
Zajmując mieszkania w bloku, wraży żołnierze najpierw weszliby na klatki schodowe i na sygnał, jednocześnie, kolbami w drzwi załomotali. Obrońcy mieszkań zrobiliby pif paf poprzez drzwi (uszkadzając je, ale czego się nie robi dla Ojczyzny) i po bitwie...
Nie zamierzam opisywać jak, gdzie i z użyciem jakiego uzbrojenia toczą się działania wojenne - prawie wszyscy to wiedzą. Tych, którzy nie wiedzą informuję, że toczą się one poza zasięgiem obrońców domów, zagród i mieszkań i celem działań nie jest bynajmniej zajmowanie owych domów, zagród czy mieszkań. Ewentualny okupant zająłby raczej obiekty użyteczności publicznej, w tym ważne obiekty infrastrukturalne. Niegrzecznie poprosiłby ludność o zdanie broni, opornym miejscowościom czy dzielnicom dużych miast odciąłby dostawy żywności, wody, energii elektrycznej, gazu, pozbawiłby opieki medycznej itp. (tak dzieje się, na przykład, w Syrii i gdzie indziej).
Fascynacja niektórych zwolenników powszechnego zbrojenia ludności sukcesami słabszych w konfliktach asymetrycznych, oparta jest na bardzo uproszczonym widzeniu rzeczywistości. Ponieważ żaden z tych konfliktów nie miał i nie ma na celu pokonania (zniszczenia) słabszych przez silniejszych. Wojna w Wietnamie miała chronić, sprzyjające Amerykanom, władze Wietnamu Południowego, celem najazdów na Afganistan było ustanowienie tam, sprzyjającej najeźdźcom, władzy oraz narzucenie "właściwego" ustroju politycznego i społeczno-gospodarczego. Zaś na Bliskim Wschodzie nie toczy się wcale wojna możnych przeciw "oberwańcom' z ISIS, lecz walka o wpływy i interesy lokalnych i światowych potęg.
To powoduje niemożność walenia na odlew, jak w regularnej wojnie. Politycy silniejszych muszą się też liczyć z własną opinią publiczną - jednym z komponentów amerykańskiej porażki w Wietnamie był opór społeczeństwa amerykańskiego. Nie życzącego sobie tej wojny.
Te i inne ograniczenia odpadają lub są mało istotne w wojnie wydanej jednemu państwu przez drugie, czy wojnie między grupami państw. Strzelają do nas z tamtej miejscowości? Przyłożymy im rakietami, artylerią, wezwanym lotnictwem itp. Że przy okazji zabijemy niewalczących cywili i zniszczymy miejscowość? To dopuszczalne straty w wyniku działań. Stosowne konwencje międzynarodowe rozróżniają kombatantów (walczących) i osoby cywilne. Te ostatnie winny być chronione, chyba że aktywnie włączą się w działania wojenne.
Części zwolenników uzbrojenia ludności marzy się walka partyzancka po klęsce wojennej lub na terytoriach okupowanych. Jednak efektywność działań partyzanckich jest niewielka i, najprawdopodobniej, potencjalny agresor wcale nie weźmie pod uwagę takiej ewentualności.
Celem nadrzędnym budowy Sił Zbrojnych RP oraz możliwości obronnych państwa jest niedopuszczenie do agresji przez uczynienie jej nieopłacalną. Chyba wszyscy się zgadzają? Jeśli tak, to nie może być mowy o planowaniu działań partyzanckich czy uzbrajaniu wszystkich obywateli, w naiwno - poetyckim przeświadczeniu że to przestraszy potencjalnego agresora.
WOT mogą być istotną częścią Sił Zbrojnych, jeśli będą działać na drugorzędnych kierunkach, w systemie dowodzenia czasu realnego, dysponując odpowiednim wsparciem.
Można to sobie tak wyobrazić: Idzie grupka żołnierzy, najlepiej niewidoczna dla wroga i widzi stanowisko ogniowe (SO) jego artylerii. Niezwłocznie wskazuje to SO jako cel dla własnej artylerii, lotnictwa lub rakiet, chowa się przezornie w zagłębieniu terenu i czeka na rezultat. Po ataku, z dwa BWP podjeżdżają by dokończyć dzieła, po czym grupka rusza dalej… Nawiasem: w przyszłości taka grupka może być zastąpiona autonomicznymi robotami i tak skończy się nasza cywilizacja. Ale to później.
Na razie nasze SZ muszą być zdolne do stawienia twardego oporu, dysponując przy tym uzbrojeniem zdolnym do niszczenia celów nie tylko na linii styczności, lecz także na całej głębokości ugrupowania przeciwnika. Nie mogą bowiem być bezpieczne jego stanowiska dowodzenia, lotniska, wyrzutnie rakiet, stanowiska artylerii, węzły komunikacyjne i inne. Przy czym, najlepsze uzbrojenie niewiele da, jeśli nie będzie czym i jak wykryć obiektów - celów uderzeń. Bez doskonałego rozpoznania nie obejdzie się też obrona.
Wyobraźmy sobie nalot pięćdziesięciu samolotów, z tego tylko czterech pilotowanych i uzbrojonych. Reszta to maszyny bezpilotowe, nieuzbrojone, przerobione ze starych, wycofanych samolotów. Na wskaźnikach obrony widać pięćdziesiąt celów - nie wiadomo, który jest który…
Mam nadzieję że, przynajmniej w Europie, żadna poważna wojna nie wybuchnie. Jednak prognozowanie i planowanie przyszłych działań nie może się opierać na nadziejach, koncepcjach opartych na przeświadczeniach czy luźnych dywagacjach. Za to wojsko powinno, w znacznej mierze, liczyć na krajowy przemysł zbrojeniowy i jego zaplecze badawczo -rozwojowe. Nie wiem , w tym kontekście, co jest lepsze: kupowanie uzbrojenia od najpotężniejszego sojusznika, bez pozyskania istotnych technologii czy kupowanie tegoż uzbrojenia u innych sojuszników. Oferujących pełną dokumentację i przekazanie niektórych technologii.
Dla mnie stan i koncepcja rozwoju SZ RP są probierzem zdolności rządzących do, w miarę całościowego, ogarnięcia całości funkcji i zadań państwa. PiS, podobnie jak jego poprzednicy, średnio sobie z tym radzi. W innych państwach jest chyba podobnie, tyle że tam nikt nie rozwala struktur i nie robi czystek z powodów ideologicznych.
W wojsku , zwłaszcza w wyższych sztabach i instytucjach powinien panować pewien twórczy ferment. Bowiem technologie, struktury, otoczenie zmieniają się bardzo szybko, zaś w tak hierarchicznej organizacji najłatwiej przygotować się do wojny, która już była. Dobrze byłoby, by ów ferment wyrastał ponad poziom naiwnych rozważań o wyższości partyzantki nad lotnictwem podwodnym.
