niedziela, 28 lutego 2016

Obsadzanie stanowisk ludźmi niekompetentnymi, to doskonały przepis na klęskę

Ktokolwiek na świecie, powtarzam: na świecie, opisze hodowlę koni arabskich, zaznaczy nasz, polski w niej udział. Tymczasem niewątpliwie wybitny polityk PiS - p. Krzysztof Jurgiel odwołał (pośrednio, bo formalnie uczynił to nowy szef Agencji Nieruchomości Rolnych Waldemar Humięcki) doświadczonych, odnoszących sukcesy prezesów stadnin w Janowie Podlaskim i Michałowie.

Obrazek jak przyszłość polskiej hodowli koni arabskich - rysuje się bardzo niewyraźnie

Szef Janowa, Marek Trela, był związany ze stadniną od 1978 roku, prezesem został w 2000 roku. Jerzy Białobok rozpoczął pracę w Michałowie w 1977 roku, prezesem był od 1997 roku. Odwołał, to odwołał. Gorzej, że powołał na stanowisko prezesa Janowa p. Marka Skomorowskiego, który "nie miał styczności" z hodowlą koni, ale "wcześniej też uwielbiał konie". Szefem Michałowa została p. Anna Durmała, wcześniej dyrektor Stadniny Koni Arabskich Ewex- Arabians z ośmioma lub jedenastoma końmi (stadnina podaje różne dane ). W Michałowie jest prawie 400 koni arabskich…


Tego p.Skomorowskiego, to nawet zgryźliwie podziwiam. Ja przyjąłbym propozycję objęcia posady np. Prezydenta RP, ale zdecydowanie odmówiłbym przyjęcia etatu prezesa Stadniny Koni Janów Podlaski czy Stadniny Koni Michałów. Bałbym się totalnej kompromitacji oraz zaprzepaszczenia rezultatów kilkudziesięciu lat pracy hodowlanej. Możliwe zresztą, że p. Skomorowski nie zamierza wychylać nosa z prezesowej kanciapy, a zarządzać stadniną będzie ktoś inny. Ale to niewiele zmieni. Różni kontrahenci postarają się podpuścić zielonego prezesa, a niektórzy podwładni też pewnie spróbują wykorzystać jego niekompetencję. Parę złych decyzji hodowlanych - przecież tam się hoduje konie, a nie produkuje pralki lub gwoździe i świetna stadnina stanie się przeciętną stadniną.*

Swoją drogą: jak idiotycznie urządziliśmy nasz świat! Lekarz z piętnaście lat musi pracować, by być pełnokrwistym lekarzem, a i potem ciągle musi się doskonalić. Nikt nie przyjmie na etat spawacza kogoś, kto spawać nie umie. Mało kto wsiadłby do samolotu pilotowanego przez, dowolnie wybitnego, historyka. Tymczasem państwami rządzą ludzie albo urodzeni we właściwych (królewskich, dyktatorskich) rodzinach, albo potrafiący oczarować wyborców. Zorganizowali tacy trzej cysorze, przykładowo, pierwszą wojnę światową. Zginęło w niej 14 mln ludzi, cysorze stracili władzę, jednemu rozpadło się państwo, drugi uruchomił rewolucję i stracił życie wraz z rodziną, trzeci otworzył wstępnie drogę Hitlerowi.

Podobno wielu ludzi w PiS mocno zirytowały decyzje p. Jurgiela Krzysztofa. Nie dziwię im się. Żeby tak inteligentnie wręczać opozycji amunicję, przedkładając ponad interesy i wizerunek części polskiej gospodarki jakieś lokalne układy towarzyskie...

