poniedziałek, 23 października 2017

Naiwne koncepcje obrony przed militarną agresją

Usiłuję sobie uzmysłowić rozumowanie zwolenników powszechnego uzbrojenia ludności która, dzięki temu, miałaby z łatwością pokonać wojska agresora. Wychodzi mi, że owi zwolennicy wyobrażają sobie agresję jako najazd na Polskę potężnej falangi piechoty, uzbrojonej jedynie w broń strzelecką. Falangi rozciągniętej od morza do gór, równie głębokiej co ponurej. Usiłującej zdobywać domy, zagrody i mieszkania Polek i Polaków.

Zajmując mieszkania w bloku, wraży żołnierze najpierw weszliby na klatki schodowe i na sygnał, jednocześnie, kolbami w drzwi załomotali. Obrońcy mieszkań zrobiliby pif paf poprzez drzwi (uszkadzając je, ale czego się nie robi dla Ojczyzny) i po bitwie...
Nie zamierzam opisywać jak, gdzie i z użyciem jakiego uzbrojenia toczą się działania wojenne - prawie wszyscy to wiedzą. Tych, którzy nie wiedzą informuję, że toczą się one poza zasięgiem obrońców domów, zagród i mieszkań i celem działań nie jest bynajmniej zajmowanie owych domów, zagród czy mieszkań. Ewentualny okupant zająłby raczej obiekty użyteczności publicznej, w tym ważne obiekty infrastrukturalne. Niegrzecznie poprosiłby ludność o zdanie broni, opornym miejscowościom czy dzielnicom dużych miast odciąłby dostawy żywności, wody, energii elektrycznej, gazu, pozbawiłby opieki medycznej itp. (tak dzieje się, na przykład, w Syrii i gdzie indziej).

Fascynacja niektórych zwolenników powszechnego zbrojenia ludności sukcesami słabszych w konfliktach asymetrycznych, oparta jest na bardzo uproszczonym widzeniu rzeczywistości. Ponieważ żaden z tych konfliktów nie miał i nie ma na celu pokonania (zniszczenia) słabszych przez silniejszych. Wojna w Wietnamie miała chronić, sprzyjające Amerykanom, władze Wietnamu Południowego, celem najazdów na Afganistan było ustanowienie tam, sprzyjającej najeźdźcom, władzy oraz narzucenie "właściwego" ustroju politycznego i społeczno-gospodarczego. Zaś na Bliskim Wschodzie nie toczy się wcale wojna możnych przeciw "oberwańcom' z ISIS, lecz walka o wpływy i interesy lokalnych i światowych potęg.
To powoduje niemożność walenia na odlew, jak w regularnej wojnie. Politycy silniejszych muszą się też liczyć z własną opinią publiczną - jednym z komponentów amerykańskiej porażki w Wietnamie był opór społeczeństwa amerykańskiego. Nie życzącego sobie tej wojny.

Te i inne ograniczenia odpadają lub są mało istotne w wojnie wydanej jednemu państwu przez drugie, czy wojnie między grupami państw. Strzelają do nas z tamtej miejscowości? Przyłożymy im rakietami, artylerią, wezwanym lotnictwem itp. Że przy okazji zabijemy niewalczących cywili i zniszczymy miejscowość? To dopuszczalne straty w wyniku działań. Stosowne konwencje międzynarodowe rozróżniają kombatantów (walczących) i osoby cywilne. Te ostatnie winny być chronione, chyba że aktywnie włączą się w działania wojenne.
Części zwolenników uzbrojenia ludności marzy się walka partyzancka po klęsce wojennej lub na terytoriach okupowanych. Jednak efektywność działań partyzanckich jest niewielka i, najprawdopodobniej, potencjalny agresor wcale nie weźmie pod uwagę takiej ewentualności.

Celem nadrzędnym budowy Sił Zbrojnych RP oraz możliwości obronnych państwa jest niedopuszczenie do agresji przez uczynienie jej nieopłacalną. Chyba wszyscy się zgadzają? Jeśli tak, to nie może być mowy o planowaniu działań partyzanckich czy uzbrajaniu wszystkich obywateli, w naiwno - poetyckim przeświadczeniu że to przestraszy potencjalnego agresora.
WOT mogą być istotną częścią Sił Zbrojnych, jeśli będą działać na drugorzędnych kierunkach, w systemie dowodzenia czasu realnego, dysponując odpowiednim wsparciem.
Można to sobie tak wyobrazić: Idzie grupka żołnierzy, najlepiej niewidoczna dla wroga i widzi stanowisko ogniowe (SO) jego artylerii. Niezwłocznie wskazuje to SO jako cel dla własnej artylerii, lotnictwa lub rakiet, chowa się przezornie w zagłębieniu terenu i czeka na rezultat. Po ataku, z dwa BWP podjeżdżają by dokończyć dzieła, po czym grupka rusza dalej… Nawiasem: w przyszłości taka grupka może być zastąpiona autonomicznymi robotami i tak skończy się nasza cywilizacja. Ale to później.

