wtorek, 29 września 2015

Sytuacja w Europie i na świecie się komplikuje. Czy mamy fachowców - polityków i ekspertów na trudne czasy?

Jednak w Polsce można liczyć na cud. Oto przedstawiciele nieprzyjaznych sobie obozów: panowie A. Kwaśniewski i W. Waszczykowski dostrzegli zagrożenie, wynikające z ostrej reakcji na stwierdzenia ambasadora Rosji w Polsce, p. Siergieja Andriejewa.* Były prezydent orzekł, że Rosja liczy na mocną reakcję Polski (typu: wydalenie ambasadora), by zrobić z nas politycznych obsesjonatów. Dyplomata z PiS ostrzegł: ewentualne wyrzucenie ambasadora, Rosja wykorzysta do uczynienia nas, w oczach Zachodu, państwem nieodpowiedzialnym.


Trudno znaleźć polityka skutecznego i pozbawionego wad.

Ktoś zauważy może w tym miejscu: - A czemuż to oni są tacy przewrażliwieni? Dlaczego Zachód miałby uwierzyć propagandzie rosyjskiej? Otóż, nie tylko moim zdaniem, Zachód, a konkretnie najsilniejsze państwa zachodnie, uwierzyłby, bo mógłby wtedy zignorować Polskę. Prawdopodobnie bowiem szykuje się coś w rodzaju nowej Jałty. Porozumienie państw najsilniejszych ponad głowami państw słabszych. Porozumienie, nie uwzględniające interesów państw średnich i małych. Co wcale nie oznacza rzucenia tych państw - przynajmniej członków NATO i UE, przykładowo, na pastwę Rosji . Przy czym, do nowego podziału stref wpływów nie dojdzie z wtorku na środę. To raczej będzie proces, niekiedy chaotyczny i pełen zawirowań.

Polska nie musi , mimo swojej słabości, być jedynie pionkiem w tej grze. Nie zawsze przecież, zwłaszcza w dyplomacji, liczy się jedynie siła państwa. Mierzona wielkością gospodarki, PKB na głowę, jakością państwa, jego potencjałem militarnym. Ważna bywa zdolność do tworzenia sojuszy, choćby taktycznych, skuteczne, możliwe do przyjęcia przez innych, pomysły rozwiązywania problemów NATO czy UE, a także tworzenie dla europejskiej , a nawet światowej opinii publicznej, wizerunku Polski pragmatycznej i miłej . Takiej, której należy się wsparcie, szacunek oraz przyjemnie mieć ją za sojusznika i przyjaciela.

Niestety, polska dyplomacja z uporem tworzy wizerunek Polski, będący skrzyżowaniem strachliwego zajączka spod miedzy z krnąbrnym dzieciakiem, który niezbyt wie czego chce, za to wiecznie marudzi. Ostatnio, 22 września 2014 roku, ministrowie spraw wewnętrznych państw UE przegłosowali podział 120 tysięcy uchodźców. Polska głosowała za, mimo wcześniejszych uzgodnień w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Moim zdaniem, bardzo dobrze się stało, że Polska głosowała za - poza wszystkim nasza "pryncypialność" w przeszłości , bywała dla nas skrajnie niekorzystna. Natomiast o pomstę do nieba woła taktyka polskiego rządu odnosząca się do wypracowania rozwiązania problemu. Najpierw bojowe okrzyki: nie zgadzamy się na obligatoryjne kwoty, nie zgadzamy się na to i na tamto, po czym potulne głosowanie za.

Dlaczego nie próbowano ustalić na co się możemy nie zgodzić, by następnie ogłosić sukces, bo większość państw UE przyjęła nasz punkt widzenia? Można było protestować np. przeciw koncepcji osiedlania uchodźców na stałe, ogłaszając następnie, że zostaną u nas tylko czasowo. Propagandziści związani z rządem mogli przy tym wskazywać publice: uchodźcy i tak u nas nie zostaną, wyjadą do Niemiec, więc o co tu wojować? Również moralizatorstwo dla ubogich (należało je chyba zostawić publicystom), zamiast racjonalnych argumentów, w tym konieczności budowania pozycji Polski w UE itp. było nieskuteczne i brzmiało fałszywie. PO prawdopodobnie pogorszyła wizerunek Polski w Europie ze strachu przed PiS oraz wskutek wyraźnego braku fachowców od PR, zdolnych do analizy rzeczywistości i prognozowania rozwoju wydarzeń, choćby na parę miesięcy naprzód.

Sytuacja w Europie i na świecie będzie się komplikować. Nie wiem czy mamy fachowców - polityków i ekspertów, zdolnych określić, jak nie optymalne, to chociaż racjonalne sposoby wykorzystywania sytuacji korzystnych i reagowania na zagrożenia. Dwie jaskółki, wspomniane na początku wpisu, nie czynią wiosny.

