poniedziałek, 26 września 2016

Dobra pogoda dla nas jeszcze potrwa

Po pierwszej wojnie światowej powstało w Europie szereg państw narodowych, w znacznej części niewielkich, słabych, pozbawionych zasobów i potencjału niezbędnego do rozwoju, nie tylko do trwania. Politykom państw silnych nawet chyba do głowy nie przyszło, by dopuszczać słabych do współdecydowania o czymkolwiek, łącznie z z ich (słabych) losem. Choć szczytne hasła o samostanowieniu, nienaruszalności granic padały, a Liga Narodów miała zapewnić pokój, to ówczesne mocarstwa - Francja i Wielka Brytania (USA wybrały izolację), starannie pilnowały się wzajemnie, wskutek czego losy i granice państw słabych i pokonanych były wypadkową gry mocarstw.
Choć nie do końca - np. granicę wschodnią Polski nasi przodkowie ustanowili po walkach z Ukraińcami, bolszewikami i inkorporacji Wilna, a na kształt granicy z Niemcami istotny wpływ miało zwycięskie powstanie wielkopolskie.

Niby jest pogoda, ale robi się mglisto

Później mocarstwa poświęciły, na ołtarzu pokoju, Czechosłowację oraz podstawiły Polskę pod uderzenie Niemiec i ZSRR. Po II wojnie światowej o naszym losie i naszych granicach zdecydowali przedstawiciele trzech zwycięskich mocarstw.
- Po co o tym pisać - zdziwi się pewnie Czytelnik. - Przecież wszyscy w Polsce to wiedzą. Niestety, wcale nie wszyscy. To znaczy, werbalnie wiedzą, ale do ich świadomości rzecz jakoś nie może dotrzeć. Radość z kłopotów UE jedynej, prócz NATO, istotnej organizacji, w której wszystkie państwa mają jakiś udział w podejmowaniu decyzji, żądanie rozluźnienia struktury UE i wzrostu znaczenia państw narodowych (czyje znaczenie wzrośnie bardziej: Polski czy Niemiec?), nacisk na suwerenność rozumianą najwyraźniej jedynie ideologicznie (a odczepcie wy się od nas z gender, związkami partnerskimi, ateizmem i cyklistami) o tym świadczą. Tymczasem, jeśli ktoś sądzi, że decydowanie o losach słabszych państw i narodów bez ich udziału jest wynaturzeniem, a samostanowienie lub demokratyczne, z udziałem słabszych, podejmowanie decyzji - światową normą, to żyje w baśniowym, wirtualnym świecie.

Już za dwadzieścia lat znaczące centrum świata może powstać w Azji. Czyim kosztem? USA? Mało prawdopodobne. Raczej kosztem starej, zrzędliwej, kłótliwej Europy, zwłaszcza jeśli ta podzieli się na, warczące na siebie, plemiona. Za rok albo dwa, jeśli nacjonalizm w Europie, uruchomiony zapalnikiem typu uchodźcy, będzie rósł w siłę, duży wpływ na politykę Niemiec i Francji mogą zdobyć partie nacjonalistyczne zwane populistycznymi, orientujące się na Rosję. Nie, nie wydadzą nas Rosji, nie zrezygnują też z sojuszu z USA. Poszerzą tylko przestrzeń politycznych manewrów, raczej ignorując nas i nasze interesy. Istnieją też inne zagrożenia, a ja nie widzę u nas istotnych sił politycznych zdolnych do rozpoznania głównych zagrożeń i przeciwdziałania im.

PiS, usiłując rozkręcić gospodarkę robi, moim zdaniem, dobrą robotę, choć postawienie na samochody elektryczne wygląda na szarżę. Jednak lepsza szarża niż czekanie aż gospodarka sama się rozwinie. Z drugiej strony, PiS buduje struktury państwa na obraz i podobieństwo socjalizmu z religijną twarzą, może też wprowadzić, motywowany religijnie, zakaz pracy w niedzielę i całkowicie zakazać aborcji. Pamiętają Państwo jak propaganda państw, szykujących się do rozbioru Polski, opisywała Rzeczpospolitą Obojga Narodów? Opozycja, z kolei, nie ma mi nic istotnego do powiedzenia. Marsze KOD-u kojarzą się z kultem cargo - bo czy oni nie założyli przypadkiem: PiS maszerowało i maszerowało aż doszło do władzy, więc zróbmy podobnie?

Zresztą, wszystko jedno. Opozycja nie wygra wyborów, chyba że PiS je przegra, strzelając samobóje. Zaś dobra pogoda dla nas jeszcze trochę potrwa.

poniedziałek, 5 września 2016

Chocholi marsz

Ostatnio często wędruję z wnuczką przez gruzy. Niekiedy widzę grupy ludzi snujące się bezgłośnie, choć najczęściej przestrzeń wokół nas jest doskonale pusta i równie doskonale martwa. We śnie tak wędruję, a po przebudzeniu długo sobie uświadamiam, że to nie jest teraźniejszość.

Joanna Sierko-Filipowska

Podobno sztaby generalne i naczelne dowództwa SZ różnych państw planują wojnę na rok 2020 lub 2022. Pisząc ściślej, zwykle to nie jest planowanie własnych działań , lecz przyjęcie umownej daty osiągnięcia skumulowanego efektu modernizacji uzbrojenia i wyposażenia oraz szkolenia wojsk.

Zagrożenie wojną światową wzrasta nie dlatego, że ktoś celowo do niej dąży. Po prostu kończy się dotychczasowy porządek i to na wielu płaszczyznach naraz. USA bronią swojej pozycji hegemona i światowego centrum przed grupą państw próbujących wydrzeć im choć kawałek przestrzeni. Europa Zachodnia, panująca nad znaczną częścią świata, mniej więcej od czasów Kolumba do końca II wojny światowej, a później dysponująca wielką przewagą nad innymi regionami, prócz USA, traci dynamikę i wpływy. Demokracja , wypracowana na Zachodzie, bywa kwestionowana także na Zachodzie.

Wybuch wojny ułatwi rozwój technologii. Rosja może zaatakować USA wyłącznie międzykontynentalnymi rakietami balistycznymi i lotnictwem strategicznym ze swojego terytorium oraz z okrętów podwodnych. USA mogą uczynić to samo, ale też wykorzystać do ataku rakietami o mniejszym zasięgu i lotnictwem taktycznym terytoria państw sojuszniczych, położone stosunkowo blisko Rosji. Pociski międzykontynentalne potrzebują około pół godziny, pociski z okrętów podwodnych, około 11 minut na dotarcie do celu. Rozwój technologii czyni prawdopodobnym zbudowanie skutecznej obrony przed tymi pociskami. Jeśli zniknie równowaga strachu lub powstanie realna groźba jej zniknięcia, co powstrzyma strony ?

Wśród ludności narasta chyba przyzwolenie na wojnę. Wielu młodych ludzi traktuje działania zbrojne jak romantyczną przygodę. Wiadomo: jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie. Wykrzykując przy tym: Dulce et decorum est pro patria mori…

Podobno jacyś uczeni twierdzą, że bomby zrzucone na Hiroszimę i Nagasaki nie narobiły szczególnie wielkich szkód. Pewnie niedługo ktoś napisze o prozdrowotnych skutkach wybuchu jądrowego. Jesteśmy chochołami maszerującymi ku zagładzie. Bezwolnymi, bezmyślnymi, łatwopalnymi. Czemu ja kiedyś sądziłem, że ludzkość jest mądra?