Na razie nasze SZ muszą być zdolne do stawienia twardego oporu, dysponując przy tym uzbrojeniem zdolnym do niszczenia celów nie tylko na linii styczności, lecz także na całej głębokości ugrupowania przeciwnika. Nie mogą bowiem być bezpieczne jego stanowiska dowodzenia, lotniska, wyrzutnie rakiet, stanowiska artylerii, węzły komunikacyjne i inne. Przy czym, najlepsze uzbrojenie niewiele da, jeśli nie będzie czym i jak wykryć obiektów - celów uderzeń. Bez doskonałego rozpoznania nie obejdzie się też obrona.
Wyobraźmy sobie nalot pięćdziesięciu samolotów, z tego tylko czterech pilotowanych i uzbrojonych. Reszta to maszyny bezpilotowe, nieuzbrojone, przerobione ze starych, wycofanych samolotów. Na wskaźnikach obrony widać pięćdziesiąt celów - nie wiadomo, który jest który…

Mam nadzieję że, przynajmniej w Europie, żadna poważna wojna nie wybuchnie. Jednak prognozowanie i planowanie przyszłych działań nie może się opierać na nadziejach, koncepcjach opartych na przeświadczeniach czy luźnych dywagacjach. Za to wojsko powinno, w znacznej mierze, liczyć na krajowy przemysł zbrojeniowy i jego zaplecze badawczo -rozwojowe. Nie wiem , w tym kontekście, co jest lepsze: kupowanie uzbrojenia od najpotężniejszego sojusznika, bez pozyskania istotnych technologii czy kupowanie tegoż uzbrojenia u innych sojuszników. Oferujących pełną dokumentację i przekazanie niektórych technologii.

Dla mnie stan i koncepcja rozwoju SZ RP są probierzem zdolności rządzących do, w miarę całościowego, ogarnięcia całości funkcji i zadań państwa. PiS, podobnie jak jego poprzednicy, średnio sobie z tym radzi. W innych państwach jest chyba podobnie, tyle że tam nikt nie rozwala struktur i nie robi czystek z powodów ideologicznych.

W wojsku , zwłaszcza w wyższych sztabach i instytucjach powinien panować pewien twórczy ferment. Bowiem technologie, struktury, otoczenie zmieniają się bardzo szybko, zaś w tak hierarchicznej organizacji najłatwiej przygotować się do wojny, która już była. Dobrze byłoby, by ów ferment wyrastał ponad poziom naiwnych rozważań o wyższości partyzantki nad lotnictwem podwodnym.

środa, 18 października 2017

Marna opozycja zagraża demokracji

Nie ma w Polsce, inaczej niż w Niemczech, warunków do długotrwałych  rządów dowolnej partii  czy koalicji.  Znaczna część  rodzin i osób w Niemczech  z łatwością dopina domowy budżet, nie musi kupować używanych samochodów, dysponuje oszczędnościami.  Niespodziewany wydatek rzędu kilkuset euro nie stanowi dla nich problemu. Tymczasem znaczna część rodzin i osób w Polsce z trudnością równoważy dochody i wydatki, jeśli kupuje samochód to raczej używany, nie ma oszczędności, niespodziewany  wydatek rzędu tysiąca zł bywa dla nich sporym wyzwaniem.

Niemieccy wyborcy stawiają na tych samych rządzących, jeśli tylko nie ma groźby pogorszenia poziomu życia, a rządzący mocno nie podpadli elektoratowi.  Zaś polscy wyborcy oczekują od rządzących wyraźnej poprawy warunków życia, szczególnie warunków materialnych. A tego żadna partia dokonać nie potrafi w ciągu jednej czy dwóch kadencji.

Kluczowym wskaźnikiem jest PKB per capita.  Bardzo optymistyczne prognozy sugerują osiągnięcie w roku 2040 przez nasz kraj 85 procent  niemieckiego PKB per capita, liczonego według parytetu siły nabywczej. Inne - przy założeniu dwukrotnie szybszego od niemieckiego tempa rozwoju, wskazują rok 2060, jako termin dogonienia Niemców.
Odpowiednia wartość PKB na głowę, warunkuje nie tylko poziom dochodów rodzin i osób, lecz również jakość  i dostępność  opieki zdrowotnej, poziom bezpieczeństwa socjalnego, sprawność wymiaru sprawiedliwości, zdolność Sił Zbrojnych RP do odparcia ewentualnej agresji  i skuteczne wypełnianie innych zadań przez struktury państwowe oraz samorządowe.

Na początku III RP jedna kadencja wystarczała by, zwykle totalnie, rozczarować wyborców. Koalicja PO i PSL przetrwała dwie kadencje, niekoniecznie ze względu na gospodarcze sukcesy.  Pewnie ważna, jeśli nie decydująca  była obawa elektoratu przed oddaniem władzy temu nieobliczalnemu PiS-owi.
Obecnie, pod rządami PiS,  polska  gospodarka rozwija się w dobrym tempie, maleje bezrobocie, rośnie dochód rozporządzalny gospodarstw domowych. Niestety, dzieje się to wewnątrz ograniczającego pudełka, którego ścian szybko rozwalić się nie da.
Brakuje chociaż jednej firmy  europejskiej  czy globalnej, mającej główną siedzibę w Polsce.  Niewiele polskich firm wytwarza produkty  finalne, wysoko przetworzone, uznane za markowe. Robią   takie produkty  firmy zagraniczne działające u nas, ale ich instytucje badawczo -rozwojowe, biura projektowe, centra marketingu, wytwarzające znaczną część wartości dodanej są poza Polską i tam płyną uzyskane środki.
Ekonomiści  straszą  demografią - niebawem ma zabraknąć rąk do pracy, zaś o gastarbeiterów ze Wschodu konkurować będziemy z bogatszymi sąsiadami. Teoretycznie wprawdzie istnieje poważna rezerwa rąk do pracy na terenach rolniczych, ale czy ktoś potrafi ją zmobilizować?
Łatwo też mówić i pisać o inwestycjach oraz innowacyjności - tylko na czym ma polegać inwestowanie i innowacyjność w niewielkiej firmach, bez zaplecza badawczego i projektowego?