*Ambasador powiedział w wywiadzie dla TVN 24: „Polityka Polski doprowadziła do tej katastrofy we wrześniu 1939 roku, bo w ciągu lat 30. XX wieku Polska przez swoja politykę wielokrotnie blokowała zbudowanie koalicji przeciwko Niemcom hitlerowskim. Częściowo Polska była więc odpowiedzialna za tę katastrofę, do której doszło we wrześniu.”

sobota, 26 września 2015

Demokracja parlamentarna nie jest wartością samą w sobie

Demokracja potrzebuje demokratów? Wręcz odwrotnie: demokraci potrzebują demokracji. Tego ustroju potrzebują wolni ludzie, potrafiący dokonywać w miarę wolnych, jakoś zracjonalizowanych, wyborów. Ważną charakterystyką demokracji jest powściągliwość większości, nie próbującej narzucać mniejszości swoich poglądów, religii, ideologii. Jeśli demokracja ma być w miarę sprawna i skuteczna w procesie uzgadniania interesów oraz racji ludzi, klas warstw, grup społecznych, to musi być cechą społeczeństwa.

Rezultaty walki o demokrację w Syrii. Pozostałość po Dajr az-Zaur (Deir al-Zor). Autor Khalil Ashawi (Reuters). Czerwiec 2013 rok

Społeczeństwa, czyli dużej zbiorowości społecznej, złożonej z ludzi posiadających wspólną kulturę, tożsamość, mających poczucie istnienia więzi między nimi. Słabszych niż np. rodzinne, ale akceptowanych, w miarę cenionych i dostrzeganych przez ogół. Istotne są też widoczne elementy wspólnej kultury - np. język , historia - tworzące naród (choć na przykładzie Szwajcarii, brak wspólnego języka nie jest przeszkodą istotną). Istnienie narodu (poczucie przynależności do narodu) jest pewnie ważne dla skutecznego działania demokracji parlamentarnej.

Demokracja nie radzi sobie w sytuacji gdy większość lub agresywna mniejszość potrafią narzucić swoje rozwiązania reszcie. Albo w sytuacji, gdy wprawdzie istnieje państwo, ale nie istnieje ani społeczeństwo, ani naród (nie ma poczucia odpowiedniej wspólnoty). Oraz kiedy ludność państwa nie składa się z ludzi wolnych, lecz stad, w których obowiązuje hierarchia (kolejność dziobania).

Na Bliskim Wschodzie, w znacznej części Afryki i innych regionach naszej planety nie istnieją ani narody , ani społeczeństwa. Trudno je znaleźć nawet w państwach o długiej tradycji państwowości - np. w Afganistanie. Tamtejszy rząd może sobie mianować, przykładowo, gubernatorów, ale rzeczywistą władzę w terenie sprawują i tak lokalni przywódcy. Pouczająca jest biografia Abdula Rashida Dostuma. Otrzymał stopień generała (w czasie radzieckiej interwencji) od Mohammada Nadżibullaha, zdradził go, po czym jeszcze parokrotnie zmieniał front. Obecnie Dostum to wiceprezydent Afganistanu. Prezydent Afganistanu Aszraf Ghani został wybrany dzięki wsparciu Dostuma i innych przywódców grup etnicznych, plemion, klanów. Niektórych, jak Dostuma obciążają liczne zbrodnie wojenne i inne przestępstwa. Przy czym w Afganistanie grupy etniczne, religijne, plemiona potrafiły się w przeszłości dogadać dzięki tradycji zwoływania Loja Dżirga - Wielkiego Zgromadzenia. Gdzie indziej taka tradycja nie istnieje i, jak tylko nadarzy się okazja, wszyscy zaczynają walczyć ze wszystkimi.

W sumie, naszą zachodnią wrażliwość na krzywdy czynione przez tych złych tym dobrym trzeba, choć częściowo, zastąpić wiedzą. Wyraźny podział na złych i dobrych istnieje przecież wyłącznie w baśniach ludowych i filmach z Hollywood, a i to nie zawsze. Nasze wartości to nasze wartości , niekoniecznie podzielane przez wszystkich. Oczywiście, są wśród nich uniwersalne (podstawowe prawa człowieka), które należy promować. Lecz demokracja parlamentarna, moim zdaniem, akurat wartością uniwersalną nie jest. Na dodatek, narzucanie innym owych wartości bywa wybiórcze (przywódcom Chin można wypomnieć to i owo, ale nieśmiało, bo to wielkie państwo, Saudom nie wypada, bo są cennymi sojusznikami USA oraz dostarczają wielkie ilości ropy naftowej), co tworzy podejrzenia o hipokryzję i niedbałe maskowanie własnych interesów wzniosłymi hasłami. Świat albo tylko nasza cywilizacja nie przetrwają zbyt długo, jeśli naszymi sprawami kierować będą politycy o małych rozumkach, wspierani przez publiczność "czytającą" jedynie obrazki .

niedziela, 20 września 2015

Muzułmanie z Bliskiego Wschodu nie porzucą swojej kultury. Spróbują narzucić ją nam.


