niedziela, 3 kwietnia 2016

Polska - zestaw klocków do zabawy?

Państwo pamiętają Obamacare?* Bardzo trudno w tej Ameryce wprowadzić czy zmienić przepisy istotne dla wielu ludzi. U nas można powoływać i likwidować Kasy Chorych, NFZ, rozmaite służby specjalne, planować, ot tak, utworzenie lub likwidację gimnazjów, ZUS i co się tam komu zamarzy. Wystarczy mieć większość parlamentarną . Żeby w USA zostać kandydatem na kandydata w wyborach prezydenckich i innych, trzeba na początek zebrać wokół siebie ludzi i pieniądze. U nas kandydatów na kandydatów mianują z kapelusza prezesa/przewodniczącego partii. Czasem to wychodzi - jak prezydent Duda wyszedł p. Kaczyńskiemu, innym razem wychodzi bokiem - jak Magdalena Ogórek p. Millerowi.

Klocki wszechstronnie rozwijają zdolności i wyobraźnię dzieci. Ale czy długo może istnieć państwo złożone z klocków?

Ponieważ listy kandydatów do Sejmu też układają kierownictwa partii, posłowie stanowią w Polsce jedynie partyjne maszynki do głosowania. Amerykanie nawet z udziałem w głosowaniu mają pod górkę - by zagłosować, muszą się wcześniej zarejestrować. Poza tym ordynacja większościowa sprawia, że w wielu okręgach z góry wiadomo która partia wygra. W ostatnich wyborach prezydenckich wzięło u nich udział poniżej 55 procent uprawnionych, u nas poniżej 49 procent w pierwszej i ponad 55 procent w drugiej turze. Tamtejsi wyborcy dając pieniądze oraz głosy, życzą sobie coś otrzymać w zamian. Rzecz nie tylko w konkretnych życzeniach - przykładem staż p. Moniki Lewinsky w Białym Domu. Moim zdaniem np. rezygnacja prezydenta Obamy z tarczy antyrakietowej, rozwijanej na bazie programu Strategic Defense Initiative Ronalda Reagana , nie wynikała głównie z koncepcji jego polityki zagranicznej. Po prostu pieniądze podatników, po jego zwycięstwie, poszły do innych firm i innych stanów.

U nas sam pomysł wyborów jako umowy na wydawanie pieniędzy podatników, wywołałby pewnie święte oburzenie. Już propozycje, by partie finansowały się same, a nie z naszych podatków, powodują irytację wielu -Przecież to zachęta do korupcji oraz umożliwienie bogatym wpływania na decyzje parlamentu - wołają tacy, mając w (pod)świadomości leninowskie tezy i marzenia o rządzeniu państwem.

Swoją drogą, jeśli o świadomości proletariackiej mowa. Swego czasu liczyłem na SLD. - My, postkomuna, odrzucamy określoną część PRL, natomiast chcemy kontynuować to i tamto. Nie zgadzamy się na rozszabrowanie majątku narodowego stworzonego przez pokolenia - liczyłem, że to będą głosić. Ale oni lękliwie poddali się moralizatorstwu GW, a co gorsza - kierownictwo partii zaczęło wyznawać liberalizm gospodarczy i ekonomię liberalną. Praktycznie w czasach, w których można było skanalizować prywatyzację i przemiany gospodarcze, w sposób korzystny dla ludzi i kraju, nie było liczącej się siły politycznej, przynajmniej głoszącej taką konieczność. To znaczy siła istniała - środowisko Radia Maryja. Ale oni poprzestawali na krytykowaniu złodziejskiej prywatyzacji i koncentrowali się na obronie wartości raczej niż gospodarki. Zresztą, zatrzymanie prywatyzacji niczego nie rozwiązuje. Rzecz w polityce przemysłowej, ale by taką stworzyć potrzeba lat. Bo i kadry na uczelniach należy kształcić i B+ R prowadzić oraz inwestować bez widoków na natychmiastowe zyski.

Nie mamy, tak jak Zachód, względnie trwałych struktur państwa i jego okolic, o społeczeństwie nie wspominając. U nich państwo jest wciąż tylko jednym z elementów (niechby głównym) organizacji społeczeństwa. U nas praktycznie jest jedynym. Na dodatek postępująca klientyzacja , tworzy z ludzi, organizacji i struktur klientów i petentów państwa. Prasa otrzymuje dotacje, żyje też ogłoszeniami państwowych urzędów i spółek. Samorządy otrzymują subwencje i dotacje - np. subwencję ogólną - około 80 mld zł, a w niej subwencję oświatową -ponad 41 mld zł dla wszystkich. Samorządy województw, a też ministerstwa i inne urzędy państwowe mogą przydzielić niektóre środki albo ich nie przydzielić danej gminie czy miejscowości. W zależności od tego , jaka opcja polityczna (nasi czy wrogowie) tam rządzi.

