
To tylko opuszczony teatr
Nie, nie poczułem się oświecony oraz ubogacony przenikliwą wiedzą politologów światowych. Czyżby bowiem wcześniej niż obecnie nierówności praktycznie nie było? Ludność kolonii miała się równie dobrze jak ludność metropolii, narody podporządkowane imperiom czuły się szczęśliwe z tego powodu, klasa robotnicza uwielbiała pracować za marne pieniądze, niewolnicy w USA nie przestawali błogosławić swoich panów, chłopi pańszczyźniani wiedli wspaniałe życie otoczeni szacunkiem szlachty?
Choć nie pyta mnie nikt i tak podpowiem: to nie nierówności są największym globalnym problemem, tylko wiedza szerokich mas o ich istnieniu. Oraz przekonanie mas o braku usprawiedliwienia dla rosnących nierówności przy obecnym poziomie rozwoju technologii i organizacji produkcji.
Politycy, naukowcy, a nawet generałowie informują publiczność chyba z pewnym takim żalem ( choć dla mnie brzmi to czasem jak Schadenfreude): jesteśmy dwa kroki za terrorystami albo proponują: trzeba być o krok przed terrorystami. Na pytanie jak nie być dwa kroki za lub być o krok przed, odpowiadają raczej mgliście.
Terroryści mają inicjatywę strategiczną: wybierają czas, miejsce i cel ataku, operacyjną: wybierają siły, które atak przeprowadzają i taktyczną: decydują o środkach i sposobach ich użycia. W "zwykłej" wojnie można próbować odebrać inicjatywę strategiczną wrogowi przewidując, na podstawie ukształtowania linii frontu, danych rozpoznania ( w tym wywiadu), analizy dotychczasowych decyzji wrażego dowódcy i innych, gdzie, kiedy oraz jakimi siłami uderzy i podjąć stosowne przeciwdziałania: przygotowując solidną obronę czy wykonując uderzenie wyprzedzające.
W walce z terroryzmem linii frontu nie ma, celem ataku może być dowolne skupisko ludzi w dowolnym miejscu i czasie, siły terrorystów bywają nieznane także ich kierownictwu , pojedynczy mordercy pojawiają się niczym deus ex machina, w ataku mogą być użyte dowolne środki w dowolny sposób. Narzekanie o byciu dwa kroki za czy postulat bycia krok przed terrorystami brzmią dla mnie, w tej sytuacji, idiotycznie. Owszem, służby winny na czas wykrywać i likwidować siatki i organizacje terrorystyczne, ale pojedynczych osobników, zwłaszcza stających się terrorystami z dnia na dzień, wykryć nie zdołają.
Choć, być może, trzy rzeczy zmniejszyłyby ilość ofiar:
1. Zamiana policjantów - urzędników w policjantów. Na przykład, w Nicei podobno spytali przyszłego mordercę o ciężarówkę ale zadowoliła ich byle jaka jego odpowiedź;
2. Wykorzystanie informacji od ludności. Na zdjęciach i filmach amatorskich z Monachium zarejestrowano zamachowca. Gdyby te zdjęcia i filmy natychmiast trafiły do policji i innych służb, a to przecież technicznie żaden problem, pewnie nie zabiłby tylu osób.
3. Reakcja na zamach, uciążliwa dla bliskich i znajomych zamachowca. Obecnie, przynajmniej w mediach, chór krewnych i znajomych terrorysty wyraża zdumienie oraz niedowierzanie, opisując delikwenta jako niespotykanie spokojnego człowieka.
Czy hasło Kongresu Politologów oraz hasła ekspertów od terroryzmu mają coś wspólnego? Owszem, dla mnie mają. Są częścią, nużącego mnie, wygłaszania prawd nieistotnych lub objawionych oraz znacznie bardziej nużącej, topornej propagandy. Przeciętny programista mógłby, w zasadzie, pomijając problemy językowe, napisać program generujący wypowiedzi polityków, naukowców -osobliwie społecznych, publicystów, o masach internetowych nie wspominając. Przy czym wcale nie wieszczę końca naszego świata z tego tytułu. Świat sobie istnieje i istniał będzie, bo jego struktury i mechanizmy działania bardzo mało zależą od poziomu wypowiedzi i dyskusji w przestrzeni publicznej.