Panie z Kazachstanu w strojach ludowych.W Kazachstanie żyją zgodnie muzułmanie (prawie 64% ludności), prawosławni (poniżej 25%), inni chrześcijanie (2,3%), ateiści (prawie 3%). Obowiązuje rozdział Kościołów od państwa

Biblia, święta księga chrześcijan, jest podręcznikiem historii zbawienia ( określenie ks. Macieja Basiuka). Głównym autorem Biblii jest Bóg, który nie dyktował autorom - ludziom tekstu, a jedynie obdarzał ich natchnieniem. Biblia, dla większości chrześcijan, nie stanowi źródła prawa, nie jest nawet zbiorem przepisów dotyczącym praktyk religijnych.

Autorem Koranu, świętej księgi islamu, jest Allach, Mahometowi treść Koranu podyktował archanioł Gabriel ( Dżibril). Główne nurty islamu nie dostrzegają różnicy ani nie uznają rozdziału życia świeckiego od religijnego. Koran jest najważniejszym źródłem prawa w islamie, drugie źródło to sunna. Koran, w jednej wersji dla wszystkich muzułmanów i sunna, której różne wersje obowiązują w różnych nurtach islamu, są źródłami prawa oraz zbiorem przepisów i instrukcji, regulujących praktycznie całe życie jednostek i zbiorowości. Zakres i szczegółowość regulacji zależy oczywiście od interpretatorów świętej księgi i sunny, choć np. praktyki religijne są w Koranie opisane szczegółowo.

Próby określania islamu , na podstawie tekstu Koranu, jako religii pokoju czy wojny są bezsensowne. Treść sur można różnie interpretować - np. jedni twierdzą, że wzywająca muzułmanów do walki z niewiernymi sura 9.At-Tauba, dotyczy tylko Bizantyjczyków, inni uznają że nakazuje walczyć z niewiernymi zawsze i wszędzie. Oczywiście, lepiej by tej sury w ogóle nie było, wojujący islamiści musieliby nieco się pomęczyć , by znaleźć uzasadnienie dla swoich poczynań.

Ale muzułmanie z Bliskiego Wschodu mogą mieć trudności z integracją ze społeczeństwami krajów europejskich, nie tylko w związku z religią. Znaczna część ich kultury jest zasadniczo różna od naszej. Uznają inną niż my hierarchię wartości, mają zdecydowanie inne zwyczaje i obyczaje, struktury społeczne, prawdopodobnie wręcz nie rozumieją naszego indywidualizmu, braku albo lekceważenia autorytetów, braku zasad, norm społecznych, luzu itd. Dla nich niewierny to obcy. W naszych państwach będą chyba się czuć jak ateiści w teokracji albo chrześcijanie w państwie wojującego ateizmu, tylko o wiele gorzej.

Przy czym muzułmanie, muzułmanom nierówni. Turcy np., żyjąc od połowy lat dwudziestych XX wieku w świeckim państwie, zbudowanym przez Kemala Atatürka, pewnie mają o wiele mniejsze kłopoty z adaptacją do warunków europejskich niż muzułmanie z Bliskiego Wschodu.

W sumie, moim zdaniem , obawy związane ze stałą obecnością w Europie znacznej liczby imigrantów - muzułmanów z Bliskiego Wschodu są, przynajmniej częściowo, uzasadnione. Mogą oni, przez pokolenia , czuć się w Europie obco, nie akceptować naszej kultury i systematycznie próbować narzucać swoją kulturę (nie tylko religię) na zamieszkałym przez siebie obszarze. Taki stan rzeczy uprawdopodabnia bezwzględna wojna, jaką toczą między sobą reprezentanci różnych nurtów islamu - sunnici i szyici.

Jeśli politycy europejscy uważają się za w miarę rozsądnych i odpowiedzialnych, to niechże wyjaśnią Europejczykom czemu należy osiedlić u nas na stałe uchodźców. Bez idiotycznego moralizatorstwa dla ubogich duchem. Bo pomagać uchodźcom należy, ale osiedlanie ich na stałe w Europie nie jest ani jedyną , ani najlepszą opcją.

środa, 16 września 2015

Uchodźcy, czyli imigranci. Jaki cel ma propaganda?

Uchodźcom niewątpliwie pomóc trzeba. Dlaczego jednak pomoc ma polegać na osiedleniu ich na stałe w wybranych przez nich państwach lub przymusowym osiedleniu ich na stałe w państwach przydzielonych im przez Komisję Europejską?