Inna rzecz, że mianowanie ludzi niekompetentnych na różne stanowiska, to chyba taka polska specjalność. Przyuczeni politolodzy, historycy, urzędnicy i inni bywają prezesami spółek Skarbu Państwa. Na oko - nawet sobie radzą. Na oko, bo ich decyzje niekiedy są elementem kultu cargo - naśladowania działań spółek prywatnych. Poza tym, w szeregu dziedzinach potrzebujemy zarządców typu Henry Ford, a nie fachowców od podliczania słupków. Stagnację i marazm można próbować osiągnąć wieloma sposobami. Obsadzanie stanowisk ludźmi niekompetentnymi jest jednym ze sposobów skutecznych.

*Nie ma przepisu na powodzenie. Od lat hodujemy w Polsce konia pełnej krwi angielskiej (Thoroughbred, u nas folblut). Ostatnie sukcesy w tej hodowli odniosła, przed pierwszą wojną, Stadnina Koni Krasne. Jeśli interesuje kogoś temat, to proszę rzucić okiem na to

wtorek, 23 lutego 2016

Plan Morawieckiego jest dobry, bo jest

Najlepsze dla wzrostu gospodarczego oraz budżetu państwa są, w pewnym zakresie, dziurawe drogi. Po takich drogach nie można jeździć szybko, czyli w zdarzeniach drogowych dominują stłuczki zamiast, kosztownych dla ludzi i budżetu, wypadków z zabitymi i rannymi. Tworzą też takie drogi wielkie zapotrzebowanie na usługi remontowe i przyspieszają zużycie aut, co znakomicie zwiększa zapotrzebowanie na samochody nowe. Zaś do budżetu państwa wpływają podatki od mechaników samochodowych, producentów i sprzedawców. Budowa nowych i remonty istniejących dróg to, za wyjątkiem płatnych autostrad, topienie pieniędzy podatników w asfalcie i betonie. Z drugiej strony trochę, w miarę porządnych, dróg musi istnieć. Choćby ze względu na prestiż kraju oraz spodziewane oszczędności w zakresie opieki psychiatrycznej.

Część obwodnicy Augustowa. Zdjęcie z http://superauto24.se.pl/

Co innego koleje. Tu operator torów kolejowych pobiera stosowne opłaty od przewoźników, dzieląc się dochodami ze Skarbem Państwa. Jedyny problem to pytanie: czy PKP mają oraz będą miały kogo i co przewozić? PKP Cargo, najbardziej dochodowa spółka przewozi dziennie 400 tysięcy ton ładunków, w tym 200 tysięcy ton węgla. Przewozy pasażerskie są dość masowe w granicach wielkich aglomeracji. Twierdzenie o zabieraniu kolei pasażerów i ładunków przez transport samochodowy to typowa mniemanologia. Deutsche Bahn wożą dziennie 5,5 mln pasażerów, choć Niemcy trochę samochodów mają.

Dotychczas w Polsce nie było, w miarę kompleksowego podejścia do polityki gospodarczej. Wyznawano religię : wolny rynek wszystko rozwiąże. Wolny rynek winien istnieć i być, w miarę możliwości , bardziej wolny tam gdzie on istnieje. Czyli tam, gdzie możliwa jest wolna konkurencja tworząca nowe produkty, usługi, technologie, oferującą coraz wyższą jakość tychże przy obniżaniu ich cen. Jaka wolna konkurencja rozstrzygnie np. czy lepiej budować wstęgi szos do każdej zagrody, czy może rozwijać połączenia kolejowe? Czy wolny rynek jest w stanie określić jak zagospodarować przestrzeń RP? Niewidzialna rączka ustali jaką część pieniędzy trzeba przeznaczyć na "dostarczenie" miejsc pracy do miejscowości i regionów zamieszkałych przez bezrobotnych , a jaką na "przeniesienie" bezrobotnych w pobliże istniejących miejsc pracy? Czyli do dużych aglomeracji?

