urzędnicy i zarządzający strukturami lokalnymi idą w górę, jeśli osiągają sukcesy. Podobno w Chinach tak to wygląda? O hubris nic nie wiedziałem, a wypowiedzi typu prof. Krzysztofka są dla mnie sygnałem jakiegoś zagubienia. Bo, ewentualnie, rozumiem naukowca pociągniętego za język w sprawach o których nie ma pojęcia, ale tu mamy problemy, nad którymi profesor mówi że pracuje. Na zdrowie!

      Usuń
  5. PS. Chyba rozumiem, o co chodzi Wallsowi. Wszystko przez to, że pewnie nigdy nie był w Korei Płd. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. @Henryk Się tak złożyło, że kiedy, dawno temu, psim swędem wkręciłem się na uniwersytet, moja alma mater była czymś w rodzaju polskiego centrum badań semantycznych (praktycznie to nawet wschodnioeuropejskiego). W tych badaniach już od schyłku XIX w. ścierły się dwa nurty: jeden silnie związany z lewicą, także anarchistyczną, (Noam Chomsky, oczywista), i drugi, nazwijmy to "indywidualistyczno-neutralny", unikający politycznych etykiet (np. Bréal, Morris, Korzybski). I oczywiście cała masa między nimi, z Eco i Barthesem na czele.

    Pewien ładunek anarchizmu jest w tych badaniach chyba niezbędny, gdyż analiza semantyczna rozmaitych form wypowiedzi (także stricte artystycznych) z reguły demaskuje ukryte mechanizmy funcjonowania społeczeństw. A niekiedy głupotę wypowiadaczy.

    _____________
    W tym konkretnym wypadku - najstarsze użycie terminu "kognitariusze", jakie znam, to taki mały, ale ważny artykuł, który Umberto Eco popełnił w jednej z gazet włoskich, przy okazji promocji swoich 2 książek - "Trattato di semiotica generale" (Traktatu semiotycznego) i "Il Superuomo di massa" - ("Supermen mas", u nas przetłumaczony jako "Superman w literaturze masowej" bo tłumaczyła niewiasta z fantazją...) - i przy okazji poszukiwań tej drugiej książeczki, bardzo mi kiedyś potrzebnej - było to jeszcze przed polskim wydaniem z 96. - przypadkiem na to trafiłem. Wczoraj, powodowany sentymentem, znalazłem nawet swoją fiszkę, zapisaną na odwrocie zarekwirowanego wydruku regulaminu bibliotecznego (chyba akurat zapomniałem notatnika. ;-)

    Tekst jest z lat 70., notkę biograficzną mam, ale nadal złośliwie nie podam. Niech sobie chłopcy-socjolożcy i dzieczęta-socjologie szukają.
    ;-P

    Zdrówko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyślałem o Eco, gdy wspomniałeś o bardzo ważnym badaczu, ale nie dlatego iżbym znał jego prace, a jedynie pamiętając o Twoim do niego szacunku. Trochę wątpię, by ktokolwiek szukał owego artykułu. Nie znam rezultatów żadnych badań(i pewnie takich nie ma), jedynie wydaje mi się, jako nieustraszonemu optymiście, że naukowcy podobni Tobie stanowią jedną tysięczną część wielkiej rzeszy. Niedawno spotkałem np. naukowca od sekt, zeznawał w sądzie. A Bóg nie grzmiał.Na zdrowie!

      Usuń
  7. @henrykspol Ech, brakuje możliwości edycji.
    Tak, czy siak - Tobie i wszystkim czytelnikom chciałem podrzucić dwa inne teksty Berardiego.
    Wyjaśnienie kognitariatu: What does Cognitariat Mean?
    https://epress.lib.uts.edu.au/journals/index.php/csrj/article/view/3656
    (pełna wersja pod pdf)

    Drugi to "Market-Ideology, semiocapitalism and the digital cognitariat."
    http://nonstop-future.org/txt?tid=57c26a6cc2bae24a2e71c3f8a3da5ca4

    Tu pojawia się termin "digital cognitariat", w całkowicie poprawnym rozwinięciu. Nie przepadam za Berardim, ale to naprawdę jest bardzo dobre określenie tej części, w której oba zbiory się pokrywają. Przy okazji widać wyraźnie rozwinięcie koncepcji Eco, który zauważył "cognitari" w kontekście "przemocy sematycznej". Naturalnie Franco nie może dać przypisu do Umberto, bo Umberto zbyt często polemizował z neomarksistami, więc jest ideologicznie podejrzany. Płacz, Socjologu!
    ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki,przeczytam. Choć nie wiem czemu mam odwalać robotę, którą powinien wykonać ktoś inny - zwany badaczem lub naukowcem. Dzieląc się następnie swoją wiedzą ze mną - między innymi w trakcie wywiadów i innych wystąpień w mediach. Bardzo Ci dziękuję za istotne i interesujące komentarze.

      Usuń
  8. @henrykspol ,Marlow The Dog
    *Pojęć: kognitariat, digitariat w powyższym znaczeniu użył dr hab. Kazimierz Krzysztofek ...
    A mnie się kolega Krysztofiak przypomniał.
    Wzruszyłem się.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Swoją drogą, wydawało mi się, że gdzieś spotkałem wpis prof. Krysztofiaka. Może wpadnie do nas? Tylko za mocno się nie wzruszaj, bo wiosna idzie, zmuszająca do wzruszeń.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Wcale bym się nie zdziwił,gdyby nasz w/w kolega w Podkomisji wypłynął.
      Byle do wiosny!

      Usuń
    4. Nie znam dobrej odpowiedzi na zawołanie "byle do wiosny". Chyba przez to globalne ocieplenie.

      Usuń
  9. @Andrzej Jędrasik To go dodaj do łobserwowanych na Google+, jako i ja dodałem.
    https://plus.google.com/u/0/102758623217408789165
    Jeno lojalnie uprzedzam, żę Profesor teraz publikuje u Manfrediego, czyli na polskiej części włoskiej platformy Blasting News.
    I to jest całkiem fajna rzecz, ten BN, jeno Profesor, jak to Profesor ;-) każdy swój tekst tam opublikowany reklamuje bezpośrednio na G+, i jeszcze dodatkowo 8 zajawkami, każda z odnośnikiem do G+. Łącznie więc na Google+ dostajesz (zara, niech policzę, odjąć ogon...) dostajesz dziewięć zajawek każdej jego nowej produkcji.
    Tego nie piszę, żeby zniechęcać, bo w sumie od czasu do czasu zaglądam dzięki niemu na BN - przeciwnie, chodzi o to, że ten nadmiar reklam trochę wkurza, więc trzeba wiedzieć, że tak będzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marlow The Dog
      Czy jego dodanie nie będzie ujmą?
      Dla niego.

      Usuń
  10. @Andrzej Jędrasik To wyłącznie kwestia kreatywności w księgowaniu.

    (takoż @Henrykspol)
    W związku z czym przyszedł mi do głowy termin, być może lepiej nawet od "logiki rozmytej" opisujący metodę analizy rzeczywistości charakterystyczną dla kolejnych ekip, rządzących kolejnymi RP:

    logika kreatywna...

    ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niebawem ktoś opisze logikę kreatywną. Masz to jak w banku. Ta Blasting News wygląda interesująco, choć na razie nie ma chyba wielkiej ilości użytkowników. Sądzę tak po braku reakcji na niektóre, bardzo zaczepne, artykuły prof.Krysztofiaka

      Usuń