czwartek, 29 października 2015

Sytuacja wokół nas się komplikuje

Niedawno amerykański niszczyciel rakietowy USS Lassen celowo (potwierdził to sekretarz obrony USA), przepłynął w pobliżu dwóch wysp archipelagu Wysp Spratly na Morzu Południowochińskim. Chińska Republika Ludowa uznaje Wyspy Spratly za część swojego terytorium. Nie zgadzają się na to inne państwa regionu i USA. W odpowiedzi na działania Amerykanów, MSZ ChRL wezwało ambasadora USA, wręczając mu stosowny protest. Niezależnie, Chińczycy budują sztuczne wyspy, rozbudowują infrastrukturę na wyspach archipelagu, w tym infrastrukturę militarną.

Wyspy Spratly.Zielona linia: granica wód terytorialnych ChRL (choć tu Chińczycy nie są konsekwentni - raz mówią o wodach terytorialnych,innym razem o strefie ekonomicznej. Źródło:BBC

Morze Południowochińskie i Wschodniochińskie są kluczowe dla chińskiego handlu. Spośród 15 największych portów świata w 2011 roku, dziesięć znajdowało się w Chinach. Ewentualny przeciwnik - czyli USA(inni się nie liczą), mógłby łatwo zablokować większość chińskich portów. Marynarki wojennej, zdolnej stawić czoło US Navy, Chiny szybko nie zbudują. Koncentrują się więc na konstruowaniu rakiet przeciwokrętowych dalekiego zasięgu oraz budowie infrastruktury na Morzu Południowochińskim. Świetnym dla nich rozwiązaniem byłoby przyłączenie Tajwanu. Sąsiedzi Chińskiej Republiki Ludowej obawiają się oczywiście wzrostu jej potęgi, bo oznacza on groźbę dominacji politycznej Państwa Środka w regionie. Liczą na Stany Zjednoczone.

USA wyzwanie podjęły, ale na dłuższą metę, rejsy dowolnych okrętów US Navy nie powstrzymają Chińczyków przed rozbudową infrastruktury militarnej na Wyspach Spratly. Pewnie w końcu Amerykanie przystąpią do budowy baz np. w Wietnamie albo zastosują inne rozwiązania. Tak czy inaczej, ich zaangażowanie w Europie zmaleje, zresztą już obecnie na naszym kontynencie bazuje około 30 tysięcy amerykańskich żołnierzy - dziesięć razy mniej niż w szczycie zimnej wojny. Nie wiadomo też, jak zmieni się polityka USA po wyborach prezydenckich w 2016 roku. Ubiegający się o nominację z ramienia Republikanów Donald Trump,na przykład, dopuszczenie do zbliżenia Chin z Rosją uważa za duży błąd, proponuje dogadać się z Moskwą, neguje znaczenie Ukrainy dla USA. Stan Unii Europejskiej każdy widzi.

W sumie: sytuacja wokół nas jest dosyć skomplikowana , a może się skomplikować bardziej. Jaką politykę zagraniczną powinna teraz prowadzić Polska? Nie wiem. Oczekuję jedynie, że będzie to polityka propolska, oparta na wiedzy o tym co, kto, jak i dlaczego, a nie na mniemanologii, w miarę racjonalna, a nie bazująca na ideologii, fobiach czy teoriach spiskowych.

wtorek, 20 października 2015

Należy rozwijać co się ma, a nie marzyć o cudownych odkryciach i technologiach w nieistniejących u na dziedzinach

Niedawno prof. Kołodko, który wydaje mi się ekonomistą "czującym" gospodarkę powiedział: "Polska gospodarka nie może opierać się na służbach mundurowych, wieprzowinie i węglu zamiast na wiedzy… Trzeba zwiększać nakłady, ale na naukę, oświatę i służbę zdrowia ". Nakłady na wymienione dziedziny dobrze byłoby zwiększyć, byle nie mechanicznym dosypywaniem pieniędzy z budżetu. Pieniądze, zwłaszcza na naukę, powinna dołożyć gospodarka, płacąc za nowe technologie, projekty, innowacje. Przeciwstawianie wojska, węgla i wieprzowiny wiedzy sugeruje, że Caracale i inne kupuje się bezwiednie, węgiel kopią górnicy kilofami i łopatami itd.