Polska, moim zdaniem składa się obecnie z segmentów, słabo przystających lub wręcz nieprzystających do siebie. Są segmenty struktur państwa, segmenty samorządowe, segmenty gospodarcze, naukowe i inne. Państwo, jako całość, ma nikły (jeśli jakikolwiek) wpływ na te segmenty. Przestrzeń Polski zabudowywana jest bez ładu i składu, każdy samorząd buduje coś u siebie (lotnisko w Radomiu!) choć niektóre budowle są równie kosztowne, co nikomu niepotrzebne. Zaś poniesione z tego tytułu koszty plus koszty utrzymania oraz kredyty są przecież ogólnopaństwowe - to tak czy inaczej pieniądze podatników.

Proszę też, dla przykładu, rzucić okiem na przemysł stoczniowy i gospodarkę morską w całości. Z jednej strony państwo usiłuje dotować ów przemysł -np. fundusz państwowy MARS FIZ w 2014 dał pieniądze (podwyższył kapitał) spółce Crist. Jednocześnie państwowa PŻM zamierza zbudować w stoczniach chińskich 18 masowców, o łącznej wartości ponad 400 mln dolarów.* Ktoś powie: PŻM działa racjonalnie i zgodnie z przepisami. Spółka tak, ale państwo - jej właściciel , nie. Państwo powinno umieć liczyć, prognozować, planować o wiele lepiej niż właściciel prywatny - ma do dyspozycji potężny aparat biurokratyczny, opłacanych przez siebie naukowców itd. Po to istnieje zarząd państwa - zwany rządem, by ów potencjał scalał.

Odrobinę lepsza współpraca i koordynacja działań ministerstw, skuteczniejszy nadzór nad podległymi strukturami, zaowocowałyby miliardami zł oszczędności (efekt synergii) rocznie . Obecnie topionych w błocie, asfalcie, betonie, piramidach (budowlach ku chwale wójta, prezydenta, burmistrza), barierkach, kreatywnej księgowości, rynkach instrumentów pochodnych i gdzie się da.

Pamiętają Państwo hałas o obwodnicę Augustowa? Budowę obwodnicy zakończono w listopadzie 2014 roku, kosztowała 659 mln zł, omija (choć nie do końca) Dolinę Rospudy, ma długość 34,5 km. Ponad 19 mln zł za kilometr. Przy czym, nie ma pewności, że ta obwodnica musiała koniecznie powstać. Przedtem, około 10 mln zł wydano na budowę elementów obwodnicy przez Rospudę i ich rozbiórkę. W 2012 roku uprawomocnił się wyrok nakazujący Skarbowi Państwa wypłacenie Budimexowi około 30 mln zł ( łącznie z odsetkami ) za zerwanie umowy o budowę obwodnicy przez Dolinę. Według GDDKiA, średni koszt budowy kilometra autostrady w Europie to 9,4 mln EUR, w Polsce 9,61 mln euro.** W Niemczech budują o prawie półtora mln euro za kilometr taniej.

Wicepremier Morawiecki przedstawił ostatnio koncepcję filarów rozwoju gospodarczego zwaną, chyba nieco na wyrost, planem. Dla mnie dużym sukcesem jest samo istnienie i ogłoszenie takiego planu. Dotychczasowe: plan Balcerowicza czy Hausnera dotyczyły w zasadzie tylko finansów, tu mamy próbę określenia koncepcji polityki gospodarczej. To bardzo istotne, moim zdaniem. Pod warunkiem kompleksowej, spójnej realizacji, pilnego monitorowania rezultatów i, w miarę szybkiego, reagowania na błędy.

Jeśli tak się stanie, to zespół wykonawców raczej szybciej niż później zderzy się z impotencją, niekompetencją, lenistwem i oportunizmem biurokracji, skutkami marnego prawa, dezorganizacją, brakiem współdziałania różnych struktur państwa, elementami kultu cargo, biciem piany i wieloma innymi negatywnymi zjawiskami . Może uda się choć niektóre z nich ograniczyć?