Ofiara głodu w Niemczech zimą 1948 r. Bundesarchiv, Bild 183-R94419 / CC-BY-SA

W czasie drugiej wojny i po niej do Niemiec przybyło około 14 mln ludzi - uchodźców - uciekinierów i przesiedlonych, między innymi z terenów przydzielonych Polsce przez wielką trójkę. Przesiedlonych mocą decyzji mocarstw. To byli Niemcy. W Niemczech wtedy żyło sie ciężko. Jeszcze w 1948 roku ludzie umierali tam z głodu.
Polska , w nowych granicach, przyjęła prawie dwa miliony uciekinierów i przesiedleńców (repatriantów) zza Buga. To byli głównie Polacy. Później przyjęliśmy uchodźców z Grecji, którzy po zmianie sytuacji do swojego kraju, w większości, wrócili.
Co do ucieczek z PRL: Nie sprawdzałem, wydaje mi się jedynie że w ciągu ponad czterdziestu lat istnienia PRL osób które nielegalnie opuściły Polskę i, co za tym idzie, nielegalnie dotarły na terytorium innych państw było może z tysiąc? Albo mniej. Polacy docierali do państw zachodnich legalnie, z paszportami i wizami - czyli za zgodą tych państw.
Niemcy z NRD uciekali do RFN, głównie w poszukiwaniu lepszego życia. Swoją drogą, mimo bliskości kulturowej i tak do dzisiaj podział Niemców na Ossich i Wessich jest aktualny.
Obecnie np. Polacy żyją w Wielkiej Brytanii chociażby, bo przenieśli się tam na podstawie stosownych traktatów podpisanych przez państwa tworzące UE.

Porównywanie opisanych wędrówek z obecnym napływem imigrantów spoza Europy jest, co najmniej, mocno naciągane. Jeszcze bardziej naciągane jest mianowanie ich wszystkich uchodźcami. Nieprawdopodobnie niekonsekwentna polityka UE - głównie Niemiec i Austrii (najpierw życzyli sobie przestrzegania umowy Dublin II*, potem radośnie oświadczyli, że przyjmą wszystkich, by w końcu przymknąć granice) ściągnęła do Europy setki tysięcy ludzi, a za nimi pewnie przyjdą inni.**
Będziemy mieli w sumie w Europie rozczarowanych imigrantów - skłonnych przez to okazywania nam wrogości oraz aktywne ruchy faszyzujące lub wręcz faszystowskie. Zyskujące na popularności dzięki niechęci do imigrantów -muzułmanów, a próbujące rozciągnąć tę niechęć na wszystkich obcych.

Porównanie do USA jest, moim zdaniem, niecelne. Społeczeństwo USA jest bowiem naprawdę wielokulturowe z jednej strony (spójrzmy choćby na ilość Kościołów tamże), co czyni je odpornym na próby narzucenia wszystkim jednej ideologii, obyczajów, religii. Z drugiej, władze USA potrafią bezwzględnie zniszczyć grupy odrzucające porządek prawny USA. Używając do tego nawet broni maszynowej i transporterów opancerzonych.

Jaki cel ma propaganda utożsamiająca wszystkich imigrantów z uchodźcami, stosująca szantaż moralny, a nawet groźby wobec poszczególnych krajów? Jedyne co mi się kojarzy, to próba "przykrycia" błędów popełnionych przez USA i niektóre państwa europejskie na Bliskim Wschodzie oraz nieprawdopodobnej naiwności mediów i "autorytetów" piejących z zachwytu nad arabską wiosną.

My, czyli wyborcy, powinniśmy w końcu przyswoić sobie wiedzę: politycy generalnie byli, są i pewnie będą marni. Potrafią bezmyślnie doprowadzić do kryzysu, rozpętać wojnę, spowodować utratę stabilności, a nawet niepodległości kraju którym rządzą. Po czym gładko wytłumaczyć ludności, że są niewinni. Mechanizm doprowadzenia do zalewu Europy przez uchodźców (nielegalnych imigrantów ) z zewnątrz dostrzegamy, bo stało się to w ciągu zaledwie 12 lat. Trudniej rozpoznać zupełnie podobne mechanizmy, uruchamiające rozmaite kryzysy oraz wojny ( w tym obie wojny światowe) w przeszłości. Ponieważ trwały dłużej i bywały bardziej złożone.

Przy czym sam dopływ dużej liczby imigrantów nie jest aż tak wielkim nieszczęściem dla UE. Dopiero dąsy, naciski, oskarżenia wzajemne, narastająca nieufność co do intencji kierownictw poszczególnych państw plus przejście części wyborców na ciemną stronę mocy, mogą spowodować bardzo poważny kryzys Unii Europejskiej. Na czym my, Polki i Polacy możemy jedynie stracić. Jeśli ktoś sądzi inaczej, to niech spróbuje opisać za pomocą jakich zasobów Polska poradzi sobie w bezwzględnej, nijak nie ograniczanej konkurencji między europejskimi państwami.

