Czemu wielu agresywnych matołków, czyli komentatorów nie rozumiejących przeczytanych tekstów i obwiniających o to autorki/autorów (często lżąc ich przy okazji) można spotkać na portalach, forach ogólnych, za to prawie nie występują na tematycznych? Jedną z przyczyn jest prawdopodobnie język przekazu - na portalach ogólnych bliski powszechnie używanemu, na tematycznych, sygnalizujący konieczność posiadania stosownej wiedzy (trzeba wiedzieć co to adenozynotrójfosforan, ATP) lub doświadczenia (nawet agresywny matołek zrozumie, że nie ma nic do powiedzenia, jeśli nie jest matką małego dziecka albo odnośnym fachowcem ). Powszechnie wiadomo: czytania ze zrozumieniem nie można się po prostu nauczyć na paru godzinach zajęć. To dość długi proces, polegający na ciągłym powiększaniu, przez czytanie i stosowanie, własnego zasobu słów.
Podobno przeciętny Polak zna kilkanaście tysięcy słów. Polak w miarę wykształcony (oczytany) zna biernie trzydzieści tysięcy i więcej.
Szamani w Tuwie witają Słońce w ceremonii San salyr. To kognitariat przyszłości?
Media współczesne starają się jak mogą zdobyć możliwie największą liczbę odbiorców, między innymi, poprzez maksymalne upraszczanie i spłycanie przekazu. Tak, by do jego zrozumienia wystarczał, możliwie niewielki, zasób słow. Bo wielka ilość odbiorców przekłada się na wielkie zyski. Poza tym, zwłaszcza media internetowe, analizując zachowania i reakcje ponad miliarda ludzi, zdobywają wiedzą pozwalającą sterować popytem na towary i usługi. Te i inne zjawiska - np. dla mediów, w opisanym kontekście, wypowiedź czternastolatka jest równie (nie)ważna jak wypowiedź eksperta ze sztucznymi zębami, skłania niektórych naukowców i zwykłych myślicieli do stawiania tez o umieraniu wiedzy, wiedzy jako balaście, popwiedzy, hodowaniu digitariatu przez kognitariat. Na poparcie owych tez stawiane są przykłady wypowiedzi ludzi, zwanych w mediach ekspertami , znających się na wszystkim czyli na niczym. Narzeka się przy tym na brak autorytetów albo przynajmniej na wiarę mas, że ich zdanie liczy się tak samo jak zdanie autorytetów.
Pytanie, czy kiedyś było lepiej? Moim zdaniem, nie. Podstawową różnicę między
kiedyś a
dzisiaj stanowi istnienie Internetu. Sieć ma taką pojemność, że zmieści dowolną ilość tekstów pisanych, obrazów, innej grafiki, filmów, muzyki, innych plików dźwiękowych dowolnej jakości . Ponieważ każda i każdy może coś skrobnąć, namalować, sfilmować i umieścić to w sieci, diabli wzięli szereg monopoli. W przedinternetowych czasach, ze względu na ograniczoną pojemność nośników wszelkiej informacji, ograniczone możliwości ich dystrybucji, o treściach udostępnianych całej ludności oraz poszczególnym grupom (także uczniom czy studentom) decydowali nieliczni (nie mam na myśli cenzorów). Obecnie nie decyduje nikt, choć nie tylko dyktatorzy próbują zakres owych treści ograniczyć, przynajmniej lokalnie. Drugą różnicą, ale tylko w krajach rozwiniętych, jest niebywały rozwój sił wytwórczych. Gospodarki tych krajów muszą wytwarzać i sprzedawać więcej i więcej coraz to nowszych (a przynajmniej reklamowanych jako nowsze) towarów i usług. Bo stagnacja oznacza kryzys - rozpędzone gospodarki, zasilane strumieniami, kreowanych przez systemy finansowe, pieniędzy, mogłyby się wręcz rozpaść, pociągając za sobą społeczeństwa i państwa.