Prototyp Aermacchi M-346 Wikimedia Commons zdj. SCDBob. Ten samolot zakupiliśmy jako następcę PZL TS 11 Iskra.

Gospodarka oparta na wiedzy polega generalnie na nakłanianiu naukowców do prowadzenia badań zapewniających tworzenie nowych technologii, know how, optymalizacji organizacji produkcji i usług oraz na tworzeniu sieci gromadzących, przetwarzających i zapewniających dystrybucję wiedzy i informacji (danych). Kiedyś naukowcy badali obszary rzeczywistości wedle własnych zainteresowań, dzisiaj (przynajmniej teoretycznie) winni znajdować nowe rozwiązania dla gospodarki i społeczeństwa.

Wojsko, a właściwie przemysł zbrojeniowy, tworzy doskonałą przestrzeń dla rozwoju nowych technologii i szeroko pojętej innowacyjności. Ponieważ państwo, tak czy inaczej, wydaje duże pieniądze na uzbrojenie, wyposażenie i utrzymanie sił zbrojnych. Znaczną część tego uzbrojenia i wyposażenia należy po prostu zamawiać i kupować w kraju. Że u nas, jak to u nas, musi być burdel na każdym kroku, to inna sprawa. Przykładem armatohaubica Krab. Program rozpoczęto w 1991 roku, potem były problemy finansowe, następnie producent nie potrafił sobie poradzić z pękaniem podwozia, spalinami w środku, przeciekającym silnikiem i w końcu zakupiono podwozie w Korei. Nie, na razie nie w Północnej, w Południowej.

Teoretycznie, jeśli w kraju istnieje wielki sektor gospodarki - jak u nas górnictwo węgla kamiennego, powinna też istnieć odpowiednia gałąź przemysłu, zaopatrująca ów sektor we wszystko co niezbędne. Oraz porządne zaplecze naukowe i badawczo -rozwojowe pilnie poszukujące nowych technologii wydobycia i przetwórstwa węgla, oferujące nowe rozwiązania w zakresie organizacji pracy, bezpieczeństwa pracujących itd. Przemysł górniczy, mając duży rynek krajowy, na którym zdobywa wiedzę i doświadczenie, winien też eksportować znaczne ilości sprzętu . Nasz przemysł jakoś nie błyszczy. Sprzedają maszyny i urządzenia do Chin, Rosji, Argentyny i gdzie indziej, ale wartość eksportu to zaledwie kilkadziesiąt milionów dolarów. Jeszcze mniej błyszczy zaplecze naukowe i badawczo - rozwojowe górnictwa. Czy w kopalniach, zwłaszcza tych szczególnie zagrożonych wybuchem metanu, nie powinny pracować roboty i automaty wydobywcze? Podobno w KWK Pniówek pracuje od 2012 roku automatyczna ściana węglowa... Przez lata dla górnictwa nie opracowano nowych technologii, nie uzyskano też żadnego postępu w obniżce kosztów wydobycia.

Produkcja wieprzowiny i produkcja żywności w ogóle nie może być zastąpiona sieciami zbierającymi i przekazującymi wiedzę. Bo nawet programiści, podobno, czasem muszą coś zjeść. Wieprzowinę można wytwarzać, niszcząc środowisko odpadami, szczególnie gnojowicą. Można też wykorzystywać wszelkie produkty z korzyścią dla środowiska i ludzi też. Bardzo celowe byłoby wyeliminowanie świń z łańcucha produkcyjnego wieprzowiny.