Choć masy (w znaczeniu: wielkie grupy ludzi) mogą poważnie się wkurzyć wydarzeniami i zjawiskami uznanymi za skrajnie dla nich niekorzystne. Na przykład wzrastającą częstotliwością ataków terrorystycznych. Gniew mas może się skanalizować w procedurach demokratycznych - obecnie rządzący w krajach dotkniętych terroryzmem stracą władzę. Jednak istnieje też prawdopodobieństwo eksplozji - zwłaszcza jeśli ataki terrorystyczne będą się nasilać, wystąpią dodatkowo inne problemy - szczególnie gospodarcze, a rządzący ograniczą się do powtarzania swoich mantr - Europa, jaką znamy - zasobna i bezpieczna może przestać istnieć.
Nie z powodu wojny lub klęski żywiołowej lecz błędów popełnianych przez europejskich polityków. Błędów, których nie wskażą politykom ani naukowcy, rozmienieni już chyba na drobne i zajęci własnym, wirtualnym światem, ani dziennikarze i publicyści obrabiający jedynie swoje finansowe, ideologiczne i partyjne poletka. Zaś wkurzony lud nie zajmuje się badaniem i opisywaniem rzeczywistości. On na rzeczywistość reaguje, ewentualnie wykonując proste terapie, wskazane przez charyzmatycznych, nowych przywódców.
Obawiam się o niedaleką przyszłość Europy, której częścią przecież jesteśmy.
Prof. Tadeusz "No" Wallas, czyli politologia poznańska...
OdpowiedzUsuńPrzejdźmy może od razu do mniej pesymistycznych tematów, np. do światowego terroryzmu.
Prawda to jest, co piszesz, i trudno się nie zgodzić. Ja bym do tych propozycji dodał jeszcze starannie przygotowane pod względem politycznym, a nie tylko wojskowym, likwidowanie naturalnego, kadrowego i logistycznego zaplecza obecnych terrorystów, czyli obszarów ziemi niczyjej.
Z tym, że choć mamy możliwości wojskowe, to równie ważne jest przygotowanie polityczne, którego ewidentnie zabrakło zarówno w Afganistanie, jaki i w Iraku i Libii. Ale tu wracamy do politologii, czyli do tematów bardziej pesymistycznych.
Przyszła mi tu jedna rzecz do głowy, mianowicie problemów mediów i funkcjonującego w nich obrazu świata. Być może nie jest tylko zbiegiem okoliczności fakt, że skuteczne i dyskretne ofensywy Francuzów w rejonie Sahel odbywają się z wyłączeniem mediów? Przyznam z góry, że założenie, iż jest związek między odcięciem mediów, a skutecznością ofensywy jest pozbawione wyraźnych podstaw, a jednak... (Może po części dlatego, że brak medialnego nagłośnienia radykalnie zmniejsza u politologów chęć udzielania bezcennych rad i wskazówek?)
Media naprawdę są formą władzy, ale jednocześnie jest to władza wolna od odpowiedzialności. Czy byłoby możliwe utrzymanie wolności słowa - niezwykle ważnej dla rozwoju społeczeństw - z jednoczesnym obarczeniem mediów przejrzystą odpowiedzialnością za słowo? Odnoszę wrażenie, że w tej chwili, między podaniem faktów, a napisaniem kłamstw, jest ogromna ilość właśnie medialnej ziemi niczyjej, tak jak ta rzeczywista uzurpowanej przez amoralnych osobników, w wypadku mediów żądnych dziennikarskiej sławy - którzy w pogoni za nią preferują czytelników reagujących emocjami, nie rozumem.
Przyznam, nie znajduję na to żadnej rady, ale chyba jakaś być musi?
Z innej beczki - wprawdzie nazwanie kościoła teatrem w zasadzie ma uzasadnienie w barokowej koncepcji "theatrum sacrum", ale jednak tuż przed Światowymi Dniami Młodzieży sprawia wrażenie prowokacji. Nawet jeśli chodzi o kościół metodystów.
