poniedziałek, 23 października 2017

Naiwne koncepcje obrony przed militarną agresją

Usiłuję sobie uzmysłowić rozumowanie zwolenników powszechnego uzbrojenia ludności która, dzięki temu, miałaby z łatwością pokonać wojska agresora. Wychodzi mi, że owi zwolennicy wyobrażają sobie agresję jako najazd na Polskę potężnej falangi piechoty, uzbrojonej jedynie w broń strzelecką. Falangi rozciągniętej od morza do gór, równie głębokiej co ponurej. Usiłującej zdobywać domy, zagrody i mieszkania Polek i Polaków.

Zajmując mieszkania w bloku, wraży żołnierze najpierw weszliby na klatki schodowe i na sygnał, jednocześnie, kolbami w drzwi załomotali. Obrońcy mieszkań zrobiliby pif paf poprzez drzwi (uszkadzając je, ale czego się nie robi dla Ojczyzny) i po bitwie...
Nie zamierzam opisywać jak, gdzie i z użyciem jakiego uzbrojenia toczą się działania wojenne - prawie wszyscy to wiedzą. Tych, którzy nie wiedzą informuję, że toczą się one poza zasięgiem obrońców domów, zagród i mieszkań i celem działań nie jest bynajmniej zajmowanie owych domów, zagród czy mieszkań. Ewentualny okupant zająłby raczej obiekty użyteczności publicznej, w tym ważne obiekty infrastrukturalne. Niegrzecznie poprosiłby ludność o zdanie broni, opornym miejscowościom czy dzielnicom dużych miast odciąłby dostawy żywności, wody, energii elektrycznej, gazu, pozbawiłby opieki medycznej itp. (tak dzieje się, na przykład, w Syrii i gdzie indziej).

Fascynacja niektórych zwolenników powszechnego zbrojenia ludności sukcesami słabszych w konfliktach asymetrycznych, oparta jest na bardzo uproszczonym widzeniu rzeczywistości. Ponieważ żaden z tych konfliktów nie miał i nie ma na celu pokonania (zniszczenia) słabszych przez silniejszych. Wojna w Wietnamie miała chronić, sprzyjające Amerykanom, władze Wietnamu Południowego, celem najazdów na Afganistan było ustanowienie tam, sprzyjającej najeźdźcom, władzy oraz narzucenie "właściwego" ustroju politycznego i społeczno-gospodarczego. Zaś na Bliskim Wschodzie nie toczy się wcale wojna możnych przeciw "oberwańcom' z ISIS, lecz walka o wpływy i interesy lokalnych i światowych potęg.
To powoduje niemożność walenia na odlew, jak w regularnej wojnie. Politycy silniejszych muszą się też liczyć z własną opinią publiczną - jednym z komponentów amerykańskiej porażki w Wietnamie był opór społeczeństwa amerykańskiego. Nie życzącego sobie tej wojny.

Te i inne ograniczenia odpadają lub są mało istotne w wojnie wydanej jednemu państwu przez drugie, czy wojnie między grupami państw. Strzelają do nas z tamtej miejscowości? Przyłożymy im rakietami, artylerią, wezwanym lotnictwem itp. Że przy okazji zabijemy niewalczących cywili i zniszczymy miejscowość? To dopuszczalne straty w wyniku działań. Stosowne konwencje międzynarodowe rozróżniają kombatantów (walczących) i osoby cywilne. Te ostatnie winny być chronione, chyba że aktywnie włączą się w działania wojenne.
Części zwolenników uzbrojenia ludności marzy się walka partyzancka po klęsce wojennej lub na terytoriach okupowanych. Jednak efektywność działań partyzanckich jest niewielka i, najprawdopodobniej, potencjalny agresor wcale nie weźmie pod uwagę takiej ewentualności.

Celem nadrzędnym budowy Sił Zbrojnych RP oraz możliwości obronnych państwa jest niedopuszczenie do agresji przez uczynienie jej nieopłacalną. Chyba wszyscy się zgadzają? Jeśli tak, to nie może być mowy o planowaniu działań partyzanckich czy uzbrajaniu wszystkich obywateli, w naiwno - poetyckim przeświadczeniu że to przestraszy potencjalnego agresora.
WOT mogą być istotną częścią Sił Zbrojnych, jeśli będą działać na drugorzędnych kierunkach, w systemie dowodzenia czasu realnego, dysponując odpowiednim wsparciem.
Można to sobie tak wyobrazić: Idzie grupka żołnierzy, najlepiej niewidoczna dla wroga i widzi stanowisko ogniowe (SO) jego artylerii. Niezwłocznie wskazuje to SO jako cel dla własnej artylerii, lotnictwa lub rakiet, chowa się przezornie w zagłębieniu terenu i czeka na rezultat. Po ataku, z dwa BWP podjeżdżają by dokończyć dzieła, po czym grupka rusza dalej… Nawiasem: w przyszłości taka grupka może być zastąpiona autonomicznymi robotami i tak skończy się nasza cywilizacja. Ale to później.