W sumie: w pierwszej kolejności trzeba pogłębiać wiedzę, dokonywać odkryć, tworzyć nowe technologie, rozwijać innowacyjność w sektorach gospodarki już istniejących u nas, a nie marzycielsko liczyć na cud, w postaci pojedynczego odkrycia czy pojedynczej technologii. Bo liczy się końcowy produkt, który może być użytkowany. Na przykład karabin Kałasznikowa,( a nie tylko suwadło z tłokiem gazowym), głowica jądrowa, telefon komórkowy, motocykl Harley-Davidson.
Tu trzeba zauważyć: posiadanie niezbyt dużych zasobów w postaci kadry, aparatury badawczej i przemysłu plus idiotyczne polskie piekiełko, nie gwarantuje sukcesu. Przykładem próba wyprodukowania następcy samolotu PZL TS 11 Iskra. * Nawiasem: zakupione we Włoszech, za 280 mln dolarów, samoloty Aermacchi M-346 są oparte na konstrukcji Jaka -130.

Polskie zasoby są naprawdę szczupłe** i sukces w tym czy w tamtym możemy odnieść jedynie koncentrując wysiłek na wybranych dziedzinach. Oraz działając konsekwentnie, systematycznie, poskramiając wybujałe ambicje i oczekiwania szefów struktur państwowych, (np. SZ RP). To musieliby czynić politycy. Niestety, wątpię czy oni chcą i potrafią.
* Krótka historia Irydy
** Na przykład, w latach siedemdziesiątych otrzymaliśmy z Wietnamu samolot F-5E. Przymierzano się do skopiowania silnika tego samolotu, ale okazał się zbyt technologicznie zaawansowany...

sobota, 17 października 2015

Prawicowy gołodupiec, to kiedyś oksymoron, a dzisiaj?

Podobno Polacy stają się coraz bardziej prawicowi. Powinno mnie to cieszyć - bo Amerykanie, którzy zbudowali potęgę USA, na pewno nie byli lewicowcami. Biali protestanci, nie oglądający się na pomoc państwa czy kogokolwiek, odpowiedzialni za siebie i swoje rodziny, pracowicie budowali swój dobrobyt i moc swojego państwa. (Oczywiście, o amerykańskim sukcesie zdecydowało szereg czynników, w tym obfitość łatwo dostępnych surowców, położenie geograficzne i inne.) Nasza prawica, zresztą współczesna prawica i lewica w ogóle, znacznie się różnią od tych historycznych. Prawdziwy polski prawicowiec, moim zdaniem, winien posiadać majątek o wartości przekraczającej 3 mln zł (bo niebogatym krajem jesteśmy) oraz mieć miesięczny dochód powyżej 10 tysięcy zł. W ostateczności może nie mieć majątku, ale mieć odpowiedni dochód.

Demonstruje tzw. prawica polska. Zwana też skrajną prawicą

Tymczasem u nas za prawicę uważają się ludzie o poglądach konserwatywnych, niekochający kochających inaczej, wierzący w zamach smoleński, często nacjonaliści (narodowcy), niekiedy zwyczajni rasiści i prości antysemici oraz przeciwnicy imigrantów. To w sumie (za wyjątkiem rasizmu i antysemityzmu) światopoglądowe duperele. Ci prawicowcy tyle mają wspólnego z historyczną amerykańską prawicą, co kantowanie z Kantem. Historyczna lewica z kolei , generalnie usiłowała przymusić kapitalistów do podzielenia się częścią dochodów z pracownikami. Dzisiaj lewica, także europejska głosi miłość do kochających inaczej, wprowadza poprawność polityczną i zajmuje się innymi światopoglądowymi duperelami.

Prawica polska (za wyjątkiem paru procent zwolenników JKM) oraz polska lewica krytycznie oceniają tych chciwych, samolubnych i okropnych kapitalistów i tylko szukają sposobów by im przywalić. Albo przynajmniej skierować na drogę cnoty, polegającą z grubsza na zawierzeniu Kierowniczej Sile państwa i społeczeństwa. Kierownicza Siła wie, co jest dobre dla Polski i niewątpliwie zapewni wszystkim, a przynajmniej Prawdziwym Polkom i Polakom zbawienie na ziemi (zanim dostąpią wiecznego).