Wyborców rozczarują rezultaty reform sądownictwa i służby zdrowia. Wymiana kadr w sądownictwie i gdzie indziej nie spowoduje istotnego  skrócenia czasu postępowania ani jego jakości. Poza tym sądy zawsze będą niesprawiedliwe w opinii stron przegrywających.

Poziom publicznej  opieki zdrowotnej,  w  krajach znacznie bogatszych od nas, nie satysfakcjonuje tamtejszych pacjentów.  Z kolei prywatna służba zdrowia  w USA jest bardzo kosztowna i ogranicza dostęp  niebogatych świadczeniobiorców do  niektórych procedur.  Wątpię, by nasi (dowolni) politycy, w warunkach chronicznego braku środków, znaleźli i i zastosowali rozwiązania w miarę satysfakcjonujące pacjentów i personel medyczny.
PiS będzie miał też problem z katastrofą smoleńską. Lud smoleński stworzono, pytanie jak go spacyfikować?  Ciągnięcie śledztw w nieskończoność  może, nawet u fanów  partii , generować różne podejrzenia i obawy.

Teoretycznie, z opisanych i nieopisanych wyżej uwarunkowań i ograniczeń powinna zdawać sobie sprawę opozycja. Ale   teksty pisane/wygłaszane przez jej  przedstawicieli  oraz działania jakoś na to nie wskazują. Marna opozycja może wręcz zagrozić polskiej demokracji. Na bieżąco, zamiast merytorycznej krytyki poczynań rządzących, prób wyjaśnienia wyborcom czemu  poczynania rządzących mogą szkodzić ludności i Polsce, słyszymy hasła i  zaklęcia, a widzimy dość nieudolne próby poszukiwania wsparcia zagranicą.
Zaś gdy PiS rozczaruje totalnie wyborców i tak nadal będzie rządził wobec braku konkurencji. Lub, co gorsza, władza wpadnie w ręce  nieobliczalnych partii skrajnej prawicy.

Moim zdaniem, w Polsce  otwiera się istotna przestrzeń dla nowych partii i przywódców. Niestety, wypłynięcie na szersze polityczne wody, wymagać będzie odrobiny charyzmy, trafnego rozpoznania potrzeb i poglądów potencjalnych wyborców, co najmniej, kilkuletniej, wytężonej pracy organizacyjnej.  Czy komuś się zechce?

środa, 27 września 2017

Czy przeciwnicy PiS-u mają swoich reprezentantów - polityków?

Pytanie wydaje się śmieszne. Przecież są partie opozycyjne.Są, ale zdaniem moim, starają się zniknąć z pola widzenia wyborców. Kierownictwa PO i PSL chyba zdają sobie sprawę, że wyhodowały na własnych błędach, pazerności, zaniedbaniach i lenistwie konkurencję,trzymającą obecnie władzę?
Zdjęcie Weroniki

Nie zaczęły jednak od publicznej spowiedzi, wyznania i odcięcia się od błędów oraz wypaczeń. Za to PO ogłosiła się totalną opozycją,umniejszając w ten sposób, dla mnie, wiarygodność krytyki poczynań PiS. Bo z góry zapowiedzieli krytykę wszystkiego. Później, między innymi:
1. Blokowali mównicę Sejmu, walcząc o sprawę, dla ogółu, błahą. Nie zauważyli braku rezultatów?;
2. Walczyli o ocalenie demokracji od jej wroga, czyli PiS-u. Co prawda, KOD nie był dzieckiem PO, a mnie wydał się początkiem społeczeństwa obywatelskiego. Niestety, na jego czele stanął, nieszczęście ty moje, Mateusz Kijowski, jak się okazało, łatwy do grillowania. Oskarżenie o zamach na demokrację niezbyt rozpala większość ludzi i łatwo je ośmieszyć, zwłaszcza jeśli zagrożenie jest hipotetyczne;
3.Zarzucali też PiS-owi zamach na trójpodział władzy, będący podobno ostoją demokracji. Czy oni wiedzą do kogo chcą adresować swoje przesłania? Pewnie z tezą o ważności trójpodziału władzy zgodzili się historycy idei, niektórzy prawnicy , politolodzy oraz publicyści. Reszcie ona zwisa pęczkiem pietruszki;
4. Obecnie, PiS kolejny raz podłożył się opozycji kampanią (aferą) billboardową. Teksty kampanii przypominają te rzucane spod budki z piwem - reforma sądownictwa jest konieczna, bo sędzia ukradł kiełbasę, nie wiem czy użycie środków Polskiej Fundacji Narodowej jest zgodne ze statutem PFN, smakowitym kąskiem może być wykonawca - Solvere Sp. z o.o. itd. Tymczasem PO wymyśliła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez Jarosława Kaczyńskiego. Prezes PiS jako capo di tutti capi? To nawet jego rozśmieszy;
5. Filozofują na temat programu 500+, wzbudzając strach jego beneficjentów przed powrotem PO do władzy; 6.Reakcja na żądanie odszkodowania od Niemiec. Przecież to rządzący mogą coś robić lub nie robić w tym kierunku, opozycja może jedynie "życzliwie" czekać na rezultaty;
7. Szukanie wsparcia poza granicami Polski. Zagranica ma generalnie głęboko gdzieś sytuację w Polsce. Jeśli zadziała, to w swoich interesach.