Na razie nasze SZ muszą być zdolne do stawienia twardego oporu, dysponując przy tym uzbrojeniem zdolnym do niszczenia celów nie tylko na linii styczności, lecz także na całej głębokości ugrupowania przeciwnika. Nie mogą bowiem być bezpieczne jego stanowiska dowodzenia, lotniska, wyrzutnie rakiet, stanowiska artylerii, węzły komunikacyjne i inne. Przy czym, najlepsze uzbrojenie niewiele da, jeśli nie będzie czym i jak wykryć obiektów - celów uderzeń. Bez doskonałego rozpoznania nie obejdzie się też obrona.
Wyobraźmy sobie nalot pięćdziesięciu samolotów, z tego tylko czterech pilotowanych i uzbrojonych. Reszta to maszyny bezpilotowe, nieuzbrojone, przerobione ze starych, wycofanych samolotów. Na wskaźnikach obrony widać pięćdziesiąt celów - nie wiadomo, który jest który…

Mam nadzieję że, przynajmniej w Europie, żadna poważna wojna nie wybuchnie. Jednak prognozowanie i planowanie przyszłych działań nie może się opierać na nadziejach, koncepcjach opartych na przeświadczeniach czy luźnych dywagacjach. Za to wojsko powinno, w znacznej mierze, liczyć na krajowy przemysł zbrojeniowy i jego zaplecze badawczo -rozwojowe. Nie wiem , w tym kontekście, co jest lepsze: kupowanie uzbrojenia od najpotężniejszego sojusznika, bez pozyskania istotnych technologii czy kupowanie tegoż uzbrojenia u innych sojuszników. Oferujących pełną dokumentację i przekazanie niektórych technologii.

Dla mnie stan i koncepcja rozwoju SZ RP są probierzem zdolności rządzących do, w miarę całościowego, ogarnięcia całości funkcji i zadań państwa. PiS, podobnie jak jego poprzednicy, średnio sobie z tym radzi. W innych państwach jest chyba podobnie, tyle że tam nikt nie rozwala struktur i nie robi czystek z powodów ideologicznych.

W wojsku , zwłaszcza w wyższych sztabach i instytucjach powinien panować pewien twórczy ferment. Bowiem technologie, struktury, otoczenie zmieniają się bardzo szybko, zaś w tak hierarchicznej organizacji najłatwiej przygotować się do wojny, która już była. Dobrze byłoby, by ów ferment wyrastał ponad poziom naiwnych rozważań o wyższości partyzantki nad lotnictwem podwodnym.

środa, 18 października 2017

Marna opozycja zagraża demokracji

Nie ma w Polsce, inaczej niż w Niemczech, warunków do długotrwałych  rządów dowolnej partii  czy koalicji.  Znaczna część  rodzin i osób w Niemczech  z łatwością dopina domowy budżet, nie musi kupować używanych samochodów, dysponuje oszczędnościami.  Niespodziewany wydatek rzędu kilkuset euro nie stanowi dla nich problemu. Tymczasem znaczna część rodzin i osób w Polsce z trudnością równoważy dochody i wydatki, jeśli kupuje samochód to raczej używany, nie ma oszczędności, niespodziewany  wydatek rzędu tysiąca zł bywa dla nich sporym wyzwaniem.

Niemieccy wyborcy stawiają na tych samych rządzących, jeśli tylko nie ma groźby pogorszenia poziomu życia, a rządzący mocno nie podpadli elektoratowi.  Zaś polscy wyborcy oczekują od rządzących wyraźnej poprawy warunków życia, szczególnie warunków materialnych. A tego żadna partia dokonać nie potrafi w ciągu jednej czy dwóch kadencji.