Przy czym lewica usiłuje zapomnieć o marksizmie, (który ewidentnie nie sprawdził się w praktyce) i nie ma nawet zarysu teorii przynajmniej opisującej współczesne społeczeństwo. Liczy głównie na państwo. Prawica też nie ma teorii, ale ona z lubością tłumaczy stan rzeczy teoriami spiskowymi . Układy, agenci, zamach, kondominium, przekręty, powszechna korupcja, spiskowanie innych państw przeciwko Polsce - część z tych zjawisk na pewno istnieje i szkodzi Polsce, ale to nie one decydują o naszej słabości. Owe złe zjawiska ma zlikwidować państwo.

Jakby nie patrzeć, nasza prawica i nasza lewica, to zaledwie namiastki, bardzo istotnych kiedyś, ruchów społecznych. Namiastki z marnym zapleczem intelektualnym, wręcz idiotycznie przeceniające możliwości państwa. Tak jakby nie było Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej - państwa, które usiłowało być omnipotencjalne. Że co, że powtórki PRL nie będzie, bo np. III (IV) RP nie ustala ani ilości, ani cen towarów i usług? Przyjdzie na to czas, zresztą ceny grup towarów już są korygowane za pomocą VAT i akcyzy. Poza tym, zamiast cen można korygować siłę nabywczą ludności w odniesieniu do grup towarów i usług oraz grup ludności (np. dopłatami bezpośrednimi dla rolników).

Przekonanie, że państwo ma rozwiązywać problemy ludzi, grup społecznych i społeczeństwa opiera się na, być może domyślnym, założeniu: tworzymy raczej chaotyczny tłum bezwolnych jednostek niż zbiorowość odpowiedzialnych za siebie, usiłujących osiągnąć zaplanowane cele osób, budujących określone struktury społeczne. Może część ludności sądzi, że przynależy do chaotycznego tłumu bezwolnych jednostek i pilnie oczekuje bata oraz marchewki. Niestety, nie jest to żadna recepta na poprawę jakości życia Polek i Polaków oraz budowanie silnej Polski.

środa, 14 października 2015

Czy jesteśmy paranoidalnymi schizofrenikami?

Istnieje sąd (nie pamiętam czyj), o większym niż gdzie indziej udziale w naszej populacji osób chorych na schizofrenię, osobliwie paranoidalną. Może jest to jakieś wytłumaczenie naszych, niewytłumaczalnych zachowań społecznych? Wrogość wzajemną partii politycznych da się uzasadnić racjonalnie. Jedni bardzo chcą mieć dalej konfitury, inni starają się do nich dorwać za wszelką cenę. To dla stron jedyna możliwość uzyskiwania dużych dochodów, przecież poza politykowaniem nasi politycy niczego, w zasadzie, robić nie potrafią. Dlaczego jednak owa międzypartyjna wrogość przenosi się z taką łatwością na znaczną część ludności?

Władysław Skoczylas Śpiący rycerze. Czy zostaną niebawem zmobilizowani?
Rozumiałbym to, gdyby partie istotnie się różniły. Na przykład Partia Komunistyczna głosiłaby konieczność nacjonalizacji wszystkiego co się da i upaństwowienia pozostałości, zaś Partia Liberalna proponowałaby prywatyzację wszystkiego co się da oraz sprzedaż pozostałości. Albo różne partie reprezentowałyby wyraźnie interesy różnych klas, warstw i grup społecznych (zawodowych). Jedna: klasy robotniczej lub pracowników czy mieszkańców miast. Druga hołubiłaby przedsiębiorców i ludzi przedsiębiorczych, traktując resztę jako nawóz historii. Trzecia głosiłaby przodującą rolę społeczną mieszkańców małych miejscowości, jako nosicieli prawdziwych wartości tudzież ludzi aktywnych, decydujących o rozwoju kraju.