Na przeciwskuteczność działań opozycji wskazują wyniki sondaży - PiS-owi rośnie, choć nie ma spektakularnych sukcesów (być może weta prezydenta naruszyły negatywny wizerunek partii rządzącej jako teatrzyku marionetek jednego aktora). Czyli, coraz więcej potencjalnych wyborców decyduje się poprzeć PiS, prawdopodobnie po prostu z braku lepszej alternatywy. To może być początkiem nieodwracalnego, w krótkim terminie, trendu - PiS stanie się czymś w rodzaju meksykańskiej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, sprawującej władzę przez 71 lat. Wygrywającej 14 kolejnych wyborów, ponieważ wyborcy prawdopodobnie uznawali, że opozycja rządzić nie potrafi.

Czy tęsknię do rządów PO i PSL? Niezbyt, jeśli miałaby to być powtórka z przeszłości. Dlatego wciąż oczekuję jakiejkolwiek deklaracji programowej od PO i dostrzegania rzeczywistych zagrożeń dla społeczeństwa i dla Polski, tworzonych polityką PiS. Bo, wynikające chyba z lenistwa umysłowego, "górnolotne" frazesy trafiają najwyżej do części inteligencji i tak wrogiej rządzącej partii.
Na razie, PiS zrobiło parę rzeczy dobrych, a wicepremier Morawiecki i wielu ministrów w rządzie B. Szydłostarają się o rozwój gospodarczy, dostrzegają istnienie ludzi niebogatych, trudności życia na prowincji itp. Niestety, nad nimi i Polską wisi ideologiczny garb Prawa i Sprawiedliwości , wielka władza oraz, nie do końca znane, różne idée fixe prezesa partii.
Irytują mnie i niepokoją:
A. Natrętny prowincjonalizm, rozumiany nie jako przeciwieństwo światowości, lecz twierdzenie: u nas obowiązują takie oto zwyczaje oraz poglądy. One są uniwersalne i jedynie słuszne. Nieakceptujący ich są ludźmi drugiego sortu;;
B. Oparcie się po części na specyficznych ludziach - mściwych, małostkowych, zawistnych;
C. Arogancja - nawet nie udają chęci do przedyskutowania jakichkolwiek rozwiązań z kimkolwiek;
D. Polityka zagraniczna w formie propagandy dla twardego elektoratu;
E. Upierdliwe dzielenie społeczeństwa na plemiona: Lepszych i Gorszych;
F. Używanie durnowatych epitetów do określania nawet nie przeciwników politycznych, a przeciwników konkretnego projektu;
G. Otwieranie przestrzeni dla brunatnych, raczej nieintencjonalne, ale co z tego?;
H. Podejmowanie decyzji ekonomicznych jako decyzji woli Prezesa. Czy istnieją analizy przewidujące sukces Centralnego Portu Lotniczego, oparte na realnych, niechby bardzo naciąganych założeniach?

Środowisk i ludzi nieakceptujących działań PiS jest dużo. Protestują, argumentują, opisują błędy, odkrywają niewygodne fakty itd. Moc ich politycznej reprezentacji z wolna jednak słabnie, wręcz zanika.
Media w rękach rządzących indoktrynują, fakt że niekiedy zabawnie niezdarnie. System oświaty, tu i ówdzie też staje się narzędziem indoktrynacji. Potężną siłę ma autoindoktrynacja - dzięki internetowi, młodzi i starsi ludzie widzą, że ich ksenofobiczne, rasistowskie, faszyzujące poglądy podziela wielu. A wszyscy inni, to lewacy. Także, na przykład, amerykański senator McCain.
Obok walki o władzę, toczyć się powinna wojna z brunatnieniem Polski i Europy. Niestety, na razie brakuje skutecznych, w miarę charyzmatycznych przywódców tej walki , a zwłaszcza tej wojny. Szczególnie politycy opozycji wydają się drzemać w błogim przeświadczeniu, że wkrótce znowu będą rządzić.
Otóż, szanowni: nie będziecie rządzić już nigdy. Sami to załatwiacie.Prawdopodobnie dopiero mowy przywódca, tworzący nową formację polityczną zdoła zmienić sytuację.

sobota, 2 września 2017

Czas zastosować spiskową teorię dziejów w praktyce

Stany Zjednoczone na pewno wygrały obie wojny światowe, osobliwie drugą. Kierownictwo potężnego państwa z wielkimi zasobami, mogło wybierać czas i miejsce udziału w wojnie, nie ryzykując zagrożenia ludności i terytorium USA przez dowolnego z istotnych przeciwników. 

Obecnie ludność i terytorium Stanów Zjednoczonych są zagrożone uderzeniami rakiet z głowicami jądrowymi. Na razie - praktycznie tylko rosyjskich rakiet. Wojna z Rosją grozi obustronnym zniszczeniem, przy jedynie punktowym zniszczeniu Europy (możliwe, że druzgocącym dla jej części ).  