Co prawda, optymistą wielkim nie jestem, bo kierownictwo PiS wygląda mi na zbyt zacietrzewione ideologicznie i jego działania mogą raczej utrudniać, niekoniecznie celowo zresztą, pracę merytorycznej części rządu. Ale co mi szkodzi być małym optymistą?

*Jeśli, na przykład, cena jednostkowa masowca z Chin stanowi 25% ceny, żądanej przez polskie stocznie, to ładowanie pieniędzy w polski przemysł stoczniowy nie ma sensu.
** Raport GDDKiA

czwartek, 18 lutego 2016

Możliwa cena mołojeckiej sławy

Cel podróży ministra Waszczykowskiego do USA wygląda mi trochę na dywanikowe wezwanie lub próbę tłumaczenia się z uchybień krajowych. Bo sam minister przyznał, że sekretarz stanu, wprawdzie podobno na marginesie ale jednak, wspomniał o Trybunale Konstytucyjnym oraz pochwalił za Wenecję. Wątpię, by pan John Kerry dowiedział się o wszystkim czytając prasę, od tego ma ambasadora. Pani premier Szydło z kolei , wiedziała przecież po co wpadli do nas pani Victoria Nuland i p. Daniel Fried. Biorąc powyższe pod uwagę, nie jestem przekonany o właściwym tonie odpowiedzi na list senatorów USA. Którą to odpowiedź można streścić: "a odpieprzcie wy się od nas".

Fretkę to wszystko najwyraźniej nudzi

Bo choćby taki szczegół: bardzo wątpię, by parlamentarzyści USA szczególnie interesowali się wydarzeniami akurat w Polsce. Natomiast nie wątpię, że wszyscy bez mała, zainteresują się odpowiedzią rządu polskiego na list senatorów. Później Senat USA może np. rozpatrywać transfer do Polski nowoczesnych technologii, choćby w ramach offsetu przy zakupie Patriotów ( że co, że nie kupimy? Eee tam.) i skończy się jak poprzednio. Wojowanie ze wszystkimi stanowi, moim zdaniem, dość dziwaczną metodę pogłębiania (?) suwerenności. Elektorat się wprawdzie cieszy (notowania PiS rosną), ale po co PiS-owi obecnie wysokie, sondażowe poparcie? Chcą przeprowadzić przedterminowe wybory, by uzyskać około 100% głosów i zmienić Konstytucję, wprowadzając zapis o kierowniczej roli partii?

Zresztą Polska jest tak suwerenna jak ja młody, piękny, zdrowy i bogaty i kłótnie ze wszystkimi niczego nie zmienią. Podstawę suwerenności stanowi możliwie duża, rozwijająca się gospodarka, o czym warto systematycznie przypominać - a nuż kiedyś większa połowa (połowy są równe, jakby ktoś pytał) wyborców to zrozumie. Poczynania PiS zirytowały nawet prof. Staniszkis. Pani profesor, od zawsze popierająca PiS, użyła onegdaj mało dyplomatycznych wyrażeń, by wyrazić swoją dezaprobatę.

Pomijając kwestie ustrojowe, już stosowane metody mianowania wyższych urzędników i menadżerów osłabiają państwo, a podobno PiS zamierza je wzmocnić. Nowy szef policji ustawia swoich, po czym odchodzi i kolejny pracowicie ich zmienia. Przecież to bardzo skutecznie osłabia morale policjantów. Żadne osiągnięcia, zasługi się nie liczą, natomiast liczą się znajomości i diabli wiedzą co jeszcze. Podobnie jest gdzie indziej. Można, moim zdaniem, zrezygnować z, mocno fikcyjnych konkursów, ale nie można zrezygnować z kryteriów.