;-)
Nie wiem czy Twoja złośliwa ocena politologii poznańskiej nie odnosi się również do innych politologii lokalnych, a nawet do ich sumy. Całkowicie się z Tobą zgadzam:likwidacja obszarów ziemi niczyjej, stworzenie na nich realnej władzy państwowej, starannie przygotowane politycznie i społecznie (jednorazowo władzy lokalnych kacyków i milicji zlikwidować się chyba nie da), być może, skokowo ograniczyłoby zaplecze terroryzmu.Związek miedzy ocięciem mediów, a skutecznością ofensywy francuskiej chyba nie jest przypadkowy. Zakładam, że w dzisiejszych czasach nie ma (większej) społeczności całkowicie odciętej od mediów, przynajmniej elektronicznych. To oznacza, że jakieś informacje (choćby typu: mówią o nas w świecie!) do społeczności docierają, tworząc pewne sprzężenie zwrotne,wpływające jakoś na rozwój sytuacji.Sądzę, że lepiej nie próbować obarczać mediów szerszą odpowiedzialnością za słowo - wolność słowa jest ważniejsza.Moim zdaniem, media są jakie są i inne nie będą, z powodu rynkowej konkurencji. Rady na to też nie znam. Media państwowe, nie nastawione na zysk? Zostaną obsadzone krewnymi i znajomymi, zwykle bardzo przeciętnymi. Ja trochę liczę na wykształcenie się, wystarczająco licznej, grupy wymagających odbiorców.
UsuńIstnienie nienastawionych na zysk, państwowych, pozapartyjnych i wyznaczających standardy mediów jest zawsze pozytywnym zjawiskiem. Są kraje, gdzie one naprawdę bardzo dobrze działają - USA (tak, tak, te kapitalistyczne i superkomercyjne USA), Japonia (j.w.) czy UK.
UsuńZasadniczy problem w tym, jak zachować ich apolityczność. Zobacz statut moim zdaniem najlepszego pośród nich, amerykańskiego NPR (National Public Radio, analogicznie działa PBS czyli telewizja publiczna):
NPR is a membership organization. Member stations are required to be non-commercial or non-commercial educational radio stations; have at least five full-time professional employees; operate for at least 18 hours per day; and not be designed solely to further a religious broadcasting philosophy or be used for classroom distance learning programming. Each member station receives one vote at the annual NPR board meetings—exercised by its designated Authorized Station Representative ("A-Rep").
Czyli i partie, i kościoły mogą tu partycypować, pod warunkiem, że stworzą stacje, które nie będą wyraźnie doktrynalne. Ani Kongres, ani żadne inne ciało nie mają nic do powiedzenia. NPR powstało jako organizacja dotowana przez rząd federalny, i - UWAGA - samo stopniowo podjęło kroki do wyeliminowania tych dotacji!
Czyli np. u nas mogłyby to być zjednoczone stacje lokalne i samorządowe (także np. kościelne, studenckie itd.) - jest ich sporo, i niektóre są całkiem dobre - które wspólnie tworzyłyby bazę programową dla radia państwowego. Ale to w pierwszej fazie wymaga dużego wsparcia ze strony Wiejskiej, a stworzenie takiego wsparcia wymaga z kolei czasowego zawieszenia na kołku partyjnych interesów. Pomarzyć, miła rzecz...
Wydaje mi się, że Amerykanie, Brytyjczycy (choć ci ostatni mi podpadli za referendum) i inni, to inny gatunek ludzi niż my. Przyzwalają, na przykład politykom na cwaniactwo, ale już nie na oszukiwanie i bezczelne kłamstwa, traktują w miarę poważnie zobowiązania itd. Jeśli BBC czy NPR mają określony status, to tamtejsza ludność oczekuje, że nadawcy będą działać zgodnie z nim. Nie z nami takie numery! Przecież my, jeśli coś piszemy czy mówimy, to piszemy i mówimy. Ale żeby przestrzegać napisanego? Tylko głupek przestrzega, Polak - cwaniak patrzy jak ukraść,oszukać, zachachmęcić...
UsuńMnie, prawdę mówiąc, też podpadli. I tu jest ciekawa sprawa, bo od kilku lat BBC trochę się miota i czasem dostaje, jak to Anglicy nazywają "bajasu", w konsekwencji czego niekiedym sprawy pozamerytoryczne wygrywają z merytorycznymi - dokładnie jak w referendum. :-(
UsuńTy mnie nie strasz,bo ja jeszcze chciałbym tutaj trochę dobrobytu raz jeszcze posmakować.
OdpowiedzUsuńTo nie tylko zbuduj ale i przejmij ten bank!
Usuń