Obiektywnie, co najmniej dobrym rozwiązaniem dla USA byłoby wyprowadzenie wymiany uderzeń jądrowych na tereny Rosji i Europy. Oczywiście, z użyciem głowic amerykańskich. Europa stałaby się platformą dla amerykańskich żołnierzy i sprzętu ofensywnego, wymuszając na Rosji przekierowanie jej ograniczonych zasobów, znacznie zmniejszając przez to ilość i jakość jej środków przeznaczonych do ataku na USA. Pytanie: kierownictwo rosyjskie biernie obserwowałoby rozwój wydarzeń czy uznało, że lepiej ryzykować samobójstwo niż skapitulować? To jest też problem dla Europy (Zachodniej) - wątpię by Niemcy palili się do kolejnego marszu pod Moskwę i Stalingrad, zaś Francuzi chcieli powtórzyć wiekopomny sukces Napoleona. Branie na siebie uderzeń jądrowych też nie jest dobrą opcją. 

Dotychczas głównym czynnikiem blokującym wojnę jądrową jest równowaga strachu. Jednak USA mają potężną przewagę nad potencjalnymi przeciwnikami, także technologiczną. Wydaje mi się, że są w stanie zbudować skuteczną obronę przeciwrakietową, czyniącą bezużyteczną większość arsenału rakietowego Rosji. I znowu pytanie: czy kierownictwo rosyjskie biernie poczeka aż tak się stanie? Oraz co zrobi kierownictwo amerykańskie, jeśli taką obronę posiądzie? Już teraz wielu znaczących polityków USA prze do konfrontacji z Rosją. Istnieje też możliwość, po obu stronach, chęci popełnienia, rozszerzonego na cały świat. samobójstwa przez polityków starych i/lub śmiertelnie chorych. 
Nawiasem, do ostatnich wyborów prezydenckich wielbiłem system polityczno - gospodarczy USA, w tym system wyborczy. U nich nikt Magdaleny Ogórek nie nominuje kandydatem na prezydenta (swoją ścieżką, polityka Millera Leszka też, co najmniej, przeceniałem). Kandydowanie na etat prezydenta USA doszczętnie przygotowanej Hilary Clinton, rocznik 1947 oraz doszczętnie nieprzygotowanego Donalda Trumpa , rocznik 1946, mocno ograniczyło moje uwielbienie. 
Konflikt USA - Rosja nie definiuje, oczywiście, naszego świata. Mamy rosnące w siłę Chiny, Indie, pasztet na Bliskim Wschodzie, być może początki wielkiej migracji ludów, wyraźnie narastającą zmianę klimatu. 

Napisane powyżej ilustruje obiektywną rzeczywistość - czyli rzeczywistość widzianą z pozycji Pana Boga. My, ludzie jesteśmy wprawdzie przymuszeni realizować obiektywne potrzeby - musimy oddychać, pić, jeść, być na Facebooku, ale praktycznie nikt, prócz ewentualnie naukowców, nie jest zaprogramowany na wykrywanie obiektywnej rzeczywistości , a już zwłaszcza na dostosowywanie swoich działań do jej wymogów. Gdyby było inaczej, ponad siedem miliardów ludzi musiałoby podjąć możliwie wszechstronną współpracę, w związku z narastającym zagrożeniem samounicestwienia jak nie wojną, to zniszczeniem środowiska i zasobów planety. Na nic takiego, w większej skali, liczyć nie można, apele naukowców, zawierające zresztą czasem niewykonalne propozycje (zero growth), niewiele zmieniają. Na dodatek, następuje dziwaczna reakcja mas na zmiany - odwrót ku nacjonalizmom i tworzenie ścieżki dla brunatnienia , przynajmniej Europy. 

Można jedynie oczekiwać, że jakoś to będzie, ponieważ jakoś być musi. Choć może czas spełnić oczekiwania wierzących w spiskową teorię dziejów? Powołując niejawne gremium, usiłujące równoważyć interesy państw i innych struktur z głównym celem - zachowania cywilizacji i ochrony środowiska na planecie. 
Pozdrawiam wszystkich. Niech noc i świeże powietrze będzie z Wami!

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Proekologiczna teologia

Niektórych bulwersuje  tekst harcmistrza  ZHR  o nieznanych bożych planach. Wizerunek Boga Wszechmogącego miotającego drzewami w dzieci celem ich uśmiercenia  w ramach jakiegoś planu,   wkurza i obraża znanych mi ludzi wierzących. Ale też ilustruje merkantylną część  teologii*, zakładającą bezpośredni nadzór Stwórcy nad planetą Ziemia. Rozumiany literalnie zakłada rękę Boga w katastrofach naturalnych, seksie pozamałżeńskim, wychylaniu kolejnych kieliszków  wódki bez toastu. Tu teolodzy* się reflektują,  działania typu dwu ostatnich przypisując wolnej woli danej ludziom przez Boga. 

Często , niby zające z  zagonów zbóż  jarych, wyskakują  poglądy ludzi, które przypisałbym  ewentualnie mieszkańcom wsi  z głębi Syberii lub członkom niektórych plemion z dorzecza  Amazonki. Sędzia krytykujący koedukacyjną oświatę, bo zniewieściał przez nią,  ksiądz  sugerujący, że zamach w Barcelonie to kara za rozwiązłość…  
Czy obie sprawy mają wspólne korzenie oraz przyszłość ?  Oczywiście.  Proekologiczną teologię. 