Żeby choć w ocenie roli i znaczenia wielkich i dużych grup społecznych realnie istniejące partie się różniły. Któraś, przykładowo, wysoko oceniałaby poziom polskiej oświaty, bijąc głębokie pokłony nauczycielstwu polskiemu. Inna, krytykowałaby poziom oświaty, głosząc konieczność znacznego podwyższenia jakości nauczania i poziomu nauczycieli. Następna żądałaby likwidacji nierentownego górnictwa węgla kamiennego ( w domyśle - również górników), wskazując przy tym grupę społeczną (zawodową), która na owej likwidacji zyskałaby najbardziej (Ględzenie o zyskujących podatnikach mnie irytuje - nikt, nawet z grubsza, nie policzył ile i przez ile lat podatnicy musieliby dopłacać do likwidowanej branży. Swoją drogą, nieudolność kolejnych rządów odnośnie górnictwa jest nieprawdopodobna).

Tymczasem, istniejące u nas partie polityczne nie różnią się niczym, co może mieć realny wpływ na poziom i jakość życia ogółu wyborców. Owszem, zwycięstwo PiS będzie miało znaczenie dla, mnie więcej, trzystu tysięcy ludzi, którzy zastąpią, na zazwyczaj dobrze płatnych stanowiskach, obecnych nominantów PO i PSL (publicyści i dziennikarze tzw. prawicowi pewnie czekają niecierpliwie na miejsca w TVP oraz innych, wciąż wcale licznych , instytucjach państwowych). Zaś utrzymanie się PO przy władzy, uchroni część obecnych prezesów, dyrektorów i pracowników przed utratą dochodów oraz prestiżu.

Ale czego oczekują od zwycięzcy wyborów przeciętni wyborcy? Nie wiem, ilu z nas wciąż cieszą obietnice polityków. "Rozdających" podatnikom, po uważaniu, pieniądze, zabrane im wcześniej. Ilu chce wygranej PiS/PO wyłącznie jako kibice (oby nasi wygrali!). Ilu będzie głosować na PIS przeciw PO i odwrotnie? Jak mocno ważą na podejmowanych przez nas decyzjach wyborczych (durnowate) kwestie światopoglądowe? Moim zdaniem, jako zbiorowość, społeczeństwo, jesteśmy wyjątkowo podatni na baśnie i fikcyjne "filozoficzne" problemy (gender, in vitro, aborcja, polityka historyczna), przynajmniej wśród społeczeństw państw w miarę rozwiniętych. Wątpię, by Amerykanie, Brytyjczycy, Niemcy, Francuzi i inni dali się, tak jak my, zagdakać różnymi światopoglądowymi pierdołami, baśniami , podziałami typu: młodzi i wykształceni z miast, kontra starzy i niewykształcani ze wsi , przemysłem pogardy i innymi głupotami, zwłaszcza gdy rzeczywistość tu i ówdzie skrzeczy.

Propaganda polityczna opiera się na symbolach. Niektórzy uczeni w piśmie twierdzą, że w kampanii przed wyborami parlamentarnymi 2015 roku ścierają się różne Polski. Nie różne wizje Polski, a właśnie różne Polski. Jak to możliwe, skoro w realnym świecie istnieje tylko jedna Polska? (To takie państwo w Europie Środkowej, zamieszkałe przez 38,5 mln ludzi, obejmujące terytorium 321 679 km kwadratowych między Bałtykiem i Sudetami oraz Karpatami). Jeśli istnieje, tu i teraz, Polska realna, to ta druga Polska musi być mityczna. Znaczna część naszej, tzw. prawicy wierzy (albo udaje, na jedno wychodzi ) w istnienie Polski mitycznej. Będąc przy tym przekonana, że to Polska prawdziwa , a jeśli nawet nie, to prawdziwa być powinna. Nie znają rzeczywistego potencjału naszego państwa lub go ignorują. Gotowi są więc prowadzić politykę "mocarstwową", która zgubiła już II Rzeczpospolitą. Widzą tę swoją Polskę "okupowaną", szykują się do jej "wyzwolenia", chcą walczyć z korupcją, która podobno przeżera nasz kraj ( według rankingu Transparency International, Polska zajmowała w 2014 roku 35 miejsce na 175 państw - im korupcja mniejsza, tym miejsce wyższe) itp. Jeżeli wierzą w to co mówią, będą zmuszeni prowadzić w Polsce wojnę narodowo - wyzwoleńczą.