Lepsze jakiekolwiek niż żadne. Niechby mianowani kandydaci umieli pisać wiersze, szczególnie stosowne hymny pochwalne albo zwyciężyli w biegu na 5 km z przeszkodami, dysponowali zaświadczeniami od proboszczów o systematycznym uczestnictwie w niedzielnych mszach, mieli nie więcej niż 167 cm wzrostu itp. Bo jeśli ludzie nie wiedzą co mają zrobić, by dostać posadę oraz ją utrzymać, to na każdym stanowisku państwowym będą głównie kombinować co zrobić, by nic nie robić, a szybko zarobić. Oraz wyrabiać sobie pozycje gdzie indziej. Trochę podobnie jak polscy królowie z importu - etat króla Polski bywał dla nich jedynie trampoliną do załatwiania spraw gdzie indziej.

Wracając do polityki zagranicznej: nie zawsze i nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że polityka zagraniczna, jak życie człowieka zresztą, składa się z wielu małych kroków, decyzji, czynności, wypowiedzi. Oby kolejny Minister Spraw Zagranicznych którejś RP nie musiał ogłaszać w Sejmie, że "jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor". Przy czym, jak zwykle, nikt poza nami nie zastosuje honoru jako podstawy własnej polityki zagranicznej. Czy zdobycie i utrzymanie mołojeckiej sławy wśród elektoratu jest warte takiej ceny?

sobota, 13 lutego 2016

Kognitariat i digitariat - nowe zjawiska czy tylko modne terminy?*

Czemu wielu agresywnych matołków, czyli komentatorów nie rozumiejących przeczytanych tekstów i obwiniających o to autorki/autorów (często lżąc ich przy okazji) można spotkać na portalach, forach ogólnych, za to prawie nie występują na tematycznych? Jedną z przyczyn jest prawdopodobnie język przekazu - na portalach ogólnych bliski powszechnie używanemu, na tematycznych, sygnalizujący konieczność posiadania stosownej wiedzy (trzeba wiedzieć co to adenozynotrójfosforan, ATP) lub doświadczenia (nawet agresywny matołek zrozumie, że nie ma nic do powiedzenia, jeśli nie jest matką małego dziecka albo odnośnym fachowcem ). Powszechnie wiadomo: czytania ze zrozumieniem nie można się po prostu nauczyć na paru godzinach zajęć. To dość długi proces, polegający na ciągłym powiększaniu, przez czytanie i stosowanie, własnego zasobu słów. Podobno przeciętny Polak zna kilkanaście tysięcy słów. Polak w miarę wykształcony (oczytany) zna biernie trzydzieści tysięcy i więcej.

Szamani w Tuwie witają Słońce w ceremonii San salyr. To kognitariat przyszłości?
Media współczesne starają się jak mogą zdobyć możliwie największą liczbę odbiorców, między innymi, poprzez maksymalne upraszczanie i spłycanie przekazu. Tak, by do jego zrozumienia wystarczał, możliwie niewielki, zasób słow. Bo wielka ilość odbiorców przekłada się na wielkie zyski. Poza tym, zwłaszcza media internetowe, analizując zachowania i reakcje ponad miliarda ludzi, zdobywają wiedzą pozwalającą sterować popytem na towary i usługi. Te i inne zjawiska - np. dla mediów, w opisanym kontekście, wypowiedź czternastolatka jest równie (nie)ważna jak wypowiedź eksperta ze sztucznymi zębami, skłania niektórych naukowców i zwykłych myślicieli do stawiania tez o umieraniu wiedzy, wiedzy jako balaście, popwiedzy, hodowaniu digitariatu przez kognitariat. Na poparcie owych tez stawiane są przykłady wypowiedzi ludzi, zwanych w mediach ekspertami , znających się na wszystkim czyli na niczym. Narzeka się przy tym na brak autorytetów albo przynajmniej na wiarę mas, że ich zdanie liczy się tak samo jak zdanie autorytetów.