Gdyby ludzkie myślenie obracało się wokół jedynie słusznych i istotnych spraw, nie byłoby tego całego postępu zagrażającego ludzkości i planecie. A tak, jeden z drugim wpadają na pomysł nieekologicznego żądania od położników mycia rąk przed odebraniem porodu - co zwiększa zużycie wody oraz populację ludności - zmniejszając śmiertelność noworodków. Plus jeszcze kilka rozwiązań związanych z higieną i dostępem do podstawowej opieki zdrowotnej i mamy to co mamy, czyli  ponad siedem miliardów ludzi na Ziemi. Samym swym istnieniem zagrażających przyrodzie planety.  

Gdyby ludzie  zajmowali się,  na przykład,  problematyką chimery  tworzącej, w określonych warunkach przyrodniczych, intencje wtórne, być może nie skonstruowano by samochodu, smartfonu czy samolotu; który zresztą nie powinien latać. A lata. Może podobnie  jak Harry Potter - czyli z pomocą sił nieczystych.  A nawet jeśli by ktoś samochód skonstruował -  zawsze bowiem znajdą się odszczepieńcy to, być może, nie znalazłby się żaden Henry Ford, wpadający na pomysł jak radykalnie obniżyć koszty  produkcji. Czyli samochody powstawałyby rękodzielniczo, stanowiąc rzecz dostępną jedynie dla  bogatych i właściwie urodzonych. Co niewątpliwie sprzyjałoby utrzymaniu pożądanej struktury społecznej oraz autorytetów, których tak dzisiaj brakuje myślicielom z lewa i prawa.  

Bojownikom O Słuszną Sprawę o ileż przyjemniej byłoby mordować odręcznie mieszkańców zdobytych miast, mogąc przy tym gwałcić, rabować i palić do woli, gdyby nie wynalazki w postaci coraz bardziej śmiercionośnej broni. Po użyciu broni jądrowej wkraczanie do zniszczonych miast jest bezcelowe, a nawet niebezpieczne.  

Żywność nie marnowałaby się tak jak dzisiaj,  gdyby nie wprowadzono  nowych odmian, technologii, nawozów. Ludzie mieszkaliby w zdrowych szałasach,  a osobistości w pałacach. 
Nauka, przy metodzie naukowej zwanej przeze mnie metodą teologiczną, rozwijałaby się powoli albo wcale. Co byłoby z pożytkiem dla wszystkich - Ewę z Adamem wygnano z Raju, bo wiedzę z jabłoni  chcieli podjeść. Tymczasem, po co komu wiedza? Nie tylko ptaszki, bez mała wszystkie zwierzęta ani orzą, ani sieją, ani zbierają, a żyją. Neandertalczycy  też tak mieli i było dobrze.  
Ludność powinna ufać i być posłuszna wszelakiej władzy, a wiedza jedynie w tym  przeszkadza.  

Na szczęście, idzie ku lepszemu. Wiedza dla ogółu powoli staje się zbędna. Mało kto, szczególnie w polityce, trudzi się wyjaśnianiem  masom co robi i dlaczego to robi. Głosząc jedynie, że dobrze robi.  Wielkiej liczbie ludzi to wystarcza. Narasta, jakże słuszny, bunt  przeciw stosowaniu w ochronie zdrowia, rezultatów badań naukowych. 
Powstają nowe religie, jakich nawet Stanisław Lem nie przewidział.  
Pojawiają się pola konfliktów,  o wiele głupsze niż fundamentalne pytanie: z którego końca należy rozpocząć obieranie jaja. W rodzaju niechęci do cyklistów, biegaczy i różnych takich, dbających o swoje zdrowie i sprawność. 
Siłą rzeczy, tworzy się nowa teologia, niewiele mająca  wspólnego z teologiami  różnych religii pod względem  treści, ale powielająca metody.  Tworząca doktryny, dogmaty nie oparte na niczym i mówiące o niczym. 
Czyli niebywale ważne dla wielu ludzi. W przeszłości przecież krwawo wojowali ze sobą zwolennicy i przeciwnicy istnienia  świętych, zbawiennej mocy sakramentów, istnienia czyśćca, teraz wojują między sobą i z nami muzułmanie - islamiści.  

Czemu owa teologia jest (będzie) proekologiczna? Bo tak czy inaczej doprowadzi do  znacznego spadku liczby mieszkańców Ziemi. Z korzyścią dla planety, środowiska, przyrody.  
Pozdrawiam wszystkich! Informuję, że tekst powyższy nie odzwierciedla moich poglądów...

*Dokładniej - nie tyle teologii, co  interpretacji  teologii i treści dogmatów religijnych.  Czynionej  przez oficjalnych reprezentantów danego Kościoła  lub ludzi  wierzących, zajmujących istotne pozycje w hierarchii społecznej.
 

wtorek, 15 sierpnia 2017

Patriotyzm

Patriotyzm ,dla mnie, to uznanie kraju zamieszkania za swoją ojczyznę, dążenie do spełnienia swych potrzeb, aspiracji, zrobienia kariery w tym kraju, z wnoszeniem swojego wkładu w jego rozwój oraz gotowość do jego obrony w razie konieczności. Tworzenie rodzajów patriotyzmu przez przeciwstawienie gotowości do oddania życia za kraj uczciwemu płaceniu podatków,to bzdura - patriotyzm jest jeden.