To nie jest całkiem nieprawdopodobne, zważywszy że czołowy prawicowy ideolog - poeta uznał, zdaje się, Tadeusza Rejtana za jedynego prawdziwego Polaka w swoim czasie. Od reszty niby - Polek i Polaków należało wtedy nasz umęczony głupotą i paranoją kraj, wyzwolić? Pisząc poważniej: prawica źle rozpoznaje przyczyny trwonienia przez nas czasu i innych zasobów. Istotniejsze niż korupcja (którą zwalczać trzeba) są niskie kompetencje polityków i wysokich urzędników, złe prawo, wadliwe struktury państwa i inne. Jeśli PiS, po zdobyciu władzy, zacznie walkę z cieniami oraz PO, straci bezpowrotnie czas - nie swój, a Polski i uzyska tyle co p. Ziobro wojujący z piratami drogowymi. Za piratów robili głównie pijani rowerzyści, łapani przez policjantów na wiejskich dróżkach.

Modernizacja Polski i jej szybszy rozwój wymagają wiedzy, umiejętności, pracowitości, determinacji. Nie paranoicznego szukania i zwalczania ZŁA oraz zastępowania go DOBREM. Takie rzeczy, to tylko w baśniach ludowych się czynią.

czwartek, 8 października 2015

Jako zbiorowość nie rozumiemy realnego świata i nie potrafimy w nim żyć

W końcu lat sześćdziesiątych, miałem paru kolegów szkolnych oraz kilku dalszych członków rodziny planujących wyjazd do RFN lub gdzieś na Zachód. - W Polsce zawsze będzie źle, nie ma powodu by marnować życie, siedząc tutaj - twierdzili. (Nie wiem skąd wzięli tę pewność, ale to tutaj nieistotne). No i powyjeżdżali, teraz drugie, a nawet trzecie pokolenia uczestniczą w życiu towarzyskim na polskojęzycznym Facebooku. Czasem przyjeżdżają też do kraju. Czyli są i zamierzają być Polakami, choć nie chcą żyć w Polsce. Ja przez lata, świadomie lub nie, czyhałem na sposobność wykazania sobie i im, że w Polsce też może być lepiej.

Kolor magii/ cykl Świat Dysku, Terry Pratchett, rys. Paul Kidby

Zabici i ranni na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku, mocno ograniczyli mój optymizm. Potem, w początkowym okresie rządów Edwarda Gierka, wyglądało że idzie ku lepszemu. Niestety, w kolejnych latach było coraz gorzej. W końcu zaprotestowali robotnicy, znowu na Wybrzeżu, tym razem pokojowo i skutecznie. Powstała Solidarność, jej rosnąca siła i znaczenie spowodowały wprowadzenie stanu wojennego w latach 1981 - 1983. W czasie stanu wojennego i po nim Polska była w stanie hibernacji - gospodarczej, społecznej. To lata bezpowrotnie stracone. Mocną zmianę spowodowała dopiero ustawa Wilczka , obowiązująca od 1988 do 2000 roku. Bez niej prawdopodobnie Polska, zwijającą po 1989 roku gospodarkę państwową, utonęłaby w marazmie podobnie jak Ukraina. ( W Polsce PKB na głowę: w 1990 roku 1698 dolarów USA, w 2014 roku 14 422,8 USD; Na Ukrainie w 1990 roku: 1569,7 USD, w 2014 roku 3082,5 USD*).