Pytanie, czy kiedyś było lepiej? Moim zdaniem, nie. Podstawową różnicę między kiedyś a dzisiaj stanowi istnienie Internetu. Sieć ma taką pojemność, że zmieści dowolną ilość tekstów pisanych, obrazów, innej grafiki, filmów, muzyki, innych plików dźwiękowych dowolnej jakości . Ponieważ każda i każdy może coś skrobnąć, namalować, sfilmować i umieścić to w sieci, diabli wzięli szereg monopoli. W przedinternetowych czasach, ze względu na ograniczoną pojemność nośników wszelkiej informacji, ograniczone możliwości ich dystrybucji, o treściach udostępnianych całej ludności oraz poszczególnym grupom (także uczniom czy studentom) decydowali nieliczni (nie mam na myśli cenzorów). Obecnie nie decyduje nikt, choć nie tylko dyktatorzy próbują zakres owych treści ograniczyć, przynajmniej lokalnie. Drugą różnicą, ale tylko w krajach rozwiniętych, jest niebywały rozwój sił wytwórczych. Gospodarki tych krajów muszą wytwarzać i sprzedawać więcej i więcej coraz to nowszych (a przynajmniej reklamowanych jako nowsze) towarów i usług. Bo stagnacja oznacza kryzys - rozpędzone gospodarki, zasilane strumieniami, kreowanych przez systemy finansowe, pieniędzy, mogłyby się wręcz rozpaść, pociągając za sobą społeczeństwa i państwa.

Na tę okoliczność, moim zdaniem, nikt na razie nie postawił nawet diagnozy, o terapii nie wspominając. Bo trudno mi uznać za diagnozę narzekania na konsumpcjonizm, globalizację i złych finansistów. Poza tym popwiedza jest lepsza od niewiedzy. Przy czym popwiedza dotyczy raczej nauk, nie do końca naukowych - ekonomii, socjologii, psychologii i pokrewnych. Być może to jedynie reakcja na niewielką zdolność tych nauk do opisania rzeczywistości oraz prognozowania wydarzeń. Trudno mówić o popwiedzy w naukach ścisłych, technicznych, medycznych. Digitariat istniał od zawsze, tyle że wcześniej nazywano go proletariatem, a jeszcze wcześniej chłopami pańszczyźnianymi ( u nas trzeba doliczyć jeszcze szlachtę zagrodową).

Na pewno dzisiejszy stan rzeczy spowoduje znaczące zmiany w przyszłości. Jakie, raczej pozytywne czy negatywne? Tego nie wie nikt. Na negatywną wygląda, już postępująca, utrata przez młodych ludzi wiedzy, nazwijmy ją pierwotną. Nie muszą wiedzieć, nawet z grubsza, jak coś działa - smartfon, z bardzo prostym interfejsem użytkownika, załatwi prawie wszystko , podpowie co trzeba, skieruje gdzie trzeba. Ale czy to źle? Nie wiem, w przeszłości też zbyt wielu ludzi nie garnęło się szczególnie do zdobywania, w pocie czoła, wiedzy i umiejętności.

Czytam wypowiedzi różnych naukowców społecznych, zajmujących się różnymi aspektami funkcjonowania społeczeństwa i wydaje mi się, że ich wiedza jest wciąż zbyt mała, zbyt wąska. Pracując oddzielnie w swoich specjalnościach nie potrafią dostrzec i opisać całości. Rozwiązaniem byłaby interdyscyplinarność w naukach społecznych- wręcz interdyscyplinarna nauka społeczna. Pisze się o tym i mówi od dawna, ale to chyba zbyt tytaniczna i dla nikogo nieopłacalna praca. Już o wiele łatwiej można by zjednoczyć PiS i PO. Na razie, polscy politycy i tak nienajlepsi w Europie, praktycznie nie mają w miarę solidnego zaplecza intelektualnego. Przy czym naukowcy społeczni, narzekając na niechęć do prawdziwie eksperckich, czyli możliwie zniuansowanych wypowiedzi, nie bardzo zdają sobie sprawę po co właściwie decydentom ekspertyzy oraz nie pamiętają, że prócz nauk społecznych są też inne, np. techniczne. Komu i do czego potrzebna jest ekspertyza: to może być opłacalne albo i nie, to da radę zrobić, choć być może rzecz jest niewykonalna? Owszem, opis czy ocena twórczości artystycznej, dzieła sztuki rzadko bywają jednoznaczne czy jednozdaniowe, ale rola tej twórczości nie polega jedynie na byciu towarem usługą czy technologią.