Kluczowym wskaźnikiem jest PKB per capita.  Bardzo optymistyczne prognozy sugerują osiągnięcie w roku 2040 przez nasz kraj 85 procent  niemieckiego PKB per capita, liczonego według parytetu siły nabywczej. Inne - przy założeniu dwukrotnie szybszego od niemieckiego tempa rozwoju, wskazują rok 2060, jako termin dogonienia Niemców.
Odpowiednia wartość PKB na głowę, warunkuje nie tylko poziom dochodów rodzin i osób, lecz również jakość  i dostępność  opieki zdrowotnej, poziom bezpieczeństwa socjalnego, sprawność wymiaru sprawiedliwości, zdolność Sił Zbrojnych RP do odparcia ewentualnej agresji  i skuteczne wypełnianie innych zadań przez struktury państwowe oraz samorządowe.

Na początku III RP jedna kadencja wystarczała by, zwykle totalnie, rozczarować wyborców. Koalicja PO i PSL przetrwała dwie kadencje, niekoniecznie ze względu na gospodarcze sukcesy.  Pewnie ważna, jeśli nie decydująca  była obawa elektoratu przed oddaniem władzy temu nieobliczalnemu PiS-owi.
Obecnie, pod rządami PiS,  polska  gospodarka rozwija się w dobrym tempie, maleje bezrobocie, rośnie dochód rozporządzalny gospodarstw domowych. Niestety, dzieje się to wewnątrz ograniczającego pudełka, którego ścian szybko rozwalić się nie da.
Brakuje chociaż jednej firmy  europejskiej  czy globalnej, mającej główną siedzibę w Polsce.  Niewiele polskich firm wytwarza produkty  finalne, wysoko przetworzone, uznane za markowe. Robią   takie produkty  firmy zagraniczne działające u nas, ale ich instytucje badawczo -rozwojowe, biura projektowe, centra marketingu, wytwarzające znaczną część wartości dodanej są poza Polską i tam płyną uzyskane środki.
Ekonomiści  straszą  demografią - niebawem ma zabraknąć rąk do pracy, zaś o gastarbeiterów ze Wschodu konkurować będziemy z bogatszymi sąsiadami. Teoretycznie wprawdzie istnieje poważna rezerwa rąk do pracy na terenach rolniczych, ale czy ktoś potrafi ją zmobilizować?
Łatwo też mówić i pisać o inwestycjach oraz innowacyjności - tylko na czym ma polegać inwestowanie i innowacyjność w niewielkiej firmach, bez zaplecza badawczego i projektowego?

Wyborców rozczarują rezultaty reform sądownictwa i służby zdrowia. Wymiana kadr w sądownictwie i gdzie indziej nie spowoduje istotnego  skrócenia czasu postępowania ani jego jakości. Poza tym sądy zawsze będą niesprawiedliwe w opinii stron przegrywających.

Poziom publicznej  opieki zdrowotnej,  w  krajach znacznie bogatszych od nas, nie satysfakcjonuje tamtejszych pacjentów.  Z kolei prywatna służba zdrowia  w USA jest bardzo kosztowna i ogranicza dostęp  niebogatych świadczeniobiorców do  niektórych procedur.  Wątpię, by nasi (dowolni) politycy, w warunkach chronicznego braku środków, znaleźli i i zastosowali rozwiązania w miarę satysfakcjonujące pacjentów i personel medyczny.
PiS będzie miał też problem z katastrofą smoleńską. Lud smoleński stworzono, pytanie jak go spacyfikować?  Ciągnięcie śledztw w nieskończoność  może, nawet u fanów  partii , generować różne podejrzenia i obawy.

Teoretycznie, z opisanych i nieopisanych wyżej uwarunkowań i ograniczeń powinna zdawać sobie sprawę opozycja. Ale   teksty pisane/wygłaszane przez jej  przedstawicieli  oraz działania jakoś na to nie wskazują. Marna opozycja może wręcz zagrozić polskiej demokracji. Na bieżąco, zamiast merytorycznej krytyki poczynań rządzących, prób wyjaśnienia wyborcom czemu  poczynania rządzących mogą szkodzić ludności i Polsce, słyszymy hasła i  zaklęcia, a widzimy dość nieudolne próby poszukiwania wsparcia zagranicą.
Zaś gdy PiS rozczaruje totalnie wyborców i tak nadal będzie rządził wobec braku konkurencji. Lub, co gorsza, władza wpadnie w ręce  nieobliczalnych partii skrajnej prawicy.

Moim zdaniem, w Polsce  otwiera się istotna przestrzeń dla nowych partii i przywódców. Niestety, wypłynięcie na szersze polityczne wody, wymagać będzie odrobiny charyzmy, trafnego rozpoznania potrzeb i poglądów potencjalnych wyborców, co najmniej, kilkuletniej, wytężonej pracy organizacyjnej.  Czy komuś się zechce?