PiS myśli jakby tu pozbawić stanowiska p. Gronkiewicz - Waltz, by zbudować pomnik na Krakowskim Przedmieściu. Spokojnie, ustawą, mogą np. zmienić strukturę samorządów albo podział administracyjny kraju, albo finansowanie. Cokolwiek. Co rozwala, to rozwalą, a pomnik postawią. Gdzie indziej podniósłby się pewnie wrzask, parlamentarzyści, niezależnie od opcji politycznej, niekoniecznie daliby się łatwo przekonać do tego typu rozwiązań. Ale u nas są tylko stada i stadka, kierowane przez pasterzy. Niektórzy pasterze, hierarchowie Kościoła katolickiego, nie potrafią się ograniczyć. Nadarzyła się okazja, to walczą o całkowity zakaz aborcji, nie bacząc jak się takie wciskanie ideologii skończyło gdzie indziej.

Mnie nasz kraj przypomina budowlę z klocków, którą bawią się kolejne dzieciaki z przedszkola nr 6. Nie ma żadnego spoiwa, można dowolnie rozwalać zbudowane i budować od nowa. Dla dzieciaków z przedszkola nr 6, ludzie zamieszkujące te tereny, czyli także zasiedlający owe budowle, są niewidoczni. Są też cisi i pokornego serca, choć pyskować "uogólniając" potrafią. Uogólnienia są zwykle bezwartościowe i bez znaczenia. Każdy może podstawiać pod nie co zechce.

Amerykanie mają łatwiej. Raz, że jednak wciąż liczą bardzie na siebie niż na państwo, dwa że po czterdzieści procent z nich głosuje, chyba od pokoleń, na republikanów lub demokratów. W rezultacie liczą się głosy pozostałych dwudziestu procent, z których większość dokonuje prawdopodobnie wyborów racjonalnych. Zresztą, nawet jak wygra p. Trump, to rewolucji nie zrobi. Prawo stanowi parlament, środki też przydziela parlament, a amerykański parlament nie jest partyjną maszynką do głosowania. Sąd Najwyższy zakwestionuje ewentualne rozwiązania, naruszające prawa obywateli USA i to będzie na tyle. Jedynie w polityce zagranicznej p. Trump może trochę namieszać. A i to raczej w zakresie dyplomacji niż działań, na które USA łożą środki finansowe.

U nas, to co innego. Taki p. Trump mógłby tak poprzestawiać polskie klocki, że nawet Polki i Polacy nie poznaliby własnego kraju. Dlaczego to możliwe? Moim zdaniem, w planie ogólnospołecznym, my werbalnie wielbimy różne Wartości, oni praktycznie, istotne dla nich, wartości cenią. My nie potrafimy często nawet uświadomić sobie naszych interesów, za wyjątkiem interesów grup zawodowych, oni potrafią dostrzec swoje interesy w różnych dziedzinach i kontekstach. Przede wszystkim zaś - wielu z nas wciąż wierzy w baśń o dobrym carze. Wszechstronnie mądrym, niebywale sprawiedliwym, kochającym lud i dbającym o niego. A jeśli nawet nie do końca wierzy w baśń, to z ulgą zrzuci brzemię odpowiedzialności za siebie na czyjekolwiek plecy. Tej postawie sprzyjają zarówno działania państwa jak głoszone przez główne partie ideologie. Poza wszystkim, nie stanowi ona ani spoiwa naszych budowli, ani zapory przeciw ich ciągłej rozbiórce i budowaniu od nowa.* Czy to się kiedyś zmieni? Na razie raczej nie, rezygnacja z odpowiedzialności za swój los jest chyba trendem światowym. Prawdopodobnie wielki wstrząs mógłby rzecz zmienić. ale ja sobie wielkiego wstrząsu nie życzę.

*Oficjalna nazwa: Patient Protection and Affordable Care Act (PPACA). Ustawa weszła w życie w 2010 roku, pełne jej wdrożenie nastąpi w 2020 roku.
**Oczywiście, istnieją budowle i wartości względnie trwałe np. rodzina, religijność, niechęć do nowinek. Ale one są, bo są i nie stanowią spoiwa innych struktur.