Wracając do agresywnych matołków - nie wiem czy ich istnienie stanowi dowód na upadek tego świata, na co narzekają niektórzy naukowcy i publicyści. Moim zdaniem, oni (matołki) istnieli od zawsze, a internet jedynie umożliwił im pojawienie się w przestrzeni publicznej oraz radość, że stanowią dużą kupę, także kupę luda. Lecz przecież internet nie jest ich. Każda i każdy może stworzyć swój portal, stronę, blog, forum, grupę dyskusyjną, społeczność i starać się przyciągnąć czytelników, uczestników, zwolenników - ludzi którzy mu odpowiadają. Kognitariat też gdzieś musi się spotykać i dyskutować. Jeśli istnieje.

*Pojęć: kognitariat, digitariat w powyższym znaczeniu użył dr hab. Kazimierz Krzysztofek w wywiadzie Inni, np. Franco Berrardi, przydają pojęciom nieco inne znaczenie, a Ignacy Fiut, Marcin Habryń z AGH chyba zamienili pojęcia miejscami? Według Tomasza Szlendaka z 2006, digitariat to klasa cyfrowych rzemieślników.

środa, 3 lutego 2016

Odstraszanie potencjalnego agresora: metodą jeżozwierza czy jeża?

Pan Stanisław Pięta, obecnie poseł, za czasów PRL przygotowywał z kolegami powstanie i ,w ramach owego przygotowania, podobno ukradł portmonetkę z czyjegoś malucha. Być może powstania to jego żywioł, bo onegdaj proponował zorganizowanie w Polsce sprawnie działającej partyzantki, na okoliczność agresji rosyjskiej. Można to nazwać folklorem, niestety nie tylko poseł Pięta roztacza kapitulancką wizję obrony Polski przed agresją militarną.

Wikipedia. Prawie zamaskowany snajper.

Moim zdaniem, w dzisiejszych czasach, trzeba koncentrować wysiłek na niedopuszczeniu do agresji. Założenie, że wróg najpierw zajmie nasze terytorium, a następnie będziemy z nim bohatersko walczyć (może jak w powstaniu styczniowym: mróz 15 stopni, śniegu po pas, a my w żyto?), licząc ewentualnie na kontrofensywę sojuszników ,to zgoda na samobójstwo. Już moc konwencjonalnych środków walki jest wystarczająca, by zrujnować kraj, a prawdopodobieństwo nieużycia operacyjnej broni jądrowej* (oczywiście, jedynie na naszym terytorium, próbując tak uniknąć wojny globalnej) jest zbliżone do zera. Czyli odstraszanie, inaczej zniechęcanie potencjalnego agresora , winno być myślą przewodnią polityki obronnej RP.