*Według umowy (konwencji) m.in. uchodźca składa podanie o azyl w pierwszym kraju UE, w którym się znalazł. Jeśli dotrze, poprzez ten kraj, gdzie indziej winien być odesłany z powrotem do pierwszego kraju.
**Marlow napisał tekst informujący p. kanclerz, czego chcą uchodźcy, pytając przy tym czy p. Merkel wie co robi: Frau Kanzlerin, was werden Sie tun?



niedziela, 13 września 2015

Kampania wyborcza. Obiecanki czy rewolucje dla ubogich duchem?

Podobno PO ma zamiar zlikwidować składki na NFZ i ZUS, zaś PiS chce zlikwidować NFZ. Podobno ludność już się cieszy, bo te składki, wiecie rozumiecie, to straszliwe obciążenie jest. Ciekawi kogoś skąd politycy wezmą pieniądze na służbę zdrowia oraz na wypłaty emerytur, rent i takich tam? Otóż, od ludności je wezmą, tak czy inaczej.

Szaman Walentin Hagdajew na brzegu Bajkału. Wikipedia, zdjęcie: Аркадий Зарубин. Szaman nie prowadzi kampanii wyborczej, choć kampanijnie wygląda.

Część składki na NFZ (7,75%), wynoszącej 9% od podstawy (liczonej od wynagrodzenia brutto, pomniejszonego o składki na ubezpieczenie społeczne) stanowi ulgę w podatku dochodowym. Czyli pracownik otrzymujący wynagrodzenie minimalne w 2015 roku - 1750 zł, zyskiwałby na tym całe 18,88 zł miesięcznie. Resztę zapłaciłby w ramach podatku dochodowego.

Opłacanie służby zdrowia z budżetu oznacza wydanie tej służby, czyli ochrony zdrowia w Polsce, na pastwę nieodpowiedzialnych polskich polityków, potrafiących dbać jedynie o swoje interesy i interesy własnej partii. Obecnie około 70 miliardów zł budżetu NFZ jest poza ich zasięgiem. Przy finansowaniu z budżetu, zafundujemy sobie coroczny kabaret podczas jego uchwalania - medycy i opozycja będą żądać zwiększenia wydatków, a rządzący tłumaczyć, że to niemożliwe. Likwidacja NFZ, to zagrywka pod publiczkę i to prymitywną publiczkę. Bo struktury NFZ, tak czy inaczej nazwane, muszą pozostać, jeśli chcemy płacić za rzeczywiście wykonane usługi, zapewniając pacjentom jakość tych usług i skuteczne leki. Przyczyny niedoróbek w tym zakresie trzeba ustalać i je usuwać, nie rozpieprzając wszystkiego i budując (udając budowanie) od nowa. Chyba, że ludność chce, by służbę zdrowia budżetować na zasadzie: macie tu pieniądze i je wydawajcie albo płacić jej na podstawie prostego kryterium. Na przykład: od pacjenta. W pierwszym przypadku pacjenci byliby służbie zdrowia zbędni, bo tylko koszty powodują, w drugim szpitale byłyby zapełnione pacjentami , niekoniecznie leczonymi.

Likwidacja składek ZUS to, moim zdaniem, jeszcze gorszy pomysł. Plan finansowy FUS na 2015 rok zakłada przychody w wysokości ponad 195 mld zł z tego 42 mld zł stanowi dotację z budżetu państwa. Przy czym, pod koniec roku stan funduszu ma być ujemny: - 45 mld zł. To kwota zobowiązań z tytułu pożyczek z budżetu państwa (nie mylić z dotacjami). Po likwidacji składek trzeba skądś wziąć brakujące 153 mld zł, a licząc owe pożyczki: 198 mld zł. Poza tym, jeśli forsa na emerytury ma pochodzić od anonimowych podatników, to zbędne stają się konta indywidualne. Pewnie to ułatwi wprowadzenie tzw. emerytur obywatelskich, należących się wszystkim i przez to bardzo niskich. Obecny system, bazujący na składkach stanowiących procent od dochodów, zapewnia wzrost przyszłych emerytur, jeśli rosną owe dochody. Emerytury obywatelskie zależeć będą od widzimisię polityków, którzy mogą uznać okresowo, że trzeba je podwyższyć, bo emeryci są ważną grupą wyborców albo obniżyć, bo i tak nie ma co liczyć na ich głosy. Na dzisiaj, tylko niewielka grupa ludności - może z milion osób osiągających wyższe dochody ( na prawie 25 mln podatników) potrafi i może oszczędzać na przyszłą emeryturę. Reszta liczy i długo będzie liczyć na państwo, tym bardziej że politycy, wspierani przez różnych entuzjastów, bardzo usilnie pracują nad likwidacją i tak wątłego poczucia odpowiedzialności ludzi za swój los.