Przy czym zawężanie patriotyzmu do (werbalnej) gotowości oddania życia za kraj jest, moim zdaniem, zarówno prostackie jak fałszywe. Oddawanie życie za kraj bywa całkowicie nieskuteczne, poza tym to niebywale uproszczenie - tak może sobie pisać poeta w utworze rymowanym. Mamy przykłady zamachowców - samobójców, oddających życie za religię. Czy oni niwelują przewagę technologiczną i organizacyjną, uznawanego za wroga, Zachodu (pomijając wojnę sunnitów z szyitami) ? Czy ZSRR zwyciężyłby w II wojnie, gdyby nie dysponował, wyprodukowanymi w początkowo niezwykle trudnych warunkach, 20 tysiącami czołgów T-34, wielkimi ilościami innego uzbrojenia, amunicji itp.?
Bohaterska obrona Westerplatte czy Wizny była możliwa, bo obrońcy dysponowali odpowiednią bronią i jakimiś umocnieniami.

Gotowość i chęć do walki w obronie ojczyzny przestają istnieć, gdy nie wiadomo czy mój kraj jest jeszcze moją ojczyzną. Trudno bronić nieistniejącego państwa - po rewolucji październikowej, Niemcy zajmowali miejscowości siłami kilkudziesięciu - kilkunastu żołnierzy. Wielokrotnie większe siły zarówno armii carskiej jak ,tworzonej przez bolszewików, armii robotniczo - chłopskiej pierzchały lub poddawały się bez walki. Z kolei tworzące się państwo polskie, sprawiało że było o co walczyć - oddziały Orląt Lwowskich walczyły z Ukraińcami ponad pół roku bez wsparcia regularnych sił polskich.

Patriotyzm żołnierski nie polega na poszukiwaniu okazji do chwalebnej śmierci. To raczej poczucie obowiązku, w które to poczucie ryzyko utraty zdrowia i życia jest wkalkulowane.

U nas pojęcie (prawdziwego) patriotyzmu ograniczono do noszenia patriotycznych koszulek oraz wznoszenia stosownych okrzyków plus kryterium religijne - prawdziwy Polak to katolik i, osłabiające naród, kryterium etniczne. To ersatz - patriotyzm, całkowicie nieistotny. O ile wiem, są nawet kłopoty z naborem do WOT. Mimo, że należy się 500 zł za dwa dni szkolenia w miesiącu, chętnych brakuje. Ot, patrioci.
Głaskanie przez PiS po główkach fanów tej partii z motto: "fajni jesteście, jacy jesteście", wyklucza tworzenie dla młodych ludzi wzorców pozytywnych z mottem: " rozwijajcie siebie i rozwijajcie Polskę". Zaś drenaż mózgów nasila się i będzie nasilać. Nie chodzi tylko o kandydatów na wybitnych naukowców. Także o dobrych fachowców, specjalistów , sportowców. W jakiej lidze gra jeden z najwybitniejszych polskich piłkarzy nożnych - Robert Lewandowski?

Ludzi o dużym potencjale nie zatrzyma w kraju proste patriotyczne wzmożenie. Wręcz przeciwnie - mogą się oni czuć niekomfortowo, zwłaszcza jeśli akurat nie są katolikami lub etnicznymi Polakami. Polska jest naprawdę za duża na skansen. Pozdrawiam wszystkim i, przy okazji, sugeruję, by nie mówić "Stary Sącz". To niegrzeczne. Lepiej poprosić: "Tato, nie wychylaj tego koniaku duszkiem".

piątek, 16 czerwca 2017

Najwyżej rozwinięta cywilizacja nie może istnieć

Stosunkowo wysoko rozwinięte ziemskie cywilizacje miały, jak dotąd, swój początek, burzliwy wzrost, jego apogeum (złoty wiek) i koniec. Po strukturach państwowych w Mezopotamii, Egipcie, Indiach powstałych około pięć tysięcy lat temu, pozostały resztki budowli, trochę tekstów rzeźb, mumii. Ten sam los spotkał imperia tworzone w Persji, w Chinach czy starożytny Rzym. Istniały rozwinięte cywilizacje nas kontynencie amerykańskim, potęgami były w swoim czasie kalifat islamski, imperium mongolskie.

Zużycie energii na głowę rocznie w niektórych państwach. Energia pierwotna wyrażona w kilogramach ekwiwalentnej ropy The World Bank (2011)

Cywilizacja grecka stworzyła fundament naszej, współczesnej cywilizacji europejskiej ale sama nie przetrwała. Dlaczego nie przetrwała, czemu inne cywilizacje nie przetrwały, jeśli były wysoko rozwinięte? Nie wiem, zresztą historycy też nie wiedzą. Podają różne przyczyny upadku. Istotnymi wydają się : zwykle powolny rozpad struktur państwowych i społecznych oraz najazdy "barbarzyńców". Czyli plemion lub ich grup znacznie mniej cywilizowanych. To znaczy: teoretycznie dysponujących słabszymi technologiami, gorzej zorganizowanych, niestosujących specjalnie wyrafinowanej taktyki walki, z przywódcami mało zdolnymi do planowania działań i myślenia strategicznego oraz długofalowego. Pewnie, w praktyce, bywało wręcz przeciwnie: to "cywilizowani" nie potrafili dostrzec strategicznego niebezpieczeństwa, stosowali nieskuteczne uzbrojenie i taktykę, lekceważyli przeciwnika. Przede wszystkim zaś, być może z różnych powodów, nie palili się do obrony państwa. Inną przyczyną upadku był rozpad wielkich imperiów, ponieważ ambitni politycy chcieli władzy przynajmniej na części terytorium.