Pytanie, jak odstraszać:
1.sposobem jeżozwierza - tylko spróbuj, a wystrzelę moje piekielnie bolesne igły w twoim kierunku (tak naprawdę, jeżozwierz nie potrafi świadomie strzelać igłami);
2. sposobem jeża - spróbujesz zaatakować, pokłujesz się igłami i nic nie osiągniesz (podobno lis ma sposób na jeża).
Stawiam tezę: obecnie nie istnieje skutecznie odstraszająca, pojedyncza, konwencjonalna broń ofensywna (masa to co innego). Różne rakiety mogą sobie mieć zasięg 1000 i więcej km (swoją drogą, filozofujący o potrzebie ich posiadania przez MW, na przykład, mogliby wziąć mapę i cyrkiel i zobaczyć gdzie taka rakieta doleci), ale co może zniszczyć głowica, załóżmy, z toną przeliczeniową TNT? (Głowice jądrowe rakiet manewrujących mogą mieć moc 200 tysięcy razy większą). Koszty zakupu i utrzymania wysokie, a efektywność niewielka. Ktoś zauważy: głowice jądrowe, w razie zagrożenia, moglibyśmy otrzymać od Amerykanów. Obecnie nie ma takiej opcji. Zresztą, poza wszystkim, takie założenie oznaczałoby utrzymywanie przez nas kosztownych atrap, które Amerykanie zechcą albo i nie zechcą zamienić na broń.

Moim zdaniem, skuteczną i możliwą do zrealizowania przez nas koncepcją odstraszania jest jeż. Do tego potrzeba, po pierwsze, porządnej obrony powietrznej. Niekoniecznie zdolnej od razu do niszczenia wszelkich środków napadu, np. rakiet Iskander. Na początek chodzi o to, by byle samoloty nie wchodziły w naszą przestrzeń powietrzną, odpalając bezkarnie pociski bez wchodzenia w strefy ognia nielicznych środków obrony. Po drugie, potrzeba silnego lotnictwa wojsk lądowych, czyli głównie śmigłowców bojowych. Bo raczej nie dotrzymamy kroku Rosji w ilości dywizji, ale śmigłowce, zwłaszcza uzbrojone w rakiety o zasięgu większym niż zasięg większości środków przeciwlotniczych wojsk lądowych przeciwnika, mogą skutecznie niwelować jego przewagę na określonych kierunkach.
Bardzo istotny jest kompleksowy system dowodzenia, w tym rozpoznania. Najlepiej czasu realnego i odporny na zakłócenia.
Efektywne środki i metody walki radioelektronicznej mogą wręcz sparaliżować dowolnie finezyjny system dowodzenia przeciwnika.

Odpowiedzialni za rozwój SZ powinni też zdawać sobie sprawę z kierunków rozwoju współczesnych sił zbrojnych: robotyzacji, automatyzacji, zdalnego sterowania uzbrojeniem i sprzętem i innych. To działa wielostronnie, na przykład załoga czołgu z bezzałogową wieżą czy operator wyrzutni pocisków przeciwpancernych ukryty w okopie. walczą efektywniej, bo z mniejszą obawą o swoje życie i zdrowie.

Siły obrony terytorialnej mogą istotnie zwiększać nasze możliwości obronne, jeśli zostaną uzbrojone w niewyszukane, ale skuteczne uzbrojenie i sprzęt oraz będą się systematycznie szkolić. Przy nieprawdopodobnej ilości środków rozpoznania - od satelitów, przez samoloty, drony itp., bardzo istotne jest maskowanie, pozorowanie i wszelkie inne sposoby dezinformowania przeciwnika. Jednostki obrony terytorialnej mogą być tu bardzo przydatne - tworząc fałszywe obiekty, maskując rzeczywiste, grając SD sojuszników a też wydając rozkazy przeciwnikom.

Zapytacie Państwo: po co ja właściwie napisałem ten tekst? Odpowiadam: właśnie ze względu na dziwaczne dla mnie poglądy pana posła Pięty i wielu innych polityków, że o prawdziwych patriotach głoszących gotowość umierania za Ojczyznę nie wspomnę. Obronność, jak zresztą wszystkie obszary działania społeczeństwa i państwa jest dziedziną dość złożoną i nie może być odfajkowana pomysłem nieekologicznego biegania po lasach i parkach, osobliwie narodowych.

*Właściwie podział broni jądrowej jest nieostry. W odniesieniu do traktatów mówi się o strategicznej i taktycznej ( inaczej niestrategicznej ) broni jądrowej.