Idiotyczne rewolucje, polegające na odbijaniu się od ściany do ściany, to chyba nasza specjalność. Zabawa w likwidację składek NFZ i ZUS czy likwidację NFZ żadnych oszczędności ani pozytywnych skutków nie przyniesie. Spotęguje najwyżej bałagan, zwiększy koszty, w tym koszty biurokracji (obecnie ZUS ma rozbudowane struktury, w tym obszerne siedziby, niezbędne do pobierania składek, prowadzenia rozliczeń z płatnikami itd. Ktoś wierzy, że po likwidacji składek zatrudnienie w ZUS zmaleje? ) Rządzący musieliby, z jednej strony, znaleźć pieniądze zastępujące składki. Oczywiście, tak czy inaczej, znaleźliby je w kieszeniach podatników . Z drugiej strony, formalnie zwiększony budżet państwa ( w tym roku planuje się uzyskanie ponad 297 mld zł, a wydanie ponad 343 mld. Po likwidacji składek w budżecie powinno się znaleźć dodatkowo minimum 153 mld zł dla ZUS i 70 mld dla NFZ, razem 223 miliardy zł. Budżet miałby wielkość rzędu 520 miliardów zł) pozwoliłby politykom na jeszcze głupsze dysponowanie pieniędzmi podatników niż obecnie. Ponieważ im większymi kwotami cudzych pieniędzy się dysponuje tym łatwiej je wydawać. Przy ponad pięćset miliardowym budżecie, miliard w lewo czy prawo , stanowiący "zaledwie" 0,2 procent tego budżetu, nie zrobi na większości posłów żadnego wrażenia.

Moim zdaniem, jeśli NFZ i ZUS mogą działać bez ingerencji polityków (wyjąwszy, określony przepisami, nadzór tych ostatnich ), to należy poprawiać funkcjonowanie tych instytucji, a nie oddawać kolejnych pieniędzy podatników we władanie polityków. Bo oni się na tym ani nie znają, ani nie są zainteresowani racjonalną gospodarką tymi środkami. Przy czym obciążenie daninami na rzecz państwa, dostępność usług medycznych, działalność ZUS są u nas dalekie od ideału i wymagają ciągłego doskonalenia. Doskonalenia, a nie ciągłego wywracania w ramach rewolucji dla ubogich duchem.
Ustawa budżetowa na 2015 rok

piątek, 11 września 2015

Czy w Polsce są jacyś mądrzy ludzie, cokolwiek to pojęcie znaczy?

Polityków, nie tylko polskich, ktoś nauczył korzystać wyłącznie z zasobów, niekoniecznie obfitych , ich własnych umysłów (mózgów). Pewnie dlatego są bardziej przewidywalni w swoich reakcjach niż dzieciaki z przedszkola nr 6. Przy pojawieniu się problemu, np. wielkiej liczby nielegalnych imigrantów, politycy europejscy najpierw wzięli na przeczekanie - a nuż problem sam się rozwiąże, potem przeprowadzili konferencje i narady, by w końcu podjąć kroki o znaczeniu jedynie doraźnym.

Handel zagraniczny Libii w 2009 roku
Nikogo nie obchodzi ani długoterminowy rezultat owych kroków, ani rzeczywista, skuteczna pomoc ludziom, którym zagraża śmierć lub, przynajmniej, życie w skrajnym niedostatku. Spowodowane wojnami i bezhołowiem, zainicjowanymi przez USA i niektóre państwa europejskie. Stany Zjednoczone błyskawicznie zniszczyły państwo Saddama Husajna po czym, nie potrafiąc zbudować innego państwa, zrejterowały z Iraku. Koalicja państw zachodnich rozwaliła Libię Mu’ammara al-Kaddafiego, przy okazji bombardowania uszkodziły największy na świecie system nawadniania -Great Man- Made River zbudowany za 33 mld dolarów. Wojna w Syrii również jest dziełem Zachodu - dzieci z przedszkola nr 6 nie wierzą, że jacyś tam techniczni oficerowie podnieśli bunt przeciw Baszszarowi Hafiz al-Asadowi w imię wolności, równości i szczęścia ludu.

Niektórzy, powołując się na generała Wesleya Clarka, twierdzą że decyzja o zniszczeniu Iraku, Syrii, Libanu, Libii, Somalii, Sudanu i Iranu zapadła już w 2001 roku. Podkreślają przy tym , że banki centralne wymienionych państw nie są członkami Banku Rozrachunków Międzynarodowych (Bank for International Settlements - BIS).