Ktoś może zauważyć: owszem, starożytna Grecja (zarówno ta z okresu klasycznego jak hellenistycznego) oraz równie starożytny Rzym upadły, ale nasza cywilizacja stanowi ich kontynuację. Czyli państwa, imperia upadły lecz cywilizacja trwa. Jednak, moim zdaniem owa kontynuacja jest pozorna (zresztą już między cywilizacją mykeńską i okresem archaicznym prawdopodobnie nie ma ciągłości). Imperium Karola Wielkiego wprawdzie przyniosło zwrot ku kulturze starożytnej (renesans karoliński), a w odniesieniu do Świętego Cesarstwa Rzymskiego (Narodu Niemieckiego) można chyba mówić o ciągłości instytucjonalnej, ale trudno je uznać za kontynuację Rzymu. Trudno też uznać za kontynuację Rzymu średniowieczną Europę czy dzisiejszą Unię Europejską. Zresztą , jak napisałem wcześniej, wiele cywilizacji umarło bezpotomnie.

Pisarze sf tworzą niekiedy wysoko rozwinięte cywilizacje, istniejące na planetach. To skrajnie nieprawdopodobne. Mamy przykład naszej kochanej Ziemi. Rozwój nie jest ani ciągły, ani równomierny. Poszczególne grupy ludności wybierają raczej walkę z innymi grupami niż współpracę. Jedni usiłują narzucić drugim swoją kulturę, w tym religię, obyczaje, język. Charyzmatyczny i dysponujący sprawną policją polityczną przywódca, potrafi utrzymać jedność państwa złożonego z różnych grup etnicznych, religijnych jedynie czasowo (Josip Broz Tito). Przy pierwszej lepszej okazji grupy, często podpuszczane z zewnątrz, biorą się za łby.

Ponad siedem miliardów ludzi żyjących na Ziemi, siłą rzeczy wpływa na stan naszej planety. Nasza działalność tworzy różne problemy globalne. Nie ma jednak ani woli, ani siły, ani możliwości rozwiązywania ich we właściwej, to jest globalnej skali . Bowiem państwa i ugrupowania państw rywalizują ze sobą, walczą o przewagę nad innymi, dbają o własne interesy. Zresztą, jeśli, jakimś cudem, większość państw doszlusowałaby poziomem rozwoju i dobrobytu do USA, naszą planetę diabli by wzięli.

Jednak trudno liczyć, że ludzie z krajów biednych i niebogatych ograniczą swoje apetyty w imię ocalenia planety. Coraz więcej z nich szturmuje wyspy dobrobytu: Europę i USA. Trudno też oczekiwać, że mieszkańcy owych wysp podzielą się zasobami ze znacznie biedniejszymi od siebie, a przynajmniej przestaną pogłębiać biedę i chaos, realizując własne interesy na cudzych terytoriach.

Rozwój jest rzeczywistością, moim zdaniem. Przynajmniej w społeczeństwach mniej więcej wolnych od wielkiej liczby żywotnych nakazów i zakazów religijno - obyczajowych. Motorem rozwoju są chciwość, konkurencja, potrzeby - także kreowane. Postępuje po spirali, jest mocno nierównomierny społecznie i terytorialnie. Prawdopodobnie, przy odpowiednio dużej różnicy poziomu życia między grupami społecznymi, społeczeństwami żyjącymi na różnych terytoriach , następuje skokowy wzrost migracji oraz, przynajmniej częściowa, dezintegracja dotychczasowych centrów wysoko rozwiniętej cywilizacji. Cywilizacja rozlewa się szerzej ale też spada jej poziom. Centra przenoszą się gdzie indziej. Tak było ze starożytnym Rzymem i chyba tak jest obecnie z Europą i USA.

To proces wieloletni, sądzę że istotne zmiany pojawią się nie prędzej niż za pięćdziesiąt lat. Przy czym Europa i USA nie cofną się w rozwoju technologicznym, jedynie będą wyprzedzane przez inne państwa. Wyższy poziom życia Chińczyków, Hindusów i innych, tak czy inaczej będzie oznaczał zwiększone zużycie zasobów planety. Które zahamuje rozwój, jeśli nie zdewastuje Ziemi. Ziemianie w ciągu pięćdziesięciu lat szczególnie nie zmądrzeją, za to będzie ich znacznie więcej - ponad dziesięć miliardów.

Jakim cudem mogłaby powstawać w takich warunkach najwyżej rozwinięta cywilizacja? Przy kurczących się zasobach, bezwładnych, niezbyt rozgarniętych masach ludzkich, podatnych na manipulacje niczym przedszkolaki, gotowych wierzyć w dowolne bzdury, za to o nieograniczonych potrzebach? Poszukiwanie w kosmosie najwyżej rozwiniętych cywilizacji czy marzenie o stworzeniu takich na Ziemi są bezcelowe. Bo takich cywilizacji nie ma, nie było i nie będzie.
Choć może w Raju...