Na tę okoliczność, moim zdaniem, nikt na razie nie postawił nawet diagnozy, o terapii nie wspominając. Bo trudno mi uznać za diagnozę narzekania na konsumpcjonizm, globalizację i złych finansistów. Poza tym popwiedza jest lepsza od niewiedzy. Przy czym popwiedza dotyczy raczej nauk, nie do końca naukowych - ekonomii, socjologii, psychologii i pokrewnych. Być może to jedynie reakcja na niewielką zdolność tych nauk do opisania rzeczywistości oraz prognozowania wydarzeń. Trudno mówić o popwiedzy w naukach ścisłych, technicznych, medycznych. Digitariat istniał od zawsze, tyle że wcześniej nazywano go proletariatem, a jeszcze wcześniej chłopami pańszczyźnianymi ( u nas trzeba doliczyć jeszcze szlachtę zagrodową).
Na pewno dzisiejszy stan rzeczy spowoduje znaczące zmiany w przyszłości. Jakie, raczej pozytywne czy negatywne? Tego nie wie nikt. Na negatywną wygląda, już postępująca, utrata przez młodych ludzi wiedzy, nazwijmy ją
pierwotną. Nie muszą wiedzieć, nawet z grubsza, jak coś działa - smartfon, z bardzo prostym interfejsem użytkownika, załatwi prawie wszystko , podpowie co trzeba, skieruje gdzie trzeba. Ale czy to źle? Nie wiem, w przeszłości też zbyt wielu ludzi nie garnęło się szczególnie do zdobywania, w pocie czoła, wiedzy i umiejętności.
Czytam wypowiedzi różnych naukowców społecznych, zajmujących się różnymi aspektami funkcjonowania społeczeństwa i wydaje mi się, że ich wiedza jest wciąż zbyt mała, zbyt wąska. Pracując oddzielnie w swoich specjalnościach nie potrafią dostrzec i opisać całości. Rozwiązaniem byłaby interdyscyplinarność w naukach społecznych- wręcz interdyscyplinarna nauka społeczna. Pisze się o tym i mówi od dawna, ale to chyba zbyt tytaniczna i dla nikogo nieopłacalna praca.
Już o wiele łatwiej można by zjednoczyć PiS i PO. Na razie, polscy politycy i tak nienajlepsi w Europie, praktycznie nie mają w miarę solidnego zaplecza intelektualnego. Przy czym naukowcy społeczni, narzekając na niechęć do prawdziwie eksperckich, czyli możliwie zniuansowanych wypowiedzi, nie bardzo zdają sobie sprawę po co właściwie decydentom ekspertyzy oraz nie pamiętają, że prócz nauk społecznych są też inne, np. techniczne. Komu i do czego potrzebna jest ekspertyza:
to może być opłacalne albo i nie, to da radę zrobić, choć być może rzecz jest niewykonalna? Owszem, opis czy ocena twórczości artystycznej, dzieła sztuki rzadko bywają jednoznaczne czy jednozdaniowe, ale rola tej twórczości nie polega jedynie na byciu towarem usługą czy technologią.
Wracając do agresywnych matołków - nie wiem czy ich istnienie stanowi dowód na upadek tego świata, na co narzekają niektórzy naukowcy i publicyści. Moim zdaniem, oni (matołki) istnieli od zawsze, a internet jedynie umożliwił im pojawienie się w przestrzeni publicznej oraz radość, że stanowią dużą kupę, także kupę luda. Lecz przecież internet nie jest ich. Każda i każdy może stworzyć swój portal, stronę, blog, forum, grupę dyskusyjną, społeczność i starać się przyciągnąć czytelników, uczestników, zwolenników - ludzi którzy mu odpowiadają. Kognitariat też gdzieś musi się spotykać i dyskutować. Jeśli istnieje.
*Pojęć: kognitariat, digitariat w powyższym znaczeniu
użył dr hab. Kazimierz Krzysztofek w wywiadzie Inni, np. Franco Berrardi, przydają pojęciom nieco inne znaczenie, a Ignacy Fiut, Marcin Habryń z AGH chyba zamienili pojęcia miejscami? Według Tomasza Szlendaka z 2006, digitariat to klasa cyfrowych rzemieślników.