Dołóżmy do powyższego stworzenie de facto państwa, które nie ma za co żyć, czyli Kosowa - stamtąd ludzie też uciekają na Zachód i mamy to, co mamy. Państwa, w których niegdyś budowały różne obiekty polskie firmy, a ich pracownicy zarabiali niezłe pieniądze, stały się terenem walk wszystkich ze wszystkimi. Czy równie kosztowne co nieefektywne wywiady nie potrafiły ocenić sytuacji i poinformować polityków: są terytoria gdzie muszą rządzić, w miarę krwawi i bezwzględni dyktatorzy. Trzymając za mordę liczne, wrogie sobie, grupy religijne, plemiona, klany. Bo po usunięciu dyktatorów owe grupy plemiona, klany wezmą się nieuchronnie za łby. Będzie bardziej krwawo, a znaczna część ludności zostanie zmuszona do ucieczki. Choć pewnie życie i warunki życia ludności nikogo nie obchodziły i nie obchodzą. Liczą się prymitywne interesy i interesiki , wciskane politykom przez różne lobby jako interesy państwa. Akceptację i poklask , opinii publicznej dla dowolnych działań, można łatwo uzyskać propagandą.

Czemu zapytałem w tytule o mądrych ludzi w Polsce? Bo gdyby nasi politycy przeczytali np. artykuł Marlowa oraz nie bali się tak panicznie wyborców, nie wystawialiby, być może, Polski jako chłopca do bicia (jak zwykle, zresztą). Zamiast marudzić i niezdarnie się bronić przed przyjęciem imigrantów, mogliby oświadczyć: przyjmiemy imigrantów w imię tego oraz tamtego! Ilu? Dziesięć tysięcy, a jeśli bez kozery, to dwadzieścia tysięcy! Zakładając, że i tak większość przyjętych , przy pierwszej lepszej okazji ucieknie do Raju. Czyli do Niemiec.

Gdyby w Polsce istnieli ludzie mądrzy, to właśnie z Polski mogłaby wyjść koncepcja rozwiązania problemu, oparta na stosownych analizach, zawierająca niezbędne dane i wyliczenia. Tymczasem dopiera teraz w przestrzeni publicznej, w zgiełku propagandy prawicowej lub lewicowej, pojawiają się rzeczowe analizy*. Pan Tusk, zwykle pełniący role jedynie sekretarki , również miał niezwykłą okazję, przedstawić krajom członkowskim UE plan zażegnania kryzysu imigracyjnego. Chyba z niej nie skorzystał. Mamy my w końcu w Polsce jakieś zasoby? Jeśli nie ropy czy gazu, to tęgich głów? Swoją drogą, co się stanie, jeśli przed Europa pojawią się większe zagrożenia niż uchodźcy?
*Wojna hybrydowa juz trwa?
Zostali biedni, uciekli zamożniejsi

czwartek, 3 września 2015

Czemu my wszystko potrafimy spieprzyć, tworząc przy tym stado mądrali dowodzących, że to sukces?


Dane GUS, dotyczące wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce są niepokojące. Zresztą gospodarka światowa też chyba zwalnia, a czy zwalnia oraz z jakiego powodu dowiemy się, jak zwykle po fakcie, od setek ekonomicznych ekspertów. Chińczycy mają problem ze wzrostem gospodarczym, prawdopodobnie z powodu spadku (?), spadku tempa wzrostu (?) eksportu, czego nie może zrównoważyć wzrost konsumpcji na ich rynku wewnętrznym. Eksport, jak wiadomo, spada nie z powodu lenistwa Chińczyków, a z powodu zmniejszania się popytu na rynkach zewnętrznych. Dlaczego maleje popyt na towary produkowane w Chinach? Diabli może wiedzą. Sankcje na Rosję i rosyjskie kontrsankcje , nie mogą mieć wpływu fundamentalnego. Dotyczą przecież niewielkiej części gospodarki, zresztą rynek i gospodarka Rosji nie są aż tak wielkie. Natomiast mógł wystąpić efekt psychologiczny i / lub efekt domina. Zaostrzenie sytuacji politycznej, przy natrętnej propagandzie wojennej, być może ograniczyło apetyty inwestycyjne i konsumpcyjne.

Dziwnie wyglądają ruchy cen ropy naftowej i innych surowców. Niektórzy widzą w tym rezultat spisku USA i Arabii Saudyjskiej, inni tylko USA lub Arabii Saudyjskiej. Choć to ostatnie jest mało prawdopodobne, bo Saudowie nie mają wielkiego wpływu na rynek kontraktów terminowych. Jak wiemy, zmiany cen (wirtualnej) ropy następują głównie na tym rynku. Rzeczywista ropa i gaz płyną sobie rurociągami lub tankowcami w ilościach i po cenach ustalonych przez dostawców i odbiorców w kontraktach długoterminowych. (transakcje rzeczywiste na rynku spot są chyba rzadkie) Owe kontrakty mogą, choć nie muszą, umożliwiać zmiany ceny surowca według pewnego algorytmu (cena rosyjskiego gazu jest jakoś przywiązana do ceny ropy). Nawiasem; jeśli ktoś widzi wolny rynek w rynku ropy naftowej, winien pilnie udać się do okulisty. Spadek cen ropy i innych surowców, dotyka nie tylko Rosję. Kłopoty ma Norwegia, gospodarka Kanady już jest w stanie technicznej recesji.

U nas pani Szydło oświadczyła ostatnio:" My dokończymy budowę terminalu gazowego". Nie wiem tylko, czy warto. Jeśli w umowie z Katarczykami ustalono sztywną cenę gazu, to będzie on niebawem, co najmniej, dwa razy droższy niż rosyjski. Na razie dopłacamy im pewnie do kwot uzyskanych ze sprzedaży gazu przeznaczonego dla nas. A co, nie stać nas?

Czemu my wszystko, bez przymusu, potrafimy spieprzyć? Wywołując, w niewłaściwym czasie i miejscu, powstania. Zawierając niekorzystne sojusze, w których pełnimy rolę pionka do bicia. Likwidując przemysł, bo tak się należy. Prowadząc politykę, której zadania ogłasza się publicznie, ale o porażce lub klęsce mówi się prywatnie. Kupując, poprzez państwowe przedsiębiorstwa, firmy bez perspektyw (Możejki) lub zawierając, możliwie niekorzystne, kontrakty. Dokonując zakupów zagranicznych, o trudnych do udowodnienia celowości i racjonalności.
Popełniamy oczywiste błędy, ale zawsze znajdzie się grupa (nie licząc bezpośrednio zainteresowanych "twórców" błędów), dowodząca, że oto odnieśliśmy kolejny sukces. Durniów podobno nie sieją, ale czy wśród nas nie jest ich zbyt dużo? Może dlatego udaje nam się tyle spieprzyć?

wtorek, 1 września 2015

Szanuję lemingi, bo starają się zapewnić dobrobyt sobie i bliskim. Nie wiem, za co mam szanować ich krytyków?

Lemingi wkurzają tzw. polską prawicę, ponieważ nie są zdolne do przyswojenia sobie oczywistej, w sposób oczywisty, prawdy: jedynie p. Jarosław Kaczyński , na czele PiS, może zbawić Polskę. Wzmiankowani bezrefleksyjnie łykają propagandę TVN, zamiast refleksyjnie przeżuwać prawdziwą informację wydalaną przez media niezależne od czegoś tam.

Minionki entuzjastycznie szukają Pana, któremu mogłyby służyć

Pracują zwykle w korporacjach, zarabiają powyżej średniej krajowej (czasem: grubo powyżej), biorą potężne kredyty, za które kupują nie byle jakie mieszkania lub domy. Szanuję lemingi , bo ciężką pracą starają się zapewnić byt, a nawet dobrobyt swoim bliskim. Choć nie popieram kupowania (oczywiście, na kredyt) od razu dużych mieszkań lub dużych domów plus jeszcze kosztownego ich wyposażenia (zanim spłacą kredyt, meble i inne staną się niemodne).

Za co jednak mam szanować ich krytyków? Czy przypadkiem krytycy stadnie nie oczekują, aż przyjdzie dobry pasterz i ich poprowadzi gdzie woda czysta i trawa zielona? A co, jeśli nie przyjdzie i nie poprowadzi? Strawią życie na krytykowaniu innych oraz narzekaniu na ciągle niesprzyjające im okoliczności? Jest coś takiego jak moralne prawo do krytyki innych ludzi, nie dotyczące jedynie polityków (politycy w demokracji spełniają role odgromnika skrzyżowanego z chłopcem do bicia. Im się krytyka należy zawsze).

Czemu, stosunkowo dużej grupie ludności, przeszkadzają Polki i Polacy ciężko pracujący, nie angażujący się w głupawe, ideologiczne dyskusje, niechby koncentrujący się jedynie na swoich karierach? Ktoś przecież musi w Polsce pracować, zarabiając na dobre życie swoje i swojej rodziny oraz wnosząc istotny wkład do budżetu państwa, budżetu NFZ, Funduszu Ubezpieczeń Społecznych i innych. Poza tym, ludzie zwani lemingami nie są wcale tak bezrefleksyjni, w przeciwieństwie do części ich krytyków. Przekonanych o jedynej słuszności swych poglądów, których nawet nie potrafią uzasadnić. Niektórzy z lemingów są nawet gotowi głosować na aktualne Prawo i Sprawiedliwość . Aktualne, czyli ze "schowanymi" politykami - ideologami od prawdziwego patriotyzmu i prawdziwych Polaków.

Krytycy lemingów, czy zrobiliście dla siebie i dla Polski choć tyle co krytykowani?