5 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. @henrykspol Racja to jest, niestety, smutna, ale racja.
    Zgadzam się całkowicie z Twoją diagnozą - homo peerelusa? (podgatunek sovieticusa. Po łacinie od razu brzmi godniej! ;-)
    Swoją szosą było zaskakujące podobieństwo między SLD i Radiomaryjowcami - obie grupy z góry zakładały, że gdy to oni są beneficjentami prywatyzacji, wszystko jest w porządku (trudno jakoś pogodzić zalecenie ubóstwa z działaniami kościelnej komisji majątkowej - niekiedy rodem ze scenariusza powieści sensacyjnej...). W gruncie rzeczy (aż ciężko powiedzieć) SLD było chyba nawet rozsądniejsze.

    Jedną rzecz sobie pozwolę uzupełnić - masz całkowitą słuszność, pisząc o rejestracji wyborców w USA.
    Z tym, że...
    Musimy pamiętać, że w sytemie amerykańskim tak naprawdę wyborcy decydują o tym, który z kandydatów będzie preferowany w danym stanie. Po drugie - w związku z pierwszym - nie głosuje się w "cudzym" stanie (można listownie - do "swojego" stanu, także spoza USA)
    Konkretne rozwiązania zależą od stanów.

    Od dłuższego już czasu działa ruch dopuszczenia rejestracji w dniu wyborów i w lokalu wyborczym; przyjęła go dotąd bodaj 1/4(?) stanów.
    Sporo stanów uznało rejestrację przez internet. Wreszcie ostatnio pojawił się, zyskujący na sile, ruch "automatycznej rejestracji" - dziś każdy kto odbiera w Oregonie prawo jazdy (lub inny dokument związany ze stałym pobytem w tym stanie) zostaje automatycznie zarejestrowany jako wyborca.
    Więc to jest proces w trakcie stopniowych zmian (powód stopniowości ująłeś w swoim tekście wyżej).
    Inna sprawa, że choć rejestracja jest rzeczywiście uciążliwością, to mnie się przy okazji bardzo podoba widoczna tu demonstracja rzeczywistej władzy poszczególnych stanów i choć częściowej decentralizacji najistotniejszego z elementów państwa.

    Zdrówko!

    4 kwietnia 2016 01:44

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Załóżmy, że u nas obowiązuje rejestracja. Ile procent wyborców uczestniczyłoby w wyborach? Pięć, piętnaście? Czy posiadanie własnego, niepodległego i w miarę suwerennego państwa nie jest aby, dla większości Polek i Polaków, zbyt męczące? Odnośnie USA: mnie się wydaje, że stany to prawie państwa, nie prowadzące polityki zagranicznej ( i dobrze, bo głupot by narobili jak nasi) i nie dysponujące własnymi armiami. USA to federalne:konstytucja, parlament, rząd, armia, parę instytucji (FBI, CIA i inne), sieć autostrad i inne.To jedyna chyba taka struktura na świecie - stany nie są narodowe (etniczne) jak np. republiki i kraje w Rosji.Nie widzę zastosowania tej struktury w Polsce - nasz kraj jest za mały.Natomiast rzeczywista decentralizacja mogłaby postępować i u nas - przykładowo subwencja ogólna to sposób księgowania wpływów z podatków. Przy czym decentralizacja to jedno, a utrzymanie kraju jako pewnej całości - drugie.
      Na zdrowie!

      Usuń
    2. Zgadzam się całkowicie, to właśnie chciałem powiedzieć, że zachowanie rejestracji w Stanach jest głównie formą zapewnienia poszczególnym stanom konstytucyjnej samodzielności - ale mimo to, ze względu na frekwencję (statystycznie lepszą od naszej) stopniowo szuka się dróg ułatwienia wykonania, lub nawet obejścia tego wymogu.
      U nas to byłaby porażka po prostu...

      Ja jestem za stanowczym utrzymaniem całości (zwłaszcza w części sądownictwa, resortów siłowych i spraw zagranicznych) ale jednak przy sporej, faktycznej decentralizacji - zwł. ekonomicznej (pamiętając o niezbędnej redystrybucji - w rozsądnych granicach). Ale to już inna dyskusja.

      Usuń
    3. Z łatwością można zmniejszyć zbędny przepływ środków dla samorządów przez budżet - zwiększając udział samorządów w dochodach z podatków.Istnieje problem z rozsądną redystrybucją, jak napisałeś.Należałoby, między innymi, określić, co robić z biednymi ludźmi na biednych terenach? Próbować ożywić gospodarczo te tereny czy raczej stworzyć możliwości przeniesienia się stamtąd ludzi do większych aglomeracji? Mnie wydaje się, że realne jest drugie rozwiązanie.Ale do tego typu dyskusji w Polsce chyba nie dojdzie nigdy. Zawsze grupa nie objęta stosowną opieką p[psychiatryczną coś równie prostego jak głupiego wrzuci i ludziska będą mieć elekcję (za Twoim przykładem nie popełniłem literówki).

      Usuń