Po przejęciu władzy przez Solidarność w 1989 roku, powiało optymizmem. Niestety, rychło się okazało że nowi władcy umieli czytać i pisać bezdebitowe książki czy broszury, ale o rządzeniu, szczególnie zaś o gospodarce pojęcie mieli mętne. Przy czym działacze PZPR wcale nie byli lepsi. Mieli władzę w III RP jako SLD i racjonalną polityką przemysłową oraz prywatyzacją nie błysnęli. Parę lat temu jechałem pociągiem trasą z moich szkolnych czasów: Tarnowskie Góry - Bytom - Katowice. Ponury widok zrujnowanych hal fabrycznych, zdewastowanych dworców, rozsypujących się konstrukcji prowokował pytanie: po co pokolenia moich dziadków i rodziców pracowały ciężko, biedując? Dlaczego produkcja tych porzuconych zakładów przestała być potrzebna wręcz z miesiąca na miesiąc? Opowiadania typu: wiecie, rozumiecie w socjalistycznych zakładach 1000 pracowników wytwarzało tyle samo co 300 pracowników na Zachodzie, mogą sobie ekonomiczni myśliciele wsadzić w dupę. Ponieważ koszt pracy owego tysiąca pracowników i tak był niższy niż tych 300 zachodnich (jeszcze w 2014 roku średnia płaca brutto w Polsce to 3900 zł, w Niemczech około 14 000 zł). Konkurencja z zewnątrz wykończyła polski przemysł? Tylko dlatego, że pozwolono owej konkurencji hasać w Polsce, likwidując za friko większość ograniczeń. Byle chłopek - roztropek zdawał sobie sprawę: by mieć pieniądze na zakup czegoś, trzeba coś produkować i sprzedawać. Ale dla oświeconej inteligencji rządzącej Polską, rzecz jest wciąż niejasna i niezrozumiała.

Ostatecznie zrujnowała mój optymizm katastrofa w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Właściwie nie sama katastrofa, choć obnażyła marność państwa i zaściankową wrogość wzajemną czołowych polskich polityków, ale rozwój wydarzeń po katastrofie. Oskarżanie władz państwa o zamach, przeprowadzony we współpracy z władzami państwa ościennego pasowało, moim zdaniem, do jakiegoś państewka w Afryce Środkowej. Podobnie jak oskarżanie prezydenta o popełnienie samobójstwa rozszerzonego. Przy czym owych oskarżeń nie miotali pacjenci psychiatrycznych oddziałów zamkniętych, lecz politycy najważniejszych partii i różni publicyści. Żeby było bardziej ponuro i śmiesznie: miotanie oskarżeń tego kalibru nie powodowało żadnych konsekwencji.

Dokładając do tego nagminne ogłaszanie fatalnych klęsk zwycięstwami, upierdliwe dzielenie Polek i Polaków na plemiona, marudzenie o kondominium itd. oceniam, że my po prostu nie potrafimy, jako zbiorowość, żyć w realnym świecie. Nie rozumiemy go i odrzucamy albowiem wiemy jak ma być i właśnie tak być powinno. Dopóki tego podejścia nie zmienimy, w Polsce zdecydowanie lepiej nie będzie. Bo być nie może, skoro Polska istnieje jedynie w naszych umysłach, księgach oraz poezji, szczególnie śpiewanej. Takiej Polski nie można rozwijać czy poprawiać. Ona istnieje po prostu, choć w wielu wariantach i wojna się toczy o to, czyj wariant jest słuszny oraz prawdziwie polski.

*Źródło: Bank Światowy

czwartek, 1 października 2015

Wielka trójka przy stole w ONZ. Przesłanie?

Usadowienie prezydenta RP przy jednym stole z prezydentami USA i Federacji Rosyjskiej to niewątpliwie sukces. Choć oceniający rzecz nasi eksperci i publicyści nie zauważyli chyba pewnego drobiazgu. Dlaczego pan Putin, ignorowany podobno przez Zachód, usiadł do stołu razem z panem Obamą? Czyżby prezydent USA, onieśmielony perspektywą siedzenia przy stole razem z prezydentem Polski, nie zauważył kto jeszcze będzie mu towarzyszył? Skrajnie nieprawdopodobne.

Fot. Amanda Voisard,European Pressphoto Agency. Źródło PAP/EPA

Obama usiadł z Putinem, bo chciał (zgodził się) usiąść z prezydentem Rosji. Dając jakiś sygnał reszcie świata. Na razie niezbyt wiem jaki i komu. Tak czy inaczej, sugerując światu zamiar jakiejś współpracy z Rosją.

Obecność przy tym stole prezydenta Polski niekoniecznie była jedynie rezultatem zręczności naszej dyplomacji. To element przesłania USA ( a bardzo prawdopodobne że i Rosji) skierowanego do polityków i państw - członków NATO, obawiających się Rosji. Przesłanie brzmi: Nie obawiajcie się dziewczyny i chłopaki, my was nie skrzywdzimy. Lub tylko: my, USA, nie pozwolimy was skrzywdzić. Mamy zamiar współpracować z Rosją, nie zapominając jednak o Was.

Przy czym, trochę wątpię, by Stanom Zjednoczonym rzeczywiście mocno zależało na współpracy z Rosją przy wojowaniu z Państwem Islamskim. W ogóle wątpię, by komukolwiek zaangażowanemu na Bliskim Wschodzie zależało szczególnie na likwidacji tego państwa. Może zależy UE - z powodu masy uchodźców oraz części opinii publicznej, która jednak zmienną jest i ma krótką pamięć.

Nie wiem też, co właściwie Rosja chce osiągnąć, angażując się tam. Armia Assada jest zbyt słaba, by samodzielnie pokonać islamistów. Bombardowania niewiele zmienią , choć przy dobrym współdziałaniu lotnictwa z wojskami lądowymi mogą pomóc dyktatorowi odzyskać ważne gospodarczo tereny i obiekty. Rosja niewątpliwie zyskała (na chwilę) wizerunkowo, ale długotrwałe, kosztowne uczestnictwo w nie jej wojnie, może Rosji ( i Putinowi) raczej zaszkodzić niż pomóc. Chyba, że Rosja już przejęła lub próbuje przejąć od USA rolę siły przewodniej na Bliskim Wschodzie i nie tylko. Nie jako siła militarna czy gospodarcza, a jako siła dyplomatyczna. Oni mogą próbować, zresztą już to czynią od wielu miesięcy ( wizyty w Moskwie przedstawicieli opozycji syryjskiej, Iranu i innych, wypowiedzi Erdogana itp. ), doprowadzić do uzgodnienia interesów ważniejszych walczących stron i narzucenia ich pozostałym . Zaprowadzając w ten sposób względny pokój i informując świat cały: bez Rosji obejść się nie można.

Nie można też wykluczyć, że to co widzimy, jak zwykle nie jest tym na co wygląda. Ja mam wrażenie, że politycy państw najsilniejszych mają dość nieskutecznego oraz nieskończonego uzgadniania wszystkiego ze wszystkimi i poszukują możliwości zarządzania światem ponad głowami słabszych. Prezydent Rosji podkreśla np. rolę ONZ. Organizacji, która została zaprojektowana jako koncert mocarstw (Rada Bezpieczeństwa i prawa jej członków stałych). Istotne jest przy tym pytanie: jakie kraje (regionalne mocarstwa) dopuścić do udziału w rządzeniu i na jakich zasadach?

Co my tu możemy? Niewiele, jako kraj po prostu słaby. Nasze znaczenie mogłoby wzrosnąć, gdybyśmy potrafili być dyplomatyczną siłą przewodnią - politycy USA, na przykład, pewnie woleliby rozmawiać z politykami polskimi, a nie użerać się z przedstawicielami każdego z państw i państewek Europy Środkowej i Wschodniej oddzielnie. Wyraźnie zasugerował to prezydent Obama podczas wizyty w Polsce w 2014 roku (spotkanie prezydentów Polski i USA z przywódcami Europy Środkowej i Wschodniej). Niestety, na razie nasi politycy chyba nie